No właśnie, ja jak Małej leczyłam uszy, to dostałam jeszcze taki antyseptyczny różowy płyn. I najpierw było wstrzyknięcie jakichś 2 cm sześciennych ze strzykawki, ciepłego, żeby nie było to nieprzyjemne, potem "pranie" uszu, czyli miętoszenie u samej podstawy, potem Mała wytrzepywała sobie wszystko sama, wycierałam patyczkami i dopiero wtedy maść. Sama wetka mi powiedziała, że takie nakładanie kolejnych warstw maści to jakby zakładanie świeżych czystych opatrunków bez zdejmowania starych. I uszy takie tłuste się nie robiły.