Takich złych zachowań wobec zwierząt masę tez w duzych miastach, to idzie za wychowaniem, tym co wyniesiemy z domu. Broń boże nikogo nie usprawiedliwiam.
Moja wykształcona szwagierka mawia że nowa myszka dla dziecka kosztuje 10 zł a weterynarz do tej chorej 30. A mieszka w duzym mieście, żadna patologia, kasy w bród. To siedzi w ludziach. U nich w domu też w wojewódzkim mieście, nie mogło byc zwierząt bo brudzą no i maja się po cos przydać. Po co ci w bloku kot czy pies.
Mój mąż ode mnie nauczył się, że zwierzęta mają po prostu być, że nas uczą wrażliwości, miłości, cierpliwości. Ostatnio powiedział, że uczy się zwierząt na nowo. Inaczej na nie patrzy i zaczyna rozumieć. Nawet u ludzi normalnych to jest proces, który trwa. Niektórzy sie z tym rodzą, niektórzy się uczą jako dzieci inni dopiero jako dorosli.
Moi dziadkowie dzieki babci na wsi pierwsi mieli kojec a nie łańcuch dla psa, pierwsi wysterylizowali kotkę ale.. wcześniej pamietam raz znikające kociaki i babcię która płakała wściekła na dziadka, potem koty nigdy nie znikały, były odchowane i wydane w dobre ręce, a potem kotki się sterylizowało.
To wynikało chyba z niewiedzy że można inaczej nie zawsze ze złej woli czy bestialstwa. Ale tak macie rację w większości wypadków to tkwi tak głęboko, to przekonanie że tak się robi i już i co to zwierze nie to to inne, że trudno będzie wykorzenić. Jesli ktoś jest myślący weźmie przykład z innych.
Rodzina mojej babci zawsze szanowała zwierzęta, była krowa, koń który pierwszy był czyszczony i karmiony bo pracował na rodzinę, mieszkali w lesie, dokarmiali zwierzęta.
U mojego dziadka zwierzę to był przedmiot, psa można było kopnąć, nie nakarmić kota bo nie łowi myszy. Jak sie zwierzę starzeje to trzeba je zastrzelić, po co trzymać darmozjada.