-
Posts
9377 -
Joined
-
Last visited
Content Type
Profiles
Forums
Events
Everything posted by modliszka84
-
maluszku to juz tydzien jak Cie nie ma wsrod nas...:-(
-
Hossa dla koszalińskiej HOSSY - MISSION COMPLETED ;-)
modliszka84 replied to kinga's topic in Już w nowym domu
a ja to bym chciała takie rozrywki...jak Hoska zapewnia... Bo z jedna tylko niskopodłogowa w dodatku to tak nudno... Czasem tylko na stole sobie polezy, jakies swoje jedzenie przez przypadek zostawi na stole, uraczy mnie z samego rana sniadaniem do lozka (tzn resztkami sniadania w lozku, pod poduszka, na mnie). A poza tym to same nudy. I w dodatku nie sprzata, nawet po sobie! Juz nie mowiac ze na żurek sie wypina! Ehh moze kiedys.... -
Hossa dla koszalińskiej HOSSY - MISSION COMPLETED ;-)
modliszka84 replied to kinga's topic in Już w nowym domu
Dorothy, powinnas sie cieszyc ze Hosi Twój zurek smakował... :razz: A ja sie ustawiam w kolejce do wypozyczenia Hoski, moze by tez troche porządków zrobiła w kuchni..i nie tylko... -
tak ten skur**** sprzedaje mieszance yorka i to za niemała kase!!! I jeszcze smie pisac, że psy maja bardzo dobre warunki, wychowaly sie w rodzinnej i cieplej atmosferze i sa traktowane jak czlonek rodziny!:angryy: Niech sie sam zapładnia co pol roku ! A sunia 5-letnia to juz mu sie pewnie "wyeksploatowala"....
-
Mona wspaniale ze sie zaopiekowałas Tosia...I ona taka biedna chorutenka... A tak przy okazji, bestii, którzy zarabiaja na takich biedactwach az roi sie wokol... wlasnie znalazłam cos takiego na allegro - http://www.allegro.pl/item106510551_yorkshire_terrier_suczka_5_letnia_bcm.html Malenka wystraszona... i w dodtaku ten opis...:angryy:
-
4 maja: 28 maja: :placz: :placz: :placz:
-
Tęczowy Most wirtualnie - Dla niepogodzonych ze śmiercią przyjaciela....
modliszka84 replied to Manu's topic in Tęczowy Most
[quote name='14ruda']Tydzień temu w piątek pod wieczór po słonecznym dniu nagle nad miastem zawisła czarna chmura i lunął deszcz.Po chwili ukazała się przepiękna wielka kolorowa tęcza.Pomyślałam-kolejny piesek przekracza tęczowy most. Na drugi dzień dowiedziałam się ,że dokładnie o tej porze kiedy ukazała się tęcza suczka koleżanki zginęła pod kołami samochodu :( :( :([/quote] W niedzielę wieczorem (28.05.2006.), gdy musiał zapaść ten cholerny wyrok w klinice... lał deszcz, była wichura... Kilka minut potem, gdy zapłakani razem z TZem wracaliśmy wioząc na tylnej kanapie male, bezbronne ciałko ... na niebie wyszło słońce i pojawiła się piękna kolorowa tęcza............ :placz: To wtedy staruszek Dagett przekroczył tęczowy most, dał nam znak.... Znaliśmy ten kochanego dziadka tylko niecałe 2 dni, tylko tyle był z nami...a ja nie mogę się pozbierać....:placz: -
bozze, jakie ja mam teraz wyrzuty sumienia.... :placz: :placz: :placz: nie moge przestac o tym myslec, tak sobie mysle, że może jednak byłaby szansa, wiem wiem ze to nielogiczne... ja nie znam sie na chorbach zwierząt - weci tak... ale...:placz: co by bylo gdyby.... wiem ze jeden dzien by tu nic nie dał, ale jest mi tak cholernie zle z tym....wyciagnelismy go ze schronu a potem...ja zwariuje :placz: teraz dopiero zobaczyłam Jego zdjecia na łodzkiej stronie zrobionej przez dziewczyny...te smutne slepka i łepek przylegajacy do kraty. Tam jeszcze wstawał, jeszcze prosił o dotyk.... kiedy były robione te zdjecia...?
-
Mika, sunia z nowotworem juz nie cierpi:((
modliszka84 replied to saskia's topic in Psy, które pożegnaliśmy....
dla Mikusi i Dagecika... [*] -
Dziadzius nie mial podłączanej kroplowki. Dostawał leki w zastrzykach...
-
Gadżeciku kochany, i jak Ci się spało w psim niebie...? :placz: Tęsknie za Tobą strasznie i nie mogę się z tym pogodzić... Mam nadzieję, że jesteś szczęśliwy już... i że z nami też byłeś szczęsliwy te dwa dni... Tak dzielnie to wytrzymywałeś, nawet nie zawarknąłeś u lekarza, choć na pewno badanie i zastrzyki były dla Ciebie bolesne... Ty chciałeś żyć... nie poddałeś się ... uśmiechałeś się do mnie... ale Twojego ciałko nie wytrzymało tego... przepraszam.... :placz:
-
widziałam niestety w schronie mnostwo takich psów, ktore lezaly w kaciku i nawet nie podniosly glowy, gdy caly boks usilnie szczekal przy siatce.... ale to jest naprawde ponad moje siły... to przezycie z Dagettem....:placz: musze sie teraz pozbierac.... my niestety tez musielismy uspic psa tzn sunke Tza - latem, bo starosc, nowotowor z przerzutami nie pozwolily jej ani jesc, ani pic ani chodzic... Miala 17 lat... Miesiac potem zachorowal kot - i znowu wyrok, nowotwor, poza tym ogromna tesknota za zmarlym psem...i znow to samo... Teraz jest u Niego nowy kot, tzn znajda, znaleziony na bocznej uliczce w najwieksze mrozy, gdy probowal schronic sie pod samochodem. A wlasnie caly czas pociesza mnie jeszcze moja Sonia, wydaje mi sie ze ona rozumie wszytsko... Dagetta tez poznala... wiec pewnie pamieta jeszcze jego zapach..
-
nie ma za co dziękować... ciesze sie, ze Go spotkałam, ze byl z nami te dwa dni... Teraz tez nie jest daleko, bo na dzialce sobie lezy... Szkoda, ze nigdy nie mógł jej zobaczyc sam. Jednego tylko żałuje - moze gdybysmy go wzieli wczesniej....
-
ja tez rycze razem z TZem od wczoraj... czasem to były łzy wzruszenia, bezsilnosci, a teraz tylko smutek i zal zostal...
-
a to są ostatnie zdjeci Dagecika - na trawce przed kliniką, żeby ostatni raz poczuł się szczęsliwy, powąchał trawkę i kwiatki....:placz: - A. i B.
-
Mam nadzieję, że podjęliśmy słuszną decyzję, pomogliśmy mu na ile to było możliwe. Ja nie mogę sobie tylko tego wyobrazić co on musiał przeżywać w tym ciemnym betonowym boksie, kiedy nie mógł oddychać, dusił się, nie miał siły nawet wstać.... Dzisiaj weci określili jego wiek na bardzo bardzo stary, czyli nawet ponad 14 lat... Mam nadzieję, że nie wyglądało tak całe jego życie i że zaznał kiedys miłości... Nie potrafie przestac o nim myslec...:placz:
-
Tak trudno jest się pogodzić z taką sytuacją... My naprawdę wierzyliśmy, że Mu się uda... Miałam cichą nadzieję, że TZ zakocha się w Nim przez te kilka dni i juz nie będzie chciał go oddać (zreszta teraz wiem, że słuszne były moje przypuszczenia)... Wiem tez, że te osttanie dni Gadżecik (bo tak na niego mówiliśmy) był szczęśliwy, dziś gdy był na trawce na widok pieska pomachał nawet delikatnie ogonkiem....:placz: Ta decyzja była dla nas bardzo bardzo trudna... Jego spojrzenia nie zapomnę chyba do końca życia... Ono było już takie ufne, takie mądre... :placz: Tym bardziej było nam trudniej podjąć tę decyzję. Bo On nam zaufał, a my być może nie podołaliśmy... Zaufaliśmy jednak lekarzom... którzy poświęcili mu naprawdę dużo uwagi i troski. Nie mogliśmy skazywać go na cierpienie, które mogło nadejść w każdej godzinie... A ta tęcza - to był znak od Gadżecika....:placz: :placz: :placz:
-
Dziekuje Wam wszytskim.... w takiej chwili nie moge pisac zbyt składnie.... Sprobuje od poczatku. Pojechalismy do weta, tak jak pisałam. Dzis bylo dwoch innych lekarzy, Badania krwi wyszly zle, Dagett zostal jeszcze raz dokladnie przebadany pod kątem prostaty i narzodow wenwetrznych. W jelitach byla tylko krew... Na sledzionie guz... :-( Pani wet powiedziała, ze pies sie meczy, że go to bardzo boli, dodatkowo dochodziła niewydolnosc krążenia, dusznosci, niedotlenienie. Śledziona mogła w każdej chwili peknąc.... A wtedy umierałby w padaczce i z krwotokiem wewnętrznym... Nie chcielismy sie jednak pogodzic z tym wyrokiem, pojechalismy do innej klinki "Pod koniem", zeby inny wet go obejrzał, niestety powiedział to samo... Dagett odszedl w ramionach Tza, głaskany po główne i przytulany. Teraz wypoczywa sobie, juz go nic nie boli, juz nie cierpi.... Został pochowany u mnie na działce, będziemy go więc często odwiedzać... I na pewno nigdy o Nim nie zapomnimy... Widocznie tak miało być... Gdy wracalismy z jego martwym ciałkiem na niebie pojawiła się wielka przepiękna kolorowa tęcza... To musiał być znak że Dagecik przekroczył właśnie tęczowy most............:placz:
-
Jesli chodzi o tydzien, to mysle ze mogłabym uprosic TZa... Ale tak jak mowie, pies byłby sam, bez opeiki przez ponad polowe dnia.
-
wiesz, nie chce tutaj urządzac jakichs niemiłych dyskusji, ale pozbyc to sie mozna smieci z kosza, a nie psa.... od wczoraj byl podniesiony na wątku łódzkim wielki rozgłos aby jak najszybciej wydostac ze schronu tego psa, bo w poniwedzialek moze byc juz za pozno.... Od samego pcozatku deklarowałam że po psa pojade, wezme, ale na kilka dni tylko... Pisałam juz kilkakrotnie ze nie mam mozliwosci zeby pies zamieszkał u mnie na stałe...a nawet na dłuzej niz kilka dni. I bardzo mi przykro z teo powodu, bo on jest naprawde kochany... Pies moze tu byc jeszcze dzien, dwa, nie wiem, przeciez nie wyrzuce go ani nie zawioze spowrotem na smierc do schronu! Nie chce zeby teraz stac sie jakas zbedna "rzeczą", której chce sie pozbyc. Pies jest poza tym u mojego TZa. I od jutra bedzie musial siedziec dluuugo sam w domu (o czym pisze chyba 5 raz), ani ja ani TZ nie mamy mozliwosci go zatrzymac! Tak wiec dom tymczasowy lub stały dla Dagetta jest potrzebny na juz!
-
Ja tez sie tego obawiam....:-( Bo sunka mojego TZa...miała dokładnie to samo... Po lekarz, kuracji antybiotykami nastąpiła poprawa, ale niedługo trwała... po bo kilku dniach nastąpił kryzys... Oby nie zapeszać tylko... W każdym bądź razie powiedzcie co ja mam zrobic z nim jutro czy pojutrze...!:-( :-( Tyle było chętnych do pomocy, tyle osób namawiało, jedź, weź go, wszyscy wiedzieli że nie mogę Go u siebie zostawić.... i co teraz...? Jedna Dorothy pamieta....... Niedługo jedziemy do lekarza, a co potem...?
-
Ale to i tak nie sa idealne warunki....On pilnie potrzebuje kogos kto sie nim zajmie cały czas. On siedzi sam w zamknietym pokoju, zeby kot nie wszedł, bo ciagle prycha na niego. TZ na uczelni ... Nie wiem co bedzie jutro,:-( jesli nikt go nie wezmie, bedzie musial siedziec sam przez ok 9 godzin co najmniej... :-( :-( To nie jest kwestia tego, ze my go nie chcemy dłuzej przetrzymac, ale nie mamy takich mozliwosci....:-(
-
dzisiaj jedziemy do weta tez po poludniu na kolejny antybiotyk. wetka powiedziała, ze nie wstaje dlatego ze: po pierwsze - bola go wszystkie narzady wewnetrzne, przy badaniu takim ogolnym bardzo go bolal nawet najmniejszy dotyk, po drugie - nie ma siły bo jest osłabiony, po trzecie - moga go bolec stawy. Wydaje mi sie, ze od wczoraj, kiedy go wynieslismy ze schronu i glowa mu leciała przez ręce to jest nieznaczna poprawa... zjazdl odrobinke, pije wode. Cały czas lezy, jest poprawa nawet taka, ze gdy weszlam do pokoju, to lezal wpatrzony w szafe, a gdy mnie uslyszal podniosl sie, usiadl, i tak siedzial caly czas... Krew w kale jest raczej ciemna, niespieniona.
-
własnie wróciłam. Zaniosłam mu obiadek, czyli tak jak mowileyscie kurczaczek, ryz i marchewka, rozdrobnione na papke. Skubnał troszke, ale widac ze ma chęc do jedzenia. Najpierw z reki mu dałam trochę, ale za chwile sie podniósł i sam doszedł do miseczki. On ma tez jakby problem z gryzieniem albo przełykaniem. Długo dziamie wszytsko w pyszczku zanim przełknie. Posprawdzał tez wszystkie inne miski, czy mu nikt zadnej nie zabrał, pochlipał wody i tak siedzi... Znowu nabrudził krwia... Mam nadzieje ze siku tez zrobi w domu, ja go nie mam siły zniesc... Moze do 15 wytrzyma....:shake: Siedzi taki osowiały, ale usiadł nawet jak przyszłam, patrzył się na mnie juz... :lol: Zaraz wkleje zdjecia. One jednak nie oddaja rzeczywistosci, Dagettem yglada naprawe duzo gorzej. apie cały czas, cięzko mu chodzą całe boki, oddycha z otwarta mordką, chociaz jest stale okno otwarte... Ledwo siedzi, ma problem zeby z pozycji siedzacej połozyc sie. O wstaniu juz nie mowie. Nie wstał znowu ani razu...