Wczoraj byłam już przygotowana. W jednej kieszeni kabanoski, w drugiej piłeczka , na szyi gwizdek. Zabawa była przednia, nawet Mixer uganiał się za piłeczką. Betka na każdy gwizdek przybiegała (chociaż ciągnęło ją, oj ciągnęło w stronę lasku), i w pięknym siadzie czekała na kabanosika. Na nocnym spacerku też została spuszczona ze smyczy. Znikła na trochę, ale szybko wróciła. Ale na dzisiejszym spacerze po 10 minutach pannica zaczęła się nudzić (inna sprawa, że w ciągu doby śniegu napadało po kolana i zabawa z piłeczką nie miała większego sensu) i w pewnym momencie po prostu sobie poszła. Olała piłki i kabanosy, gwizdka nie słyszała - a jakże! Nie było jej pół godziny. Wreszcie się zjawiła, usiadła przede mną i zaczęła domagać się nagrody. No co, miałam nie dać, skoro wróciła? Trudno, co ma być, to będzie, ale spacerki na smyczy to dla niej tortura (dla mnie zresztą też - nie wyrabiam fizycznie! spacerki bez smyczy będą dla mnie torturą psychiczną, ale za to Betka będzie szczęśliwa). Ona musi się wybiegać. Zna teren doskonale, nie zginie. Może w końcu zrozumie, że nie musi uciekać, żeby się wyszaleć. Nie wiem, czy dobrze kombinuję. Dobre rady mile widziane.