Ciesz się, że ino drze pyszczydło.
Pamiętam jak Balbisiątko (zanim adoptowaliśmy Zuzię) napadała zawsze na wielkie psy.
Szla ulicą z moim mężem na smyczy. Mijali faceta z wilczurem. Balbisia ni z gruchy, ni z pietruchy przechodząc obok wilka upierdzieliła go w brzuch, potem wskoczyła mężowi na ręce, żeby ten ja ratował przed ewentualną zemstą.
Im większy pies, tym był smaczniejszy.
Raz jednak się wypłoszyła.
Dziamotka szła na spacer ujadają całym pyszczydłem. Wyłoniła się zza rogu i nagle ogarnęło ja zdziwko.
Ujrzała na jezdni autentyczny wóz konny, ciągnięty przez konia.
To małe natychmiast zapomniało jęzora w pyszczydle, zastygło na chwilę w bezruchu i zrobiło myk synowi na ręce. Ot, wielka bohaterka!
Taaaaaaakiego wielkiego "psa" to ona nie widziała. Do końca spaceru zaniemówiła.
Przez dwa dni z rzędu zbliżając się do tego rogu nie dziamotała. Jak zobaczyła, ze kunia nie ma, włączała swój alarm.