Kate-80 Posted December 14, 2009 Posted December 14, 2009 [FONT=Book Antiqua]"Pies, tak mówisz, tylko pies...[/FONT] [FONT=Book Antiqua]A ja ci powiem[/FONT] [FONT=Book Antiqua]Że pies to czasem więcej jest niż człowiek[/FONT] [FONT=Book Antiqua]On nie ma duszy, mówisz...[/FONT] [FONT=Book Antiqua]Popatrz jeszcze raz[/FONT] [FONT=Book Antiqua]Psia dusza większa jest od psa[...]"[/FONT] Odszedł na wiecznie zielone łąki 25 października, w niedzielę. Nasz kochany Skarb, nasze Słoneczko... w lipcu skończył 16 lat. Kilka miesięcy temu opuściła mnie królisia - moja Zuzia kochana (ze śmiercią której jeszcze nie zdążyłam się pogodzić :-(), a teraz Smerfuś. Dla mnie to już za wiele. Żyć mi się odechciało. Rzadko udzielałam się na forum, więc nie znaliście Smerfusia - ale mimo to, chciałabym, żeby pozostał tutaj po nim jakiś ślad, zachowana pamięć. Nadal jest mi ciężko pisać i o tym mówić. Nie potrafię słowami wyrazić tego co czuję, tego bólu. Wciąż do mnie nie dociera, że już go nie ma :-( Przecież to było takie normalne, codzienne, że był z nami, był jakby od zawsze. To szczeknął, to chciał wyjść na dwór albo stał w kuchni wpatrując się tymi pięknymi, mądrymi oczkami czekając na jedzonko... i ten jego stukot pazurków po podłodze. A teraz.... Ta obecna cisza w domu jest okropna, nie do zniesienia. Nigdy nie zostawał sam (poza jakimiś krótkimi momentami, które zdarzały się sporadycznie), bo strasznie to przeżywał. Zawsze ktoś z nim był. Gdy był młodszy wszędzie z nami jeździł. Zawsze nam towarzyszył i uczestniczył w życiu rodzinnym. Ja nawet za bardzo nie pamiętam czasów, kiedy go nie było. Smerfuś był z nami przez ponad połowę mojego życia. Wszedł do naszej rodziny, gdy miałam 13 lat. Nie wyobrażałam sobie, że mogłoby go zabraknąć... W zasadzie to on był dla mnie jak brat. Moi rodzice wołali na niego "synek" (szczególnie mama). Mój ś.p. dziadek nazywał go Lordzik i chociaż wcześniej nie przepadał za małymi psami (preferował duże), tak na punkcie Smerfusia oszalał. Wszyscy go bardzo kochaliśmy i zawsze będziemy Nie mogę uwierzyć, że już nigdy nie zobaczę tej ślicznej, wesołej, uśmiechniętej mordeczki, tych wąsików... Tak bardzo pragnęłabym znowu go przytulić, pocałować w ten słodki noseczek, posmyrać po brzuszku... Choć nie ma już go ciałkiem, to zawsze będzie z nami obecny duszkiem. Jego strata pozostawiła ogromną pustkę i ranę w naszych sercach. Nie wiem, czy uda mi się wrócić do normalnego życia... Teraz już nic nie będzie normalne. Boję się Świąt. Wcale na nie nie czekam, bo cóż to będą za Święta? :cry: Śpij spokojnie nasz Maluszku kochany Quote
Szarotka Posted December 14, 2009 Posted December 14, 2009 Och jakie ladne wspomnienie o piesku. Quote
danka4u1 Posted December 14, 2009 Posted December 14, 2009 Kate,przeczytałam dziś o Twoim Smerfusiu -rano,był to pierwszy post,jaki dziś czytałam.Jakże Cię rozumiem.Znam-niestety- to uczucie rozdzierającego bólu.Mój pies ma teraz 10 lat.Posiwiały pyszczek i jakoś mniej widać go i słychać w domu.... Nie wiem,jak uda mi się przeżyć jeszcze raz to,co kiedyś będzie nieuchronne.Ten strach,trwoga sprowadziły mnie na Dogo,ale tutaj tyle nieszczęścia.Ale też tyle prawdziwych ludzi jak nigdzie.Tutaj nikt Cię nie wyśmieje i każdy zrozumie i jest z Tobą. Napisz,gdy będziesz gotowa, o swoim Smerfusiu.Serdecznie Cię pozdrawiam i jestem z Tobą. Quote
Kate-80 Posted December 17, 2009 Author Posted December 17, 2009 Strasznie za nim tęsknię, za naszym Aniołkiem :( Z każdym dniem coraz bardziej... [SIZE=2]Ja się bardzo przywiązuję do zwierząt. Kocham je całą sobą i za każdym razem, gdy któreś umiera, umiera cząstka mnie. Każde (niezależnie od gatunku i rasy), które trafia pod mój dach staje się członkiem rodziny. Zawsze myślałam, że łatwiej pogodzić się ze śmiercią zwierzaka, który dożył sędziwego wieku, niż gdy umiera zwierzę, które miało jeszcze wiele lat przed sobą. Myliłam się. Bardzo się myliłam. Ile by nasze pupilki nie żyły, to zawsze będzie za krótko :-( Ten ból jest w stanie zrozumieć tylko ktoś, kto był już kiedyś w takiej sytuacji. To okropne uczucie, ból przeszywający serce... I ta pustka, ta cisza... A życie musi toczyć się dalej... :-( Nie wiem, naprawdę nie wiem co zrobię, gdy i mojego ukochanego kotka też kiedyś zabraknie :-( Nawet myśleć o tym nie mogę, na samą myśl potwornie ściska mnie serce. Ten czas tak szybko leci. Gucio jest już z nami 10 lat. Gdy wstąpił do naszej rodziny, Smerfuś miał 6. Tak szybko to zleciało... Oby jak najdłużej był z nami, cały i zdrowy!!!! [SIZE=2]Bardzo się o niego boję. Pozostaje mi się jedynie modlić, żeby był zdrowy. Bo w tym wszystkim najgorsze jest to, że trudno o fachową pomoc wet. Już tyle razy to przerabiałam, tyle razy zawiodłam się na wetach. Prawdą jest, że w Trójmieście nie ma dobrego weterynarza, który nie bagatelizowałby objawów. A jak jest już poważny stan, to rozkładają ręce albo nieudolnie leczą. Do tego diagnostyka jest na tak niskim poziomie. Nie każdą diagnozę można przecież postawić "na oko". Naprawdę strach mieć zwierzaki, bo w razie czego opiekun zwierzęcia pozostawiony jest sam z problemem. A nie ma nic gorszego od bezsilności i bezradnego patrzenia na cierpiącego pupila, dla którego chciałoby się jak najlepiej :-( Zwierzę nie powie co go boli, nie poskarży się, jest całkiem bezbronne... Gdyby tylko one potrafiły mówić.... SMERFUŚ (jego najbardziej aktualne zdjęcia): Zeszłe lato (2008 ): Jakieś 4 lata temu: Wieeeeeele, wieeeeeele lat temu: Malutki Smerfuś - Pierwszy dzień w nowym miejscu: Troszkę później: [SIZE=2]Smerfuś był mądrym pieskiem. Doskonale wiedział czego od nas chce. Wiele rozumiał. A jak Gucio broił (np. zaczynał drapać oparcia foteli czy kwiatki obgryzać), to zaraz nas alarmował - przybiegał i szczekał prowadząc nas do "winowajcy". Nauczyłam go kiedyś podstawowych komend (siad, leżeć, podaj łapkę, daj buźki-zwykle szukał ust). W nagrodę zawsze coś dostawał i on o tym wiedział. Wszystko wykonywał tak szybciutko (żeby tylko jak najszybciej coś dostać), że ja nawet nie nadążałam wypowiadać poleceń. I zaraz wołał do kuchni, upominał się o nagrodę. Pamiętam jak na niego czekaliśmy. Jak poraz pierwszy zobaczyliśmy taką maleńką kruszynkę, krótko po jego narodzinach. Był mniejszy od dłoni. Pamiętam jak już po niego jechaliśmy, jak przywieźlśmy go do domku. Pamiętam pierwszą reakcję dziadka "ale sobie psa kupiliście ". Zawsze uważał, że prawdziwy pies to duży pies. Ale pokochał go, wręcz oszalał na jego punkcie. Pamiętam, jak pierwszy raz założyliśmy mu obróżkę. Leżał plackiem i się nie ruszał. Trochę potrwało zanim się przyzwyczaił. Pamiętam pierwszy spacerek. Mogłabym tak wymieniać w nieskończoność... Gdy goście do nas przychodzili, to znosił wszystkie swoje zabawki (a miał ich wiele) i chciał, żeby się z nim bawili. W sumie w ciągu całego swojego życia rzadko chrował - poza kilkoma incydentami m.in. kręgosłup (ostatnie 4 lata), ale za każdym razem z tego wychodził i raz poważniej zachorował jak miał rok - chyba czymś się zatruł, wtedy ledwo go uratowaliśmy. Miał szczęśliwe życie. Wiele z nami podróżował. Był bardzo kochanym, oddanym, wesołym, pociesznym i cudownym pieskiem, pełnym radości i energii. Kochał wszystko i wszystkich. Mimo wieku potrafił jeszcze cieszyć się życiem, choć o dłuższych spacerach nie było już mowy. Uwielbiał ogródek. Zawsze taki radosny wracał ze spacerków. On kochał życie. Po trawce i śniegu (od małego uwielbiał śnieg, ale deszczu nie znosił) skakał jak zajączek. Mógł pożyć sobie jeszcze chociaż z rok, 2 lata. Tak to on był dosyć sprawny, nie chorował przewlekle. Niecały rok temu miał dokładne badania krwi i wyniki prawidłowe do wieku. Serduszko też miał silne. Wątroba OK. Inne narządy też. Jedynie nerki miały zmazany zarys na USG + podwyższony mocznik we krwi, ale bez tragedii. Nawet weci mówili, że tylko się cieszyć, że tak dobrze się trzyma jak na swój wiek. I zapeszyli. [COLOR=black]Smerfuś był z nami 16 lat. Pięknych lat. Mogliśmy się spodziewać, że prędzej czy później go zabraknie. Ale w życiu nie spodziewaliśmy się, że nastąpi to tak nagle, tak szybko. Nie byliśmy przygotowani na coś takiego, że na koniec będzie miał padaczkę... w sumie nie wiadomo na jakim tle. Może już nieodwracalne, starcze zmiany w mózgu, a może przyczyna leżała gdzie indziej. Jakiś miesiąc wcześniej byłam z znim u weta, bo b. słabo jadł i strasznie schudł. Ale jak to weci... Stary pies... Zwalają wszystko na wiek Na nasze życzenie pobrał mu krew, z czego morfologia i parę innych rzeczy nie wyszło, bo zrobił się skrzep w próbówce. Może, gdyby już wtedy wet zareagował, dokładnie go zbadał... Przez ostatni miesiąc Smerfuś był taki trochę jakby "zamyślony", często stał patrząc się w jeden punkt. Jadał tylko raz dziennie, ale jadał. Dziwne to trochę było, bo swojego nie chciał, ale smażone/grillowane zjadał bez protestu. Zaniepoiło nas, że zaczął się trząść bez powodu, jakby się czegoś bał (tak jak czasem u weterynarza), szczególnie rano i przed jedzeniem. Po chwili to mijało. Teraz jak tak myślimy to to mogły być już takie lekkie ataki - początek tego co się później wydarzyło. Od pewnego czasu miewał też wzmożone odruchy podczas snu, ale gdy się go dotknęło to przechodziło. W ostatnim czasie czasami zarzucało go na jedną stronę - myśleliśmy, że to z powodu kręgosłupa (ale chyba przyczyna leżała gdzie indziej - może zawroty głowy?) - dlatego dostał jeszcze serię laserów. Gdyby człowiek wiedział... :-( Rok temu mu pomogły, więc i tym razem mieliśmy nadzieję, że uda mu się ulżyć. W dodatku przeczytałam (niestety już po czasie), że jednym z przewskazań do laseroterapii jest właśnie padaczka. Ale skąd mogliśmy wiedzieć... Może te lasery mu ją wywołały? Weci twierdzą, że raczej nie. Ze względu na kręgosłup, trzeba było od dłuższego czasu znosić go ze schodów, nawet niewysokich stopni. Sam nawet szczekał, żeby go wnieść/znieść - tak się nauczył. Wiek swoją drogą, ale starsze zwierzę też ma prawo zachorować na coś, co można leczyć bądź chociaż zaleczyć, powstrzymać/spowolnić dalszy rozwój choroby. Niestety, weci zwykle lekceważą objawy i wszystko zwalają na wiek. Na kilka dni przed śmiercią, Smerfuś dostał padaczkę. Przestał w ogóle jeść. Strasznie schudł. Ataki były coraz częstsze. Ale człowiek zawsze ma nadzieję, że może się poprawi, że będzie lepiej... Pod koniec co godzinę tracił przytomność (najgorsze były 2 ostatnie dni). W końcu już wstawał tylko na ataki. W tym wszystkim najgorsze było to, że w ogóle nie jadł, tylko pił - dlatego byliśmy całkiem bezsilni wobec tych ataków. Gdyby jadł, to można byłoby spróbować wprowadzić leki przeciwpadaczkowe. Ale niestety nie jadł... Jeszcze w sobotę (24.X) wet przyjechał do nas i podał mu m.in. silnie działający steryd, coś na apetyt oraz aminokwasy na wzmocnienie - ostatnia deska ratunku, ostatnia szansa. Smerfuś miał po tych lekach zacząć jeść. Wet powiedział, że w razie czego przyjedzie w niedzielę. Było coraz gorzej :-( Nie było sensu dłużej go męczyć. W niedzielę rano zadzwoniliśmy i umówiliśmy się z lekarzem. Przyjechał ostatni raz. Nasze Słoneczko zasnęło snem wiecznym w południe :-( Odszedł w domu, spokojnie. Pochowany jest w ogródku, koło moich króliczków. Może, gdyby wcześniej wet zareagował... Przecież byłam u niego miesiąc wcześniej, już wtedy wiele rzeczy mnie niepokoiło. Zuzia - moja kochana królisia też odeszła w niedzielę :-( Quote
Szarotka Posted December 17, 2009 Posted December 17, 2009 Kochanie, Smerfus mial 16 lat, malo pieskow zyje tak dlugo. Ja ma w tej chwili kota co ma 20 lat i ciesze sie z kazdego dnia z nia. Jej ukochany towarzysz odszedl od nas prawie rok temu, bo 13 lutego 2008 a mial tylko ok. 16 lat. Quote
Recommended Posts
Join the conversation
You can post now and register later. If you have an account, sign in now to post with your account.