"Problemów z opuszczeniem posesji nie miały żadnych, bo ogrodzenie od dawna było dziurawe. I nie pomagały rozmowy z właścicielem, telefony do straży miejskiej, schroniska dla zwierząt w sprawie nie tylko wspomnianych psów, ale i innych w Nowej Wsi, również będących potencjalnym zagrożeniem".
Mój profesor od historii miał kiedyś takie powiedzenie: "kraju z węgla i stali, co dalij"?
To jest chory kraj, i chore państwo, gdzie nie egzekwuje się wysokich kar pieniężnych, które skutecznie potrafiłyby nauczyć jednego wała z drugim, że odpowiedzialność za zwierzę ponosi jego właściciel. Żadne telefony do straży miejskiej, żadna wizyta policji nie odstraszy tak jak wysoka grzywna. Na co u licha wszyscy czekają? Mam przykład z osiedla. Na moich oczach (niestety), puszczany luzem ast zagryzł jamnika. Nie pomogło kopanie psa przez właściciela, który praktycznie go skatował. Wielokrotnie odwiedzaliśmy straż miejską, bo pies był postrachem osiedla, skończyło się na upomnieniach i zapewnieniach, że pies będzie wychodził na smyczy. Jak już doszło do tragedii to właściciel asta po prostu zniknął, wyprowadził się, wyjechał, pojęcia nie mam :(