Szczerze - to takich "imprez" baaaardzo nie lubię..
Żadnych masowych, grupowych, tłumnych spotkań....
Jak się trafią urodzinki - idziemy z futrzakami ( prawie wszędzie)..
Jak coś większego - Reksio wędrował do teściowej, albo do moich rodziców, ale to byłokilka godzin - w najgorszym przypadku jeden dzień....ech....
Zresztą jak idziemy do moich rodziców kochanych, to Reksio prawie sika ze szczęścia - ale jak go tam zostawiam i wychodzę na chwilkę, np.ostatnio wyszłam po lody, to już był lametnus straszny...
I z Miśką widzę jest to samo..
Wychodzę do pracy - ok. już widać uznały, że tak być musi..
Ale każde inne "rozstanie" - masakra.
Nawet jak mąż stoi z nimi pod sklepem a ja wchodzę do środka, to płaczą obydwa..a jak wracam, Reksio skoczy raz i już spokojny, natomiast Miśka tak wariuje,j akby mnie nie widziała cały dzień, a nie sekund pięć..
Staram się jej nie nakręcać, nie witam się wylewnie w takich sytuacjach..biorę smycz od męża, mówię "Wszystko dobrze" - moje ulubione hasło ;)
i idziemy z Miśką skaczącą jak piłeczka i plączącą się pod nogami przez dwie minuty....
Nie wiem jak mi się udało tak siebie i je omotać..:oops::oops:
Są całym moim światem..
To nie jest dobre, wiem...:oops: