Przedwczoraj przeżyliśmy horror :placz:. Ale zacznę od początku. Nie wiem, czy wspominałam na wątku, że Dino czasami się potykał prawą przednią łapką. Trochę się tego obawiałam, bo tak samo wyglądały początki choroby mojej Saby. Wetka po zbadaniu stwierdziła, że Dino ma mocny kręgosłup i choroba mu nie grozi, a ta łapka to skutek jakiejś zadawnionej kontuzji. W niczym mu to nie przeszkadzało, jedynie leciutko utykał, gdy był zmęczony, no i to potykanie się od czasu do czasu (ale tylko przy chodzeniu - biegać mógł do woli i nic się nie działo). No i w sobotę zapędził się za piłeczką tak nieszczęśliwie, że łapeczka mu się podwinęła, upadł i nie mógł wstać. Płakaliśmy obydwoje :placz:. Dino wariatuńcio jeszcze płaczący rozglądał się za piłką i dalej chciał biegać :stupid:. Przykuśtykaliśmy jakoś do domu, ale wyglądało to nieciekawie. Miałam z nim dzisiaj jechać do wetki, ale chyba mu już przeszło. Chodzi już całkiem normalnie, utykanie jest minimalne, prawie niewidoczne, staje całą stopą. Ku wielkiemu niezadowoleniu Dina spacerki zostały ograniczone do minimum, żadnych szaleństw. Jest to bardzo trudne do wyegzekwowania, bo Dino bez piłki w zębach z domu się nie ruszy. Ale łapeczka musi odpocząć, trudno... Za to zemścił się na mnie okrutnie - znów się wytarzał w g... (kto o tej porze roku załatwia takie potrzeby na dworze ? :-o). Już po kąpieli...:diabloti:, trzeba było się nie mścić...