zuza911 Posted July 10, 2009 Posted July 10, 2009 Powolutku powstaje wątek poświęcony psiakom, które w schroniskowych murach odeszły za Tęczowy Most. Na pewno nikt nie wymieni tu wszystkich, większość na zawsze pozostanie anonimowa. Jednak zależy mi na tym, aby choć garstka z nich została zapamiętana. By choć po niektórych zostało pare słów, zdjęć. Wstawię na początek te psiaki najlepiej mi znane. Podczas wakacji w ubiegłym roku, grupka kilkumiesięcznych szczeniaków. Pewnie każdy powie, że szczeniąt w schroniskach odchodzi mnóstwo, ale były to pierwsze psy, z którymi zetknęłam się na wolontariacie i pewnie dlatego tak mi zapadły w pamięć. Kaja, czyli typowe psie ADHD. Ciągała za włosy, podgryzała, podkradała aparat. Zaczynałyśmy już pracę nad smyczką. Najsłodsze cudeńko świata. Sara, czyli typowy leniuszek. Nastawiona w 100% na pieszczoty. Wszystkie spacery przespała na kolanach. Domek był już prawie zaklepany, na dniach miała opuszczać Schronisko. Imageshack - dsc00390e Włochatka, niezdarna, ślamazarna i niesamowicie słodka. Zawsze ledwie nadążała za resztą, ale bardzo się starała. Podsumowując, powodowała największe straty materialne (ubrania, buty, torby). Od początku najgorzej się trzymała. Wszystkie odeszły przez parwo. Teraz pluję sobie w brodę, bo wiedziałam, że są chore już 2 tygodnie wstecz. Niestety byłam na tyle niedoświadczona i głupia, żeby łudzić się, że są leczone i wyzdrowieją. Odeszły za TM w pierwszej połowie lipca. Kai właśnie zaczynała się goić zraniona łapka, a Sara otarła się o nowy dom. Niestety żadna z nich go nie doczekała. Tara vel Glebcia. Swoje imię zawdzięcza cudownemu zwyczajowi. Po każdym spacerze kładła się na trawie bądź parkingu i na wybieg trzeba ją było nieść. Żadnego spaceru nie odbyła na własnych nogach. Nie powiem, czasami doprowadzało to do szaleństwa, ale teraz mi tego brakuje. Być może to ten zwyczaj doprowadził ją do śmierci? Na początku nie była wcale bardzo przyjazna. Spędziła w Schronisku właściwie całe swoje życie (ponad 10 lat!) i poniekąd zapomniała, z czym powinien kojarzyć się człowiek. Jednak po kilkunastu spacerach zaczęła nas czule witać, sama rwała się na zewnątrz (jakby nie było, to wolontariusze przez spacery uczą psy uciekania z boksów). Stała się pieszczoszką, nastawiającą łepek do głasek. Nigdy jednak w 100% nie zaufała ludziom. Było kilka osób, które mogły zrobić z nią wszystko, resztę trzymała na dystans. Odeszła 8 listopada 2008r. To chyba najtragiczniejsza śmierć przynajmniej za moich "czasów". Przyszłyśmy jak zwykle na wolontariat. Na wstępie tradycyjny obchód, witanie wszystkich psów. Już wtedy zauważyłyśmy, że Glebcia nie ma ogona. Pomyślałyśmy, że może amputowany, może coś się stało. Weszłam na wybieg, żeby sprawdzić. Od razu zrozumiałam, że zabieg odpada. W miejscu gdzie powinien być ogon, otwarta rana, kość na wierzchu. Byłam w totalnym szoku, bo pies normalnie mnie przywitał, radośnie na mnie skoczył. Sprawdziłyśmy od razu czy współlokatorka jest cała, ale o bójce nie było mowy- żadnych, najmniejszych śladów; druga suczka cała, nigdzie krwi, no i nie ma ogona. Byłyśmy tak zszokowane, że pracowników powiadomiłyśmy dopiero kilka minut później. Pierwsze co usłyszałyśmy to: "a może ona wcale nie miała ogona?". Komentarze same cisną się na usta, ale może lepiej się pohamować. Glebcia została odwieziona do kliniki. Mieli ją ratować, jednak do tego nigdy nie doszło. Usłyszałyśmy tylko, że miała uszkodzone mięśnie pośladków i nie przeżyła narkozy (rzekomo zmarła dopiero następnego dnia). Faktem jednak pozostaje, że z kliniki wrócił czarny worek, prosto do chłodni. Do dzisiaj nie została wyjaśniona ta sprawa. Oficjalnie stwierdzono, że był to "atak szczurów" (aż chciałoby się dodać -gigantów-). Weterynarz powiedział jasno: ogon został wyrwany, nie wygryziony. Resztę każdy może sobie dopowiedzieć, ja nie jestem od oceniania. Bardzo jednak żałuję i nigdy nie wybaczę sobie, że tak naiwnie się zachowałam. Poniekąd czuję się odpowiedzialna za śmierć tej suni i na pewno czułabym się lepiej, gdyby winny został ukarany. Wątpię jednak, by miał z tego powodu choćby wyrzuty sumienia, ale jedno jest pewne- sprawiedliwość dosięgnie go prędzej czy później. A oto nasza Glebcia, pośmiertnie uznana za mieszaknę collie: Bidek. Nieduży, niesamowicie przyjazny i łagodny piesek. Trzymał się dzielnie życia, z wielką radością wychodził na spacery i witał ludzi. Niestety nie każdy chciał go pogłaskać, a to za sprawą choroby. Biduś miał nużycę. Przez kilka tygodni cierpliwie czekałyśmy na leczenie, a kiedy straciłyśmy już nadzieję i chciałyśmy wziąć sprawy w swoje ręce, Maluch został poddany eutanazji. Niektórzy twierdzą, że było to dla niego najlepsze wyjście. Być może. Jednak ja jestem zdania, że było to po prostu najłatwiejsze. On chciał żyć i miał szansę. Niestety został jej brutalnie pozbawiony. Odszedł 8 stycznia 2009r. Ester, czyli totalny dzikusek. Zapamiętany właściwie tylko dlatego, że siedział w towarzystwie schronowego pieszczocha. Chyba nigdy nikomu nie dał się pogłaskać, dotknąć. Stronił od ludzi, wszystko obserwował z daleka. Lubił za to terroryzować kumpli. Nie był agresywny, ale widocznie został uznany za "bez szans na adopcję" i poddany eutanazji. Również odszedł w styczniu 2009r. Imageshack - piesw5ester Adalka - starsza sunia chora na padaczkę. Trafiła do Schroniska po śmierci właściciela i niedługo potem odeszła (18 stycznia 2009r.). Ruda vel Fiona. Kilkumiesięczna sunia, absolutny dzikus. Każde podejście kończyło się paniką, płaczem i ucieczką do budy. Dom znalazła dosłownie cudem u wspaniałych, odpowiedzialnych ludzi. Szczerze ich podziwiam, bo w ciągu miesiąca zrobili z niej normalnego, wesołego, przyjaznego psa. Zmiana była niesamowita. Niestety pewnego dnia podczas zabawy na podwórku nagle upadła. I już nigdy więcej się nie podniosła. Okazało się, że miała krwiaka mózgu. Pocieszeniem może być jedynie to, że nie odeszła w schroniskowym boksie. Że miała swój własny, cudowny dom, w którym była szczęśliwa. Zaadoptowana w Mikołajki (6 grudnia 2008r.), odeszła 20 stycznia 2009r. YouTube - Nasz piesek Nużyczka, czyli starsza sunia chora na nużycę. W Schronisku spędziła raptem kilka dni, a jednak głęboko zapadła mi w pamięć. Nigdy nie zapomnę jej oczu błagających o pomoc. Była przestraszona i mocno zestresowana, ale ufnie wtulała łepek w dłoń. Nauczone doświadczeniem natychmiast ułożyłyśmy sobie plan działania i sunia miała być ratowana na własną rękę. Niestety poczułyśmy się zbyt pewnie. Myślałyśmy, że podczas kwarantanny nic złego jej nie spotka. Jednak przeliczyłyśmy się. Widziałyśmy ją tylko raz. Przy następnej wizycie zastałyśmy pustą klatkę. Starszy pies w Schronisku nie ma żadnych szans. Odeszła 4 lutego 2009r. Dlaczego? Bo uznano ją za zbędną. Codi - ponad 10-letni, ślepy i głuchy staruszek. W Schronisku nie wytrzymał nawet kwarantanny. Nie dawałyśmy mu żadnych szans, same stwierdziłyśmy, że dla niego eutanazja będzie najlepsza. Nie ruszał się, nie reagował na nic. Nigdy nie zapomnę jego oczu bez wyrazu. Chyba tylko dreag w niego wierzyła. Zrobiła mu ogłoszenia i dosłownie cudem pare dni później zadzwoniła do mnie Pani gotowa brać go natychmiast, poruszona jego historią. Trudno opisać naszą radość. Niestety nie trwała długo. Akurat byłyśmy w Schronisku. Pobiegłyśmy natychmiast do Codiego, ale zastałyśmy pusty boks. Podobno "wył całą noc i zdechł z tęsknoty". Jakoś trudno mi sobie wyobrazić, by miał na to siłę. Faktem jednak pozostaje, że za tą śmierć nie można nikogo obwiniać. Jednak tak strasznie szkoda, że miał szansę na prawdziwy dom i tego nie doczekał. Tak mało brakowało... Brutusek. To jest bardzo długa historia. Ślepy staruszek, który trafił do Schroniska z pokleszczówką. Byłyśmy pewne, że tego nie przeżyje, nie dawałyśmy mu szans. Jednak zaskoczył wszystkich. Po kilku dniach zaczął robić się coraz bardziej ruchliwy, odważny. Wychodził na spacery, nadstawiał pyszczek do głasek. Kochał ludzi. Na spacerach niesamowicie się pilnował, wracał na wołanie. Wiedziałyśmy, że w Schronisku nie miał szans. Znalazłyśmy mu DT. Wtedy myślałyśmy, że to cudowne rozwiązanie. Niestety odezwała się moja naiwność. Tymczas nie został sprawdzony. A bo to znajomi, mają własnego psa, poważni ludzie. Na pewno będzie mu dobrze. Nic dalszego prawdy. Pierwszej nocy pobił jakiś wazon, załatwił się w mieszkaniu. Decyzja była natychmiastowa: pies ma zniknąć. Byłyśmy przygotowane na to, że w DT spędzi co najmniej 2 tygodnie. Gdzie umieścić ślepego staruszka z problemami? I to tak nagle? Z daleka coś tam się kroiło, ale trzeba nam było czasu. Na szczęście znalazła się osoba, która zgodziła się wziąć Brutiego na parę dni, jeśli sytuacja się nie załagodzi. Ale sytuacja się załagodziła, Pani z DT ucichła, przestała narzekać, więc po cichutku załatwiałyśmy mu inne miejsce. A tu kilka dni później dzwoni do mnie dreag. Psa nie ma. Zniknął, uciekł na spacerze. Pierwsze pytanie: jakim cudem? Przecież tak się pilnował. Nieważne, najważniejsze to go odnaleźć. Szukało go wiele osób, było kilka telefonów, niestety wszystkie okazały się fałszywymi alarmami. Właściwie wszyscy już stracili nadzieję, że jeszcze go zobaczymy. I nagle po 3 tygodniach znalazł się w Schronisku. Ktoś zadzwonił, bo znalazł w lesie psa. Co Bruti robił w lesie kilkanaście ulic od miejsca zaginięcia? Czy ślepy pies dałby radę tyle przejść? Mało prawdopodobne. W Schronisku okazało się, że znów ma pokleszczówkę. Dzielnie walczył z chorobą, choć niewiele osób dawało mu szansę. Dzięki dreag znalazł jednak dom. Zabrała go Pani o złotym sercu i dała schronienie na resztę życia. Dbała o niego i dała ciepło, którego potrzebował. Odszedł 3 dni później, w swoim własnym domu, w ramionach kochającej opiekunki. Ta sytuacja była nauczką dla wszystkich, a zwłaszcza dla mnie, bo wiem, że jestem winna tego, co go spotkało. Nigdy nie powinien znaleźć się w takim dt. Mogę tylko podziękować dreag, bo to dzięki niej nie odszedł w Schronisku. Dodam jeszcze przy okazji historii Brutka, że byłam, jestem i zawsze będę przeciwko usypianiu psów. Dla mnie eutanazja jest eutanazją tylko wtedy, kiedy zwierzę nie chce żyć. W każdym innym przypadku to świadome odbieranie życia wbrew woli, a do tego prawa nie mamy. Eutanazja ma być ulgą dla zwierzęcia, nie ułatwieniem życia dla człowieka. Wyobrażam sobie ile Bruti musiał przejść przez te 3 tygodnie tułaczki. Uważam jednak, że wykazał się olbrzymią wolą życia, skoro to przetrwał. Widziałam go na spacerach i w Schronisku, i poza nim, i wiem, że to nie był pies, który chciał umrzeć. Być może wiedział, że jego czas się zbliża, ale chciał odejść we własnym domu, przy boku własnego człowieka i to trzymało go przy życiu. Tego nigdy się nie dowiemy. Zmierzam jednak do tego, że po powrocie Brutuska do Schroniska zasugerowano mi podjęcie "dojrzałej decyzji". Nigdy nie sądziłam, że zostanę "ochrzczona" egoistką, bo nie chcę kogoś zabić. Usłyszałam też przy okazji, że patrzę na to w ten sposób z braku doświadczenia, że z czasem to się zmieni. Na szczęśćie jednak mogę brać przykład z ludzi, którzy nie zmienili swoich przekonań z powodu "doświadczenia". Ale za "egoistkę" serdecznie dziękuję. Quote
dreag Posted July 16, 2009 Posted July 16, 2009 Zuza911 brawo!!!! Należy się tym psiniom pamięć i to, by świat usłyszał o ich historii. O bezsensowności życia i śmierci. Porzucone, niechciane, katowane, chore, stare, jak to często równa się = niepotrzebne!!!!! Te odejścia za TM zwykle są pisane ludzką ręką... Jak to człowiekowi chce się mieć władzę Pana Boga (a raczej Diabła). Nie zawsze mogą rozporządzać własnym życiem, to z lubością wyrokują o innych. Eutanazja... To trudne słowo... Przyłaczam się do Ciebie, jestem przeciwna, bo mam w sobie wiarę, a może bardziej nadzieję, że się uda, tylko trzeba walczyć i mieć ciepliwość. I chcieć. Eutanazja - owszem, ale w skrajnych przypadkach - gdy ból przerasta świadomość i gdy wczuwając się w życie innej istoty nie potrafię go znieść. Eutanazja jako odebranie nie życia, ale ogromnego cierpienia. Wtedy tak, jestem za. Ale nie dlatego, że stary, chory, dziki, nikt go nie chce. NIE WTEDY. Nigdy nikt mnie do tego nie przekona. To nie wytłumaczenie... Mam już troszkę doświadczenia z psami i wiem, jak miłość ludzka potrafi czynić cuda. Tylko trzeba znaleźć TEGO człowieka. Zdaję sobie sprawę, że mam naprawdę skrajne przekonania, nie zawsze dobrze na tym wychodzę, zwłaszcza psychicznie... Ale inna też nie chcę być... Powyżej o mnie wspominasz, ale nie ma tam mojej zasługi. Te smutne odejścia mówią, że TYM RAZEM się nie udało... Ale też dają wiarę, że udać się mogło... Może następnym razem. Kochajmy zwierzęta i nigdy nie dajmy się przekonać, że to inni mają rację. Quote
dreag Posted July 16, 2009 Posted July 16, 2009 Aha, zapomniałam. Widzę, że Ty, podobnie jak ja, też miałaś podejmować dojrzałe decyzje... Ech... Najlepiej mieć czyste ręce, a sumienie... cóż... tego na zewnątrz nie widać. Quote
Recommended Posts
Join the conversation
You can post now and register later. If you have an account, sign in now to post with your account.