Czas coś napisać, chociaż nie sądziłam, że będę musiała zaczynać od informacji o śmierci Nerusia. Wszystko zaczeło się w wigilię. Nero zaczął trochę kaszleć, ale na chorego nie wyglądał - miał apetyt i energię. Myślałam że się przeziębił. W drugi dzień swiąt już wogóle nie kaszlał, więc nie poszłam z nim do weta. Pogorszyło mu się w niedzielę wieczorem, kaszlał, mało jadł. Na poniedziałek mieliśmy zaplanowany wyjazd w góry, nero miał jechać do psiego hotelu. Wiec już spakowani przed wyjazdem pojechaliśmy do weta. Niestety okazało sie, że to nie żadne przeziębienie, tylko chore serce. Zrobiliśmy od razu RTG, USG. Musieliśmy jechać do innej lecznicy na EKG i na popołudnie umówiliśmy się do kardiologa. Nero po lekach czuł się lepiej, zaczął jeść. Dostaliśmy zapas leków, zastrzyków i pojechaliśmy na zaplanowany wyjazd razem z Nerkiem. Wszystko było lepiej, aż do sylwestra, chyba przez strzelanie petard Nero bardzo się zestresował, miał problemy z oddychaniem. Dostał dodatkowy zastrzyk i znowu widać było poprawę. Niestety poprawa była krótkotrwała, zaczęła zbierać mu się woda w płucach i brzuchu. Nie było sensu dalej go męczyć.