Jump to content
Dogomania

niepokolorowanka

Members
  • Posts

    210
  • Joined

  • Last visited

Everything posted by niepokolorowanka

  1. marra wybacz, że dopiero odpisuję, ale nawet tu nie zaglądałam, bo ostatni tydzień miałam koszmarny (nic związanego z psem;) Teraz dokładnie nie pamiętam, kiedy to było z tym propalinem, ale nigdzie nie mogłam go kupić, ani przez internet, ani w lecznicach; aż jeden wet mi powiedział, że on mi tego leku nie zamówi bo w hurtowniach nie ma, bo wycofano. To się nie kłóciłam i przestałam w szukać. Ale skoro jednak jest to wypróbuję :) Ja u Figi widzę duże pogorszenie wzroku, niestety. Jestem pewna, że "coś" widzi, ale już chyba tylko minimalnie, np. wracam skądś, ona chce się ze mną przywitać, cieszy się, ale patrzy obok mnie, nie na mnie. Czasami wejdzie w jakiś kąt i tak stoi przodem do ściany i nie wie, co ma robić; trzeba jej wtedy pomóc się odwrócić. Takich sytuacji jest coraz więcej. Z drugiej strony jak czasami zrobię jakiś gest ręką w jej stronę np. przywołujący, to przychodzi do mnie, czyli go zauważa. Zaćma u niej pojawiła się około 8 roku życia. Ale cukrzyca w zastraszającym tempie pogarsza widzenie. Chociaż jest dobrze leczeona, nie ma wahań cukru. Ja "wzięłam" Levemir, bo na kocim forum cukrzycowym był poradnik, w którym najlepsze rekomendacje miała właśnie ta insulina oraz Lantus. To jest ludzka insulina. W sieci można znaleźć szczegółową ulotkę (po wpisaniu w google). Ja popełniłam błąd przy zmianie insuliny, a właściwie lekarka, która zaleciła zbyt dużą dawkę pomijając fakt, że Levemir ma wyższe stężenie od Lente-Wos, którą Figa brała. No i ją ścięło z nóg. Wtedy samodzielnie zmniejszyłam dawkę o połowę. Znowu ją ścięło z nóg. Znowu zmniejszyłam o połowę, czyli doszłam do 0,5j i po raz kolejny pojawiła się hipoglikemia. Wtedy się okazało, że wystarczy bardzo malutka ilość tej insuliny (tak jak pisałam to wcześniej) przy wadze psa 7kg i posiłku 200g (puszka hill's r/d) lub 50g (suche hill's r/d). Przy takiej dawce cukier zazwyczaj nie spada poniżej 80 mg/dl i nie wzrasta powyżej 130 mg/dl. Wieczorem dostaje drugi posiłek (150g-200g puszki r/d; suchego nie moge dawac z uwagi że wtedy dużo pije) i wtedy dostaje tylko kropelkę insuliny, dzięki czemu cukier utrzymuje się w miarę na stałym poziomie do następnego ranka. Jak dać kropelkę? Pobieram do strzykawki trochę insuliny, pozbywam się pęcherzyka powietrza, wytłaczam insulinę z powrotem do fiolki i zostaje mi tylko kropla, której w strzykawce właściwie nie widać, ale wystarczy (po wyciągnięciu strzykawki z fiolki) mocniej nacisnąć tłoczek i pokaże się na czubku igiełki, wtedy trzeba ją wessać z powrotem do insulinówki i wstrzyknąć zwierzęciu. Z mojego doświadczenia wynika, że jest to insulina mocna i długo działająca. Ale np. pies moich znajomych waga ok 8 kg dostaje większą dawkę tej samej insuliny. Natomiast on otrzymuje również inną karmę, bardziej bogatą w węglowodany niż tę którą ja daje Fidze. On je hill's w/d dla cukrzyków, w którym jest ponad 50% węglowodanó w suchej masie. Figa je r/d w której jest ponad 30% węglowodanów w suchej masie. Aha i cenowo u nas zdecydowanie lepiej się sprawdza Levemir. Ja kupuję jedną fiolkę 3ml za 45-50zł i jest minimium na 3 msc, ale mnie ostatnio nawet 5 msc "wytrzymała", po czym po prostu przestała działać. Trzymam ją w lodówce. Bardzo dziękuję za informację o tym środku na stawy ! Już sobie nazwę zapisałam :) WOW jak przeczytałam o tych kurzych łapkach i omdleniach, to się przeraziłam. Zwierzaki potrafią zaskakiwać, szkoda że przy okazji prawie przyprawiają nas o atak serca :) marra, dałaś dom wielu potrzebującym stworzeniom i dobrze się nimi opiekujesz. Masz z czego być dumna. Raz jest lepiej, raz jest gorzej, ale w tych trudnych chwilach, po prostu trzymaj się pozytywnej strony, bo inaczej naprawdę zwariujesz. Ja bym chętnie miała więcej zwierząt, ale a)Figa w domu innych nie toleruje b)Figi leczenie jest drogie a ja nie jestem bogata c)Jeszcze mieszkam w domu rodzinnym. sleepingbyday, kurcze, ja bym chętnie skorzystała z tych warsztatów USG, ale jestem z Krakowa i nie dałabym rady ciągnąć psa tyle kilometrów pociągiem.
  2. Kocurek znalazł na wczorajszej aukcji nowy dom :) Niestety nic więcej nie wiem, bo nie dałam rady tam być z powodów niezależnych ode mnie :( Jeszcze czekam na informację czy będę miała możliwość kontaktu z nowymi opiekunami. Nie wiem, jak zmienić tytuł tego wątku.
  3. Jak zobaczyłam tytuł tego wątku, to doznałam potrzeby wylania z siebie tego wszystkiego. A nuż komuś kiedyś jakoś to pomoże ;) U tego pierwszego weterynarza byłyśmy od szczeniaka. On i jego małżonka to ogólnie dobrzy specjaliści i przez wiele lat nie mogłam narzekać, wręcz przciwnie. On jest dobrym chirurgiem. Ale z cukrzycą do nich bym już nie poszła. Dwa razy się natknęłam na gorszych lekarzy. Jeden, który nie umiał dobrać ilości środka odrobaczającego do wagi psa i prawie mi zabił figę. Drugi, który nie umiał rozróznić przepukliny od cysty na jajniku i psa mi chciał kroić, żeby sprawdzić co to jest CO?!. Uciekłam. Ogólnie to na każego można by było ponarzekać. Nie wiem czy istnieje taki, który w ogóle się nie myli? Zaćmę ma, bo ma tą niebieską błonkę na oku. Z resztą okulista też to potwierdził. Ale faktycznie może jeszcze nam doszła ta kurza ślepota? O tym jeszcze nie słyszałam! :) Ten wyciek nie jest stały i non stop. Bywa, że przez kilka miesięcy nic się nie pojawia. A potem wraca. Zawsze z tego samego sutka. Nie jest duży. Przynajmniej raz w miesiącu macam jej cały brzuch, pod pachami i w pachwinach też. Żadnych guzków nie ma. Sprawdzam resztę sutków. Jest dobrze. Wyczytałam, że twój piesek sleepingbyday ma jakieś "bulgotania" w brzuchu, tak? Figa też kiedyś to miała. Leżała koło mnie i słyszałam, jak jej się przelewa. Do tego gazy i niezbyt fajne kupy. Tak było na każdym rodzaju jedzenia (karma super premium, karma dla alergików, gotowane). Skończyły się te "problemy", gdy zaczęła jeść hill's r/d. Myślę, że to przez tą duuuuużą ilość błonnika. Na każdym spacerze (a ma je zazwyczaj 3 dziennie) robi kupę. Dużo kupy. Ale kupa ma idealną konsystencję, kolor i zapach :P Nic się nie przelewa, czasami pruknie, ale nie tak jak kiedyś ! No i ładnie trzyma wagę. Zastanawiam się tylko czy to nie przez tą karmę ma te kamienie w pęcherzyku żółciowym. Może to po prostu wiek i genetyka.
  4. adiieszek, dobrze że zareagowałeś ! Ja kiedyś zareagowałam w tramwaju. Młody chłopak jechał ze swoją dziewczyną i małym szczeniakiem. Byli 2 metry przede mną a że lubię psy, to obserwowałam tego cudnego szczeniora. Był na smyczy i próbował zwiedzać tramwaj. Temu chłopakowi chyba to się nie spodobało i trochę go szarpał za tą smycz i próbował usadzać obok siebie. Szczeniak jednak nie dawał za wygraną. W końcu chłopak powiedział do dziewczyny, że go wyp.....li na następnym przystanku. Ona się tylko zaśmiała. Mnie ciśnienie skoczyło. Nie wytrzymałam, gdy przydusił psa podnosząc za tą smycz i potrząsając. Krzyknęłam na cały wagon "co ty robisz temu psu!?". Doszło do wymiany zdań między mną a nim i dziewczyną. Oczywiście byli totalnie prostatcy. W pewnym momencie koleś wstał i zrobił krok w moją stronę z tekstem "Przypier...ić Ci? Chcesz?". Na to ja zrobiłam krok w jego stronę i powiedziałam "Proszę bardzo. No chodź tutaj. Śmiało". Oczywiście miałam pełno w gaciach :P, czułam jak mi serce wali, ale starałam się grać twardzielkę. Koleś był w szoku i usiadł na miejscu. Wziął szczeniaka na kolana. Co jakiś czas tylko sprawdzali z laską czy się na nich patrzę. Patrzyłam dopóki nie wysiadłam na swoim przystanku. To co mnie zasmuciło w tej sytuacji, oprócz sposobu w jaki ten pajac potraktował psa, to fakt że nikt inny nie zareagował. W żaden sposób. Nawet wtedy, gdy mi groził. A było w okół mnie przynajmniej kilku mężczyzn :/
  5. A to Figusia. Tyle się rozpisałam, to chociaż jedno zdjęcie wstawię. Fota z 2012 roku. Teraz jest szczuplejsza i ma bardziej niebieskie oczęta.
  6. O, to chyba wątek dla mnie i mojej suczy :) marra, mamy podobnie, choć Ty prawdopodobnie trudniej z uwagi na liczbę zwierzaków. Moja Figa ma 15,5 roku. Jest małym kundelkiem i właściwie przez większość życia nie chorowała. Nasze wizyty u weterynarza ograniczały się do szczepień, odrobaczeń, oczyszczania gruczołów, przycinania pazurków. Czasami w okresie jesiennym lub wiosennym trafiło się jakieś zapalenie ucha (ona futrzasta z oklapniętymi ucholcami). Rzadko kiedy miewała jakieś inne dolegliwości (zapalenie spojówek, biegunka czy wymioty). Nigdy nic poważnego. Za młodu miewała również łagodne ciąże urojone. Po 8 roku życia robiły się coraz bardziej uciążliwe dla psiny. Wtedy poważnie myślałam nad sterylizacją, ale nie znałam osobiście nikogo, kto miałby wysteryliozowaną sucz czy wykastrowanego psa. Bałam się kłaść ją na stół i poddawać narkozie. Jak miała 8-9 lat to po raz pierwszy zrobiłam jej przeglądowe badania (krew,mocz,usg). Wszystkie wyniki wzorowe. Zaczęła się tylko pojawiać zaćma. Około 3 lata później na górnej powiece od wewnątrz wyrosła jej niewielka narośl. W krótkim czasie pojawiło się jeszcze kilka na obu powiekach. Niektóre same pękały. Oczka ropiały i widać było, że ją to po prostu boli. W pachwinie również wyczułam małego "guzka". Oczywiście pierwsze co pomyślałam, to że mój pies ma raka. Poleciałyśmy do weta. Okazało się, że te narośle na powiekach to gruczolaki i że nawet jeśli je usuniemy (a powinniśmy), to mogą odrastać. A to, co w pachwinie to niewielka przepuklina, którą na razie wystarczyło obserwować. Figa poszła pod nuż (w narkozie) i gruczolaki zostały usunięte. Nie odrastają. Przy okazji wyczyszczono jej zębiska. Minęło kilka miesięcy, kiedy zauważyłam, że Figa zaczęła dużo pić i dużo sikać. Poszłyśmy na badania (krew, mocz, usg). Wynik: cukrzyca i brak jednej nerki (chociaż wcześniej miała obie). Byłam przerażona tym "wyrokiem". Psychicznie nie ogarniałam sytuacji, natomiast robiłam wszystko wg wytycznych weterynarza. Pewnego dnia, po ok 2 miesiącach Figa zaczęła się dziwnie zachowywać, była bardzo słaba. Pojechałyśmy do weta. Okazało się, że ma hipoglikemię. Ona dostała glukozę doustnie i podskórnie, a ja wytyczne, żeby zmniejszyć ilość insuliny. Wieczorem tego samego dnia dostała zmniejszoną dawkę. To samo rano dnia następnego. Ale było jeszcze gorzej. Poruszała się do tyłu przewracając się, była zamroczona, nie kontaktowała. Nie była w stanie przyjąć żadnych płynów doustnie (rozpuszczona woda z cukrem), więc posmarowałam jej pyszczek od wewnątrz miodem i na sygnale do weta. Cukier 30mg/dl ! Wyszła z tego. Dobrze, że to była niedziela i byłam w domu. Wtedy powiedziałam lekarce, że ja jej tej insuliny więcej nie podam. Nie ma mowy ! Lekarka się ze mną zgodziła. I co się okazało w ciągu następnych kilku dni? Że moja Figa ma cukier w normie bez insuliny ! Usłyszałam wtedy, że najprawdopodobniej była tu cukrzyca progesteronowa i przed kolejną cieczką sunię należy wysterylizować. Miesiąc później Figa poszła pod nuż. Przy okazji załatwiłyśmy również sprawę z przepukliną pachwinową. Figa czuła się coraz lepiej. Widocznie odmłodniała. A ja byłam szczęśliwa. Do grudnia 2014. Wtedy znowu pojechałyśmy do weterynarza. Od dwóch tygodni więcej piła i sikała. Od kilku dni jej kupy były rzadkie, żółte i cuchnące. Raz zwymiotowała. Okazało się, że to nasza dawna "przyjaciółka" - cukrzyca. Tym razem bardzo rozwinięta (cukier na czczo powyżej 600mg/dl) z powikłaniami - kwasicą ketonową(stąd ta kupa i wymioty:/). Tego dnia po powrocie do domu zrozumiałam, że tym razem nam się nie poszczęści i że ta cukrzyca będzie z nami już "na zawsze". Znowu byłam załamana (czy ja na pewno sobie z tym poradzę?), ale wiedziałam, że muszę do tego podejść profesjonalniej niż ostatnim razem. Znalazłam na kocim forum wątek o kotach cukrzycowych. Baaaaardzo mi pomógł. Śmiem twierdzić, że gdyby nie przewodnik kotów cukrzycowych napisany przez jedną z użytkowniczek (przepraszam, że nie pamiętam nicku), to mój pies mógłby dziś już nie żyć ! Zakupiłam glukometr, bo tam napisano, że to konieczne. I gdyby nie to, że często sama w domu mierzyłam jej cukier, nie wiedziałabym jak tragicznie mój pies jest "leczony" ! Przez pierwszy miesiąc od diagnozy cukrzycę "leczyliśmy" w naszym "starym" gabinecie. Czułam jednak, że odbywa się to niewłaściwie, za mało profesjonalnie, "po łebkach". Ani ja ani mój pies w tym przypadku nie otrzymywaliśmy wystarczającego wsparcia. Zmieniłam więc gabinet i pierwsze co, to psu została pobrana krew i mocz na badania, zostało zrobione usg. Masakryczne zapalenie trzuski, poziom enzymów wątrobowych poprzekraczany kilkukrotnie i jeszcze kilka innych "kwiatków". Przez pięc dni nie dostawała nic do jedzenia i picia, tylko kroplówki. Wyniki się poprawiły. Pies zamiast gotowanego jedzenia przeszedł na specjalną karmę - hill's r/d (trochę ponad 30 proc białka, trochę ponad 30 proc węglowodanow i jakies 20 proc błonnika). Została zmieniona insulina z caninsulin na lente wos. Dostała leki na wątrobę i trzystkę. Po 2 miesiacach od diagnozy w koncu zaczelo sie ukladać. Po 3 juz bylo znośnie. Wtedy Figa zaczęła od czasu do czasu nocami sikać do łóżka (zostawiała wielkie kałuże) haha zawsze coś musi się dziać, żeby pańcia się nie nudziła. Wiedziałam, że przy cukrzycy może częściej dochodzić do zapalenia pęcherza i dróg moczowych. Ale badania moczu nic nie wykazały. Ona jest bardzo czystą dziewczyną. Odkąd skończyła kilka miesięcy, nie załatwia się w domu. Zawsze sygnalizuje, jeśli już nie może wytrzymać. Również w nocy. A tu nic. Po prostu tak, jakby nieświadomie opróżniła cały pęcherz. Chciałam spróbować z podawaniem propalinu, który ktoś mi polecił na "posterylkowe nietrzymanie moczu", ale nigdzie nie mogłam go dostać i zrezygnowałam. Po prawie roku przyzwyczaiłam się, że od czasu do czasu rano znajdę taką niespodziankę w łóżku i czeka mnie dodatkowe pranie. W maju zeszłego roku nie mogłam już kupić lente-wos, którą wycofano. Opierając się na "kocim przewodniku cukrzycowym" podjęłam decyzję, że przejdę na insulinę Levemir. To była bardzo dobra decyzja. Pierwszy tydzień "przechodzenia" był trudny, bo ciągle jej za barzdo spadał poziom cukru. Dosłownie latałam za nią z glukozą w saszetkach. Okazało się, że dla Figi ta insulina jest na tyle silna, że nawet 0,5 jednostki to jest za dużo! Ona rano dostaje pierwszą kreskę na strzykawce U-100 0,5ml, ale dosłownie tę pierwszą narysowaną (czasami początek tej kreski, czasami środek, a czasami końcówkę), a nie tę którą się uznaje za jednostkę (nie wiem czy dobrze to tłumaczę), a wieczorem dostje "kropelkę". Nadal jest na hill's r/d, dzięki czemu trzyma wagę 6-7kg (kiedyś miała nadwagę, w gorszych czasach ważyła nawet 10kg). 6kg to taka jej dolna granica, ale mimo, że czuć kosteczki pod futerkiem, to widzę, że ona z taką wagą lepiej się teraz czuje. Chociaż te 0,5 kg lub 1kg mogłaby przytyć ;) No i jeszcze w sierpniu 2014 miałyśmy epizod, a raczej dwa epizody z czasową utratą wzroku. W jednej chwili pies widział normalnie, a po chwili nie widział kompletnie nic ! Totalnie nic. Po prostu siedziała na środku pokoju, ruszała głową dookoła tak jakby się rozglądała, jakby czegoś szukała, kręciła się w kółko, płakała i wyglądała na totalnie zagubioną. Dopiero po kilku minutach zorientowałam się, że nic nie widzi... gdy zaczęła się poruszać w innych kierunkach i obijać o meble. Byłam w szoku. Mój pies stracił wzrok. Ona była po prostu przerażona. Serce mi pękało. Nie wiedziałam, że zaćma może zabrać wzrok tak nagle. Następnego dnia Figa zachowywała się tak, jak gdyby nic się nie stało. Widziała normalnie. Szok po raz kolejny. Następnego popołudnia epizod z utratą wzroku powtórzył się. A rano znów wzrok odzyskała. Poszłyśmy do weta. Została zbadana, krew pobrana. Dostała kilka zastrzyków. W tym jakieś leki przeciwzapalne, na przewodnictwo nerwowe, wit B12 itp. W badaniach krwi wyszedł lekki stan zapalny oraz trochę podwyższony mocznik (60) oraz ALAT (który właścicwie cały czas ma lekko podwyższony), ale nic co mogłoby bezpośrednio świadczyć o tej utracie wzroku. Przez ok tydzień chodziłyśmy jeszcze na zastrzyki. Do domu dostała leki w tabletkach: furosemid, enarenal, asparaginian i nootropil. Miałyśmy zrobić pomiar ciśnienia, bo jedna z hipotez przymowała, że ta utrata wzroku mogła być spowodowana nadciśnieniem. Niestety mimo kilku prób nie udało się jej go zmierzyć :( Zrobiono EKG i wyszło, że ma arytmie Przepisano jej karsivan i prilium. Potem jeszcze poszłam z nią na konsultację do okulisty. Specjalista dokładnie jej oczka przebadał, ale nic oprócz "starczych" zmian nie zauważył. Ta jak moi weterynarze zalecał zrobienie tomografii komputerowej głowy lub rezonansu magnetycznego. Niestety przy tych wszystkich wydatkach nie było mnie na to stać :( Mówiono mi, że to może być guz mózgu, wylew itp Po raz kolejny ogarnęło mnie przerażenie. Na szczęście leki chyba pomagają, bo od tamtego czasu nie było już więcej takich epizodów. Natomiast sam wzrok jej się coraz bardziej pogarsza i jeśli jest totalnie ciemno, np jak w pomieszczeniu pogasi się wszystkie światła, to ona nic nie widzi. Już myślałam, że sytuację mamy w miare ogarniętą. Z cukrzycą nam się układa super, żadnych więcej wyskoków. Ale coś mnie tknęło, żeby iść z nią ostatnio na badania okresowe. Standard: krew i mocz. I co się okazało? Że poziom enzymów wątrobowych znów posedł w górę. No to trzeba zrobić USG. A co wyszło na USG? Kamica żółciowa Tak, tak, jeszcze jej się przyplątały kamyczki w pęcherzyku żółciowym. Do tego jakieć cysty na wątrobie, "coś" z przewodami żółciowymi i "coś" malutkiego widoczne na trzustce. Pobrano jej więc jeszcze krew w kierunku trzustki. Tak piszę, że "coś", bo dokładnie nie pamiętam, a nie chcę przekręcać. Kolejne leki nam doszły do kolekcji: Hepatiale Forte i Sylimarol (które już w tamtym roku brała dopóki wyniki wątrobowe się nie poprawiły), ale teraz już bedzie brać je "do końca". Za miesiąc powtórne USG, żeby sprawdzić ten pęcherzyk w szczególności i być może włączyć już silniejsze leki. Bo operacji to ja jej raczej nie będę robić :( Chyba, że miałaby częste kolki wątrobowe (gdy kamyczki zatykają przewody żółciowe), a to jest ogromny ból. Trzeba wtedy koniecznie jechać do weta, dać silne leki przeciwbólowe, rozkurczowe, kroplówki. Ona jest strachulcem. Dla niej każda wizyta u weta to wielki stres. Jakby miała tam często jeździć i zostawać, to już wolałabym poddać ją tej ryzykownej operacji. Na razie kolki nie miała tfu tfu. Na pewno bardzo muszę pilnować, żeby nie podjadała np na trawnikach :/ co uwielbia ku mojej rozpaczy i dawać częściej a mniej, żeby za bardzo nie pobudzać tej żółci z woreczka :/ Poj....e to wszystko. Ciągle się zastanawiam czy ją coś nie boli :/ Zastanawiam się jeszcze czy jej czegoś na stawy nie podawać, bo czasami "dziwnie" chodzi. Robi koci grzbiet albo tylne łapy ma takie hmm usztywnione i lekko się przechyla na boki. Tylko co na te stawy dawać przy cukrzycy ? Zrobić RTG kręgosłupa i miednicy? Czytałam o Trocoxil, ale przy chorobach serca nie wskazane. Ech. Bede musiała o tym pogadać z moimi lekarzami. Na razie nie jest z tym źle. Teraz Figa ma na koncie: cukrzycę, arytmię i być może nadciśnienie, kamicę żółciową, zaawansowana zaćmę (niewiele widzi), duży ubytek słuchu (już prawie nie słyszy), początki demencji, kamień na zebąch (chciałam usuwać, na razie to niemożliwe), wyciek krwisto-ropny z gruczołu mlekowego (zapomniałam o tym wcześniej napisać, lekarz chciał jej w 2013 listwę mleczną wyciąć z węzłami chłonnymi, ale się nie zgodziłam. To bardzo poważna operacja, a guzków nie miała, węzły chłonne ok, więc nie chciałam robić takich inwazyjnych zabiegów "na wyrost". Jak ma wyciek to dostaje maść ze sterydem - oxycort i jest ok). Brakuje jej: jednej nerki, która zniknęła w niewyjaśnionych okolicznościach, jednego zęba na przedzie, kobiecych narządów, za którymi nie tęsknimy. Ale żeby nie było tak depresyjnie, to napiszę, że Figusia nawet teraz chodzi na dłuugie spacerki. Co prawda dość wolne :) Ma apetyt, ale głównie na to, czego jej nie wolno. Nadal jest przylepą, która uwielbia leżeć przy człowieku i być mizianą. Ma swoje psie koleżanki, przy których skacze jak szczeniak. Czasami nawet ze mną się pobawi, jak dostanie głupawki. Wciąż jest cholernie uparta i szczekliwa :D Kocham ją i mam nadzieję, że jeszcze ze mną zostanie.
  7. Dzisiaj porozwieszałam ogłoszenia w okolicy. W sumie 32 kolorowe plakaty A4. W tym miejscu chciałabym podziękować Panu z ksero na os. Ogrodowym, który policzył tylko 50gr za sztukę i 2 plakaty dał w gratisie :) Ogłoszenia wiszą w parku przy Szpitalu Żeromskiego (gdzie został znaleziony kot), na os. Centrum E (także w lecznicy), os. Na Skarpie, os. Młodości, os. Ogrodowym, os. Wandy (także w sklepie zoologicznym), Placu Centralnym. Zamieściłam również ogłoszenia w Internecie na olx, gumtree oraz zaginionekoty.pl, na razie w dziale zwierzęta znalezione. Mam tylko 4 zdjęcia Rubinka (kiepskie;))i umiem tylko wstawić przez "załącz pliki", ale z tego, co wiem nie wyświetlają się one niezalogowanym użytkownikom. Gdyby ktoś mnie czytał i umiał wstawić zdjęcia "normalnie", to bardzo proszę.
  8. Jeszcze może dodam, że przeglądałam dzisiaj ogłoszenia na olx, gumtree, zaginionekoty, stronie ktoz i stronie krakowskiego schroniska dotyczące zaginionych zwierząt i znalazłam kilka rudo białych kotów, ale Rubin nie jest żadnym z nich. Myślałam, że może jest tym kotkiem, który zaginął w styczniu 2014 i był adoptowany z krakowskiego schroniska, ale Rubin wg weterynarza nie ma chipa, a tamten kociak miał. Jutro dla spokoju sumienia porozwieszam w okolicy plakaty, bo może faktycznie komuś tutaj uciekł i się zgubił? Jednak wątpię w to, bo żadnych ogłoszeń o takim zaginionym kocie dzisiaj nie widziałam. Natomiast chyba zapomniałam wcześniej dodać, że ja i przyjaciel oraz nasze psiaki, widzieliśmy Rubinka już jakiś tydzień temu, mniej więcej w tym samym miejscu, ale wtedy trzymał dystans, chociaż był nas ciekawy. Wtedy pomyślałam, że może jest z rodziny bezdomnych kotów zamieszkujących na terenie szpitala przy ciepłowni (bo ktoś kiedyś mi mówił, że tam są takie kotki dokarmiane przez pracowników itd). Natomiast, gdy wczoraj dosłownie wpadł między nas i nie chciał odejść, zrozumiałam, że raczej nie jest dzikawym kotem i nie można go zostawić na pastwę losu.
  9. Kociak już bezpieczny w w/w Fundacji. W sumie nie wiem do kogo to piszę i po co ;) ale to rozstanie dla mnie było okropne. Kociak też był trochę "zdezorientowany". Wiem, że tam bezpiecznie zaczeka na nowy dom (to najważniejsze) i to lepsze niż piwnica (nie lubi zamknięcia i odizolowania od człowieka) czy ulica (jest zbyt ufny, także do psów i któryś mógłby zrobić mu krzywdę), ale tak bardzo żałuje, że nie może mieszkać ze mną. W ciągu ostatnich 24 godzin spędziłam z nim ledwo dwie, a uważam że to kot o złotym charakterze. A przynajmniej idealnie pasującym do mojego ;) W drodze do Funacji, wstąpiłam z nim do weterynarza. Okazało się, że to około roczny niekastrowany kocurek. Lekko wychudzony. Miał troszkę poranione uszy, prawdopodobnie walczył z innym kotem :( Ogólnie jest w dobrej kondycji. W poniedziałek odwiedzi fundacyjnego weterynarza i m.in zostanie pozbawiany jajeczek :) W sumie nie mogłam uwierzyć, że ta krótka wizyta w gabinecie weterynaryjnym odbyła się tak spokojnie. Nigdy nie miałam kota, ale wiele kotów słyszałam zza drzwi gabinetów, gdy odwiedzałam je z moim pieskiem. A Rubin (tak mu dałam roboczo na imię) był baaaardzo spokojny. Lekarz mógł z nim zrobić wszystko a ten nawet nie protestował, a przy tym wcale nie był sparaliżowany strachem, wręcz przeciwnie, był dość ciekawy o co chodzi :) Kochany. Nie miałam transporterka, więc w samochodzie miał jechać w dużej torbie, ale bardzo mu się nie podobało to "zamknięcie" i miauczał. Wzięłam więc torbę na kolana i otworzyłam ją a potem na moich kolanach spokojnie jechał przez 40 minut. Chociaż trochę interesował się ręką kierowcy, która zmieniała biegi :D Rubinek to bardzo mądry, przyjacielski i miziasty kotek. Pani z Fundacji powiedziała, że w przyszłą sobotę najprawdopodobniej zabierze go na aukcję adopcyjną do centrum M1. Na pewno do niego wtedy zaglądnę :) Oczywiście będę szukała mu również domu na własną rękę. Czas "uderzyć" do kilku fajnych, kociastych sąsiadek :) Wtedy mogłabym go odwiedzać od czasu do czasu, a bardzo bym chciała. Jutro zamieszczę kilka zdjęć, które udało mi sie zrobić na szybko. Niestety są dość beznadziejne ;) i nie odzwierciedlają uroku Rubinka.
  10. Jeśli wszystko dobrze się potoczy, to dzisiaj wieczorem kotek zostanie podopiecznym fundacji Zwierzęta Krakowa :)
  11. Nie za bardzo wiem od czego zacząć, ale postaram się tutaj umieścić najważniejsze informacje. Dzisiejszego wieczoru, gdy byłam na spacerze z moim przyjacielem i naszymi psami (spacerowaliśmy po parku obok Szpitala im Żeromskiego w Nowej Hucie/Kraków), przybłąkał się do nas kotek. Dosłownie wbiegł między nas, nie zważając na to, że na smyczach są nasze czworonogi. Na szczęście tragedia się nie wydarzyła, bo moja Figa ma już 15,5 roku i chyba w tych ciemnościach nie zauważyła "intruza" :)Zajęło jej dobre kilka minut, żeby to wyczuć ;) Potem tylko się troszkę bała kici. Natomiast pies kolegi, mimo że goni koty, to do tego konkretnego podszedł bardzo po przyjacielsku. Kot nie boi się psów (przynajmniej tych małych). Ocierał się o nie, nie prychał, nie pokazywał pazurów, nie bił ich łapami, tylko od czasu do czasu robił "koci grzbiet" ale bez najerzania się. Nawet jak pies kolegi próbował go "pokryć", to kot był dziwnie spokojny (czy to możliwe, że ma ruję?) Wygląda na młodego, a nie dorosłego. Futerko miał ładne, ale miał jakieś ranki na uszach. Dało się wyczuć kosteczki i ogólnie wygląda raczej chudo, więc chyba waży za mało :( Jest rudo-biały z różowym noskiem i czarnymi oczkami. Śliczny. Nie wiem czy to kociczka czy kocur. Mój przyjaciel obstawia, że dziewczyna, ale nie wiem na jakiej podstawie, bo pod ogon nie zaglądaliśmy. Do nas też podchodził bez problemu, chętnie dawał się drapać po głowie, a po kilkunastu minutach sam wszedł mi na kolana. Potem kilkanaście minut niosłam go na rękach do domu. A właściwie nie do domu, ale do piwnicy w bloku u przyjaciela. I tu zaczyna się problem. Nie mogę go zabrać. Mój przyjaciel też nie może. I to nie dlatego, że nie chcemy, bo ja baaaardzo bym chciała :( Ale niestety oprócz Figi, którą może dałoby się przekupic dobrym jedzeniem, mieszkam z mamą i babcią, a one kategorycznie odmawiają przyjęcia jakiegokolwiek zwierzęcia pod nasz dach. I to nie podlega dyskusji. Już wielokrotnie próbowałam. Jest jeszcze sprawa finansów. Miesięcznie wydaję nawet po 400-500 zł, żeby moją Figę utrzymać przy życiu (cukrzyca, arytmia, problemy neurologiczne). A w gorszych miesiącach, gdy trzeba robić dodatkowe badania i płacić za dodatkowe leki, ta kwota się powiększa. Możliwe, że nawet nie byłoby mnie stać na utrzymanie kolejnego zwierzęcia. Kot dostał jeść i pić i tę noc bezpiecznie spędzi w piwnicy, ale co dalej? W tej piwnicy zostać nie może. On/ona potrzebuje człowieka, domu, opieki, to widać :( Nie wiem czy ktos wyrzucił tego kota, czy go wypuszcza na spacerki (kot nie ma żadnej obroży) czy może urodził się na wolności, ale od małego miał kontakt z człowiekiem? Dzikusem, to on na pewno nie jest. Przeglądnęłam ogłoszenia o zaginionych zwierzętach z Krakowa i nie znalazłam niczego odpowiadającego opisowi tego rudzielca. Jutro wezmę go do kliniki weterynaryjnej, do której chodzę ze swoją sunią. Zapytam się też właścicielki owego gabinetu, czy nie wzięłaby go do siebie, chociaż na czas szukania domu. Tam na pewno miałby dobrą opiekę. Ale to może nie wypalić. Na moim osiedlu jest Pani, która pomaga bezdomnym kotom. Na pewno je karmi i umożliwia korzystanie z piwnicy. Ale nie wiem czy sterylizuje :/ Poza tym, nie chcę żeby Rudzielec był kotem piwnicznym. Znam jeszcze dwie Panie, które są koleżankami mojej mamy i każda z nich ma po jednym kocie. Ich koty nie są wychodzące, na pewno są dobrze zaopiekowane. Nie wiem czy są wysterylizowane :/ Zapytam ich czy nie chciałyby przygarnąć Rudzielca. Ale i ta opcja może nie wyjść. Dzisiaj nie miałam jak zrobić zdjęć kotu. Może jutro się uda. Bardzo proszę o pomoc. Jeśli żadnej z powyższych opcji nie uda mi się zrealizować, to kot będzie musiał trafić do krakowskiego schroniska. Nie może 24h na dobe siedzieć w piwnicy, nie wiadomo jaj długo :/ I jeszcze jedno. Nie ukrywam, że brakuje mi wiedzy i doświadczenia w szukaniu domów dla kotów. Naprawdę bardzo proszę o pomoc dla tego cudnego kotka.
  12. Wysłałam dzisiaj rano paczkę z Sabunolem, powinna być w poniedziałek. Proszę tylko o informacje, jak dojdzie :)
  13. To właśnie ten, do którego link jest powyżej, Sabunol
  14. Cześć, mam w domu 4 opakowania sprayu do zwalczania pcheł w otoczeniu, po 300 ml każde, ważne jakoś do końca marca tego roku. Na pewno nie wykorzystam, nie mam co z tym zrobić. Mogłabym podesłać, jeżeli się przyda.
  15. Z kolejnej osoby, która pomaga psom, chcecie zrobić złego??? Angelika nie hoteluje 40 psów, ale ma około 40 pod opieką, a to różnica. Razem z mamą i siostrą jeździły do Olkusza i innych miejsc wyciągając psy i dając im dom tymczasowy. Pod swoją opieką mają też koty. Żadnemu zwierzęciu, które jest u Angeliki krzywda się nie dzieje, natomiast gdyby nie ona, to wielu z nich już by nie było. Wystarczy wejść na stronę zwierzaki do adopcji, żeby zobaczyć jak wiele ta rodzina zrobiła dla bezdomnych zwierząt. Ale nie, nie, dla cioteczek z dogo to zawsze będzie za mało. Przepraszam Cię Malwo, nie chcę rozpętywać kolejnej afery (tak jak to niektórzy zrobili na wątku Trufli gnojąc iwoniam), ale po prostu szlag mnie trafia, jak czytam takie wpisy. Ayame ma rację, jeżeli Angela nie ma możliwości jechać do neurologa w Tychach, a są pieniądze, to osoba odpowiedzialna za psa (która umieściła go w hotelu) powinna podjąć decyzję, co zrobić. A wszyscy, którzy się oburzają, że pies nie trafił jeszcze do neurologa, mogliby w tym pomóc, a nie tylko pierdzielić, jak to Angelika dużo sobie liczy za hotelowanie. Nie będę się wypowiadać, co powinnyście zrobić z Azirem, bo nie pomagam mu finansowo ani w inny sposób, ale na pewno nie będę siedzieć cicho, gdy na kolejną porządną osobę, wylewa się wiadro pomyj.
  16. dorobella, ty za to możesz wypisywać, że Trufla nie żyje i ją gdzieś zakopali albo że za pierwszym razem się nie odnalazła (bo przecież w tak krótkim czasie nie mogłaby nawiać drugi raz), a teraz odgrywają szopkę, tak ? Możesz pisać, że nie zależy im na psie i na tym, żeby się znalazł ? Tylko skąd wiesz, na czym im zależy, a na czym nie ? Wysnuwasz taki wniosek na podstawie daty zaginięcia, tylko i wyłącznie ? Czy może jeszcze dlatego, że osoby z dogo nie zostały o tym poinformowane w pierwszej kolejności ? Wszyscy widzieliśmy, co się działo w trakcie pierwszego zaginięcia i po nim (jaka była atmosfera, jak ludzie na siebie naskoczyli wzajemnie), więc nie ma co się dziwić, że poszukiwania biegły innymi torami a nie przez dogomanię. barb, co innego jest napisać "strasznie się zmieniła, w ogóle jej nie poznaję", tak jak to zrobiła Małgoska, a co innego napisać tak jak Ty "Pies na tym zdjęciu jest tylko podobny do Trufli" (w domyśle: to niekoniecznie jest ona, może pokazują nam zdjęcie innego psa twierdząc, że to Trufla) a następnie odnośnie kolejnych wstawionych zdjęć lepiej ukazujących Truflę "te zdjęcia nie dowodzą, że Trufla się znalazła i jest u Ciebie. Można znaleźć na nich jakąś datę?" (w domyśle: znowu nam pokazują jakieś zdjęcia, ale może były zrobione wcześniej, jeszcze przed zaginięciem, Trufla mogła się nie znaleźć i nie ma jej u iwoniam, ale chcą żebyśmy tak myśleli). Potem było śledztwo dotyczące dat na zdjęciach i z tego co pamiętam, to wyszło, że foto były zrobione po informacji o złapaniu psa. Następnie pojawił się głos, że przecież datę na zdjęciach da się zmienić, etc. Pokazałyście jasno, że nie ufacie w słowa iwoniam, maćka czy krakowianki, macie takie prawo, ale jednocześnie nie powinnyście oczekiwać od nich tego, że będą Wam przekazywać informacje, które w ich opinii, będziecie się starały podważać albo przeinaczać. Po prostu nie macie już zaufania, więc cokolwiek teraz napiszą, będzie nie dość dobre. Jestem ciekawa, ilu osobom ulżyłoby teraz na wieść, że Trufla się znalazła, a ile oczekiwałoby solidnych i niepodważalnych dowodów na potwierdzenie tych słów, zanim by się ucieszyło. Marta72, czyli tylko moje przydługie wpisy niczego tutaj nie wnoszą, tak ? Reszta wnosi bardzo wiele. Tak jak i Wy, ja również chciałabym wiedzieć więcej o ostatnich losach Trufli i tak jak i Wy widzę tutaj niespójności, niedopowiedzenia ze strony iwoniam, też bym chciała, aby to zostało raz a dobrze wyjaśnione. Mnie się tylko nie podoba ta cała otoczka i sposób załatwiania sprawy, bądź co bądź między osobami, które ze sobą współpracowały długi kawał czasu i się lubiły. Nie będę już tutaj zabierać głosu, bo właściwie napisałam wszystko, co chciałam. Mam nadzieję, że Trufla się znajdzie i że między ludźmi również wszystko z biegiem czasu się wyjaśni, chociaż wątpię, żeby w tym pomogło pisanie na dogomanii.
  17. barb, jestem z Krakowa, Malgoska ma mój adres, bo wysyłała mi spodnie z bazarku, ale proszę, żeby nie był on podawany publicznie i przekazywany sobie na pw. Z resztą ostatnio na wątku krakowskich zwierzaków pisałam, że jestem z Nowej Huty, bo uciekł pies adoptowany z krakowskiego schroniska w tym właśnie rejonie. A jeżeli "podejrzewasz" mnie o stronniczość i przyjaźń z iwoniam, lub to, że nią jestem, to się mylisz, co prawda poznałam ją osobiście, widziałyśmy się dwa razy w życiu i na podstawie tego oraz prowadzonych przez nią wątków, mogę napisać, że czuję do niej sympatię i ją szanuję, tyle. Wątek trufli śledzę regularnie od jakiegoś roku, półtorej. Miałam się tutaj nie odzywać, nie mieszać się w wasze spory, których nie rozumiem, ale po wpisach dorobelli i ada-jeje odrobinę mną wstrząsnęło i poczułam, że za chwilę ten wątek z wątku Trufli przemieni się w drugi wątek Wiola&Miłosz, dlatego zabrałam głos.
  18. Malgoska, zgadzam się w stu procentach, co do tego, że jest różnica między poinformowaniem pracowników schroniska, a zamieszczeniem informacji na stronie schroniska, do której to mają dostęp osoby z zewnątrz i że jest to pomocne przy szukaniu. A dlaczego do Przemyśla czy Opola nie wykonano tylko telefonu? Nie wiem. A wiesz może jak na tych stronach zamieszczane są ogłoszenia, czy każdy to może zrobić, tak jak na krakowskim czy przez administratora strony ? W odległe miejsca, gdy nie zna się tam ludzi i tam się nie bywa, łatwiej jest wysłać mailem plakat czy zdjęcie i tekst niż tylko podać opis przez telefon. Może wiadomość została wysłana w te miejsca mailem i w takich przypadkach oprócz zachowania takich informacji dla pracowników, schronisko również automatycznie zamieszcza je na stronie. Nie wiem, tak sobie gdybam. Może iwoniam uznała, że skoro pracuje w KTOZie i może bywa w krakowskim schronisku w związku ze swoją pracą, to wystarczy, że da znać pracownikom osobiście, albo wysłała im maila, a może tylko zadzwoniła i nie pomyślała, że jeszcze może wypełnić formularz na stronie schroniska. Nie wiem, gdybam sobie. Natomiast Ty też nie możesz jednoznacznie i na pewno stwierdzić, że krakowskie schronisko nie zostało poinformowane, tylko na podstawie braku ogłoszenia.
  19. barb, ale ja nie napisałam, że jest poinformowane. Jeszcze raz: 1. Nie ma ogłoszenia Trufli na stronie krakowskiego schroniska w dziale zaginione 2. To nie oznacza, że schronisko nie zostało poinformowane np. telefonicznie lub że ktoś tam nie poszedł i nie zostawił plakatu lub słownej informacji. Nie wiesz tego, bo nie było konkretnie takiej informacji, czyli ja też tego nie wiem, bo wiem dokładnie tyle samo co Ty. Właśnie to cały czas próbuję pokazać, że jedno nie wiąże się z drugim (brak ogłoszenia na stronie schroniska = brak powiadomienia schroniska), tak jak to było ukazane w twoim wpisie. A robię to tylko dlatego, żeby pokazać, że też nie byłaś precyzyjna, w tym co pisałaś. Tyle.
  20. dorobella, jakże Ci dziękuję, że zwróciłaś na to uwagę... mam za duże palce, a że 9 jest obok 0 na klawiaturze, no cóż. Dzięki jeszcze raz, nie będę edytować swojego wpisu, żebyś i ty nie musiała, pani detektyw.
  21. barb, ale z twojego wpisu jasno wynika, że jeżeli nie ma informacji na stronie krakowskiego schroniska tzn. że schronisko nie zostało poinformowane o zaginięciu. Przeczytaj jeszcze raz swój wpis. A to nie jest faktem. Faktem jest, że nie ma takiego ogłoszenia tam, ale nie wiesz czy informacja nie dotarła do schroniska np. telefonicznie. Widziałam ten formularz na stronie schroniska i jest miejsce na datę, ale... jeżeli wpisałabyś datę z plakatu, który zrobił właściciel (plus inne informacje z tego plakatu), to nikt niczego nie mógłby Ci zarzucić, po prostu chciałaś pomóc i powieliłaś informację, którą rozpowszechnia właściciel... tyle. Przeczytałam różne ogłoszenia o zaginionych psach i nie zawsze jest podana dokładna data czy dokładna ulica oraz okoliczności zaginięcia. Rozumiem, że chcecie się dowiedzieć o okolicznościach, ale ja pisałam swoją wypowiedź w konkretnym kontekście a mianowicie tego co zamieściłaś w jednym ze swoich postów, cytuję "Jak pomoc w ogłaszaniu psa jeśli nieznana jest data jego zaginięcia, okoliczności również." Ja uważam, że można pomóc, że to nie przeszkadza w przeklejeniu gotowego ogłoszenia. Ale faktycznie, nie mam twojego doświadczenia. Tak, uważam, że ogłoszenia o zaginionych psach powinny być jak najprostsze. Często czytam, że ludziom, którzy szukają do adopcji psa, nie chce się nawet dobrze przeczytać ogłoszenia i głównie patrzą na zdjęcia. Myślisz, że w przypadku zaginięcia jest inaczej?
  22. Jeszcze tylko słowo a propos wydarzenia na Facebooku. Dlaczego tzw. niewygodne wpisy są kasowane? Mogę się tylko domyślić, że dlatego, aby nie powstało tam takie zamieszanie jak tutaj. Kto będzie chciał brać udział w wydarzeniu i udostępniać je, jeśli będzie tam panowała wroga atmosfera? Czy to pomoże Trufli? Po prostu odpuście trochę i róbcie to co jesteście w stanie zrobić dla Trufli w tej skomplikowanej sytuacji, gdy jesteście odsunięte na bok. Nic dobrego nie wniosą te internetowe przepychanki, niczego nie wymusicie, a tylko jeszcze bardziej będziecie się frustrować i nakręcać.
  23. barb, jeżeli oczekujesz od kogoś precyzji, to sama powinnaś wyrażać się precyzyjnie. Napisałaś "A ja znów zapytam, choć wiem, że odpowiedzi nie będzie : dlaczego nie ma ogłoszenia o poszukiwaniu Trufli na stronie schroniska w Krakowie, które podlega TOZ-wi gdzie pracuje iwoniam [URL="http://www.schronisko.krakow.pl/Znalezione_-_Poszukiwane/Poszukiwane/"]http://www.schronisko.krakow.pl/Znal...e/Poszukiwane/[/URL] ? Czy to jest logiczne ? Przecież psa oglasza się przede wszystkim w miejscu, w ktorym zaginął. Jednocześnie iwoniam pisze, ze wszystkie schroniska w kraju są zawiadomione. Jak pomoc w ogłaszaniu psa jeśli nieznana jest data jego zaginięcia, okoliczności również." Po pierwsze, nigdzie nie widziałam informacji zamieszczonej przez iwoniam, w której byłoby stwierdzenie, że poinformowała wszystkie schroniska w kraju, za to jest napisane "Wszystkie schroniska od Podkarpacia, przez Małopolskę, po Śląsk, hycle i urzędy są powiadomione. Do hycli, punktów przetrzymań, schronisk telefonujemy codziennie". Po drugie, zamieszczenie ogłoszenia na stronie krakowskiego schroniska, nie jest jednoznaczne z powiadomieniem schroniska o zaginięciu psa, takie zgłoszenie można zrobić telefonicznie lub osobiście. Innymi słowy, nie można twierdzić, że krakowskie schronisko nie zostało poinformowane o zaginięciu Trufli na podstawie braku ogłoszenia na ich stronie. Po trzecie, jeżeli jest napisane, że Trufla zaginęła przy sklepie w Rącznej, to według twoich słów, to tam powinna być przede wszystkim szukana. Nie rozumiem też, dlaczego według Ciebie, do tworzenia ogłoszeń tak potrzebna jest wiedza o okolicznościach, czyli kontekście sytuacji. Czy coś zmieniłaby informacja, że np. (teraz zmyślam) Trufla wyrwałą się ze smyczy, bo przestraszyła się przejeżdząjącego samochodu. barb, ty nie możesz wstawić ogłoszenia o zaginięciu Trufli na stronie krakowskiego schroniska albo gumtree, alegratce, tablicy czy innych popularnych serwisach małopolskich itp ? Poważnie tak wielką przeszkodą jest ta data zaginięcia ? Ok, rozumiem, to wydaje się dziwne (dla mnie też), że data zaginięcia z plakatu to 19.11, a info o zaginięciu pojawia się np 15.11 lub 18.11 na różnych stronach. Nie wiem dlaczego tak jest i nie potrafię tego wyjaśnić. Ale czy to naprawdę jest AŻ taką przeszkodą, żeby na tych stronach wklejać informację z plakatu iwoniam? Chyba nikt Wam tego nie zabroni. Osobiście nie widzę sensu w ciągłym pytaniu dlaczego tam nie ma ogłoszeń, jeżeli mnie by to tak gnębiło jak Ciebie, to sama bym je tam wstawiła. Malgoska, dziwiłaś się dlaczego na plakacie jest informacja, że Trufla została wzięta ze schroniska. Według mnie (i jest to tylko moje zdanie) ogłoszenia powinny być jak najprostsze, czytelne dla wszystkich, czyli lepiej że użyto tego sformułowania niż "trufla była w schronisku, potem w hotelu, potem w domu tymczasowym (a co to takiego?) z którego uciekła, teraz jest w drugim domu tymczasowym, z którego również uciekła". Ta sama zasada dotyczy nazwania Iwony właścicielką, a nie tymczasową opiekunką. Właściciel szuka swojego ukochanego psa i daje nagrodę za pomoc w znalezieniu. To działa na ludzi. Na pewno dla osób, które uczestniczą w tym wątku, czytają go, sytuacja Trufli nie jest jasna. Dla mnie również nie jest. Rozumiem rozgorycznie i frustracje Malgoski, na jej miejscu czułabym pewnie to samo, bo związała się emocjonalnie z sunią i naprawdę mega jej pomogła, w tym również wojtkowi i obu iwonom. Z drugiej strony, nie dziwię się reakcji iwoniam, tzn. tego braku informacji, braku odpowiedzi na wasze pytania. Po tym jak barb zasugerowała po pierwszym odnalezieniu Trufli, ze na zdjęciach to nie ona, że zdjęcia mogły być spreparowane itp itd, to sama doznałam szoku i mogę się tylko domyślać, jak poczuła się iwoniam. To był cios poniżej pasa. Dobrze ktoś tutaj napisał... na dogomanii i poza nią można zrobić wiele dobrego na rzecz zwierząt, ale wystarczy raz się potknąć a wtedy jest się mieszanym z błotem (delikatnie pisząc). Nawet nie będę się odności do wpisów Ada-jeje. Wystarczy poczytać jej komentarze na innych wątkach, żeby zrozumieć, że ta pani ma uprzedzenia do kilku osób i jeżeli tylko zwęszy ich "krew", to zaczyna atakować (nawet na oślep). Czasami mam wrażenie, że osoby działające poprzez dogomanię, uważają że tylko tak da się coś robić na rzecz zwierząt, że jeżeli tutaj się nie poinformuje o czymś dogo-ciotek, tzn. że tego nie ma. A może niektóre sprawy (niedomówienia, konflikty, odmienne zdania) nalezałoby spróbować rozwiązać poza tym serwisem, czyli twarzą w twarz ? Bo potem tworzą się takie wątki, które niczemu nie służą, na których odbywa się snucie domysłów i wzajemne nakręcanie się.
  24. Ufff :) Foksia błyskawica ;)
×
×
  • Create New...