„A jeśli suka nie jest hodowlana, to znam jeszcze jeden (niezawodny w 100%) sposób - sterylka.”
Cztery lata temu przygarnęłam porzuconego w lesie małego szczeniaczka (suczkę). W wieku około sześciu miesięcy miała pierwszą cieczkę. Psy rozebrały mi część szopy, aby dostać się na siedlisko i do niej. Tak dorobiłam się drugiego psa . Za pół roku następna cieczka. Pilnowałam suki jak oka w głowie. Suka starsza, mądrzejsza- moment nieuwagi- uciekła przez płot i w konsekwencji
trzeci pies w domu. Poszłam po rozum do głowy i zdecydowałam się na sterylizację. Po zabiegu wszystko szybko się wygoiło i byłam zadowolona, że problem definitywnie załatwiony. Dwa miesiące później wróciłam późno (około 23.00) do domu, a suczka mnie nie wita przy bramie. Zaniepokoiłam się. Suczka stała w pewnej odległości od psów, była spięta i widać było, że bardzo cierpi.
Podejrzewałam, że może ktoś ją struł. Raniutko pędem do weterynarza z postanowieniem, że jeżeli to trucizna i nie ma ratunku to niech psa uśpi, aby tak się nie męczył. Weterynarz suczki nie uśpił. Stwierdził, że mogą to być zrosty po zabiegu. Dał zastrzyk rozkurczowy, drugi do domu, żeby dać za kilka godzin samemu.
Po drugim zastrzyku suczka zdechła mężowi na rękach.
Nigdy nie wybaczę temu weterynarzowi, że pozwolił jej jeszcze tyle cierpieć. Chociaż jestem za sterylizacją, aby zmniejszyć ilość niechcianych i maltretowanych psów drugi raz nie chciałabym tego przeżywać i bałabym się podjąć decyzję o sterylizacji.
Powiecie, że to był przypadek, że miałam pecha, bo tyle sterylizacji kończy się dobrze i ja to wiem. Lęk jednak pozostał i jeżeli kiedyś brałabym psa to tylko sukę ze schroniska i już wysterylizowaną.