bunia2010 Posted March 13 Posted March 13 Marta Lichnerowicz jest z Silva Lupus Niesamowite, jak przewrotne bywa życie. Od kilku dni w nielicznych wolnych chwilach – jak zawsze ze słuchawkami na uszach – słucham audiobooka. Tym razem kluczem wyboru był ulubiony lektor i tak trafiłam na klasykę: „Przygody dobrego wojaka Szwejka”. Już pierwsze zdanie utwierdziło mnie w przekonaniu, że muszę przesłuchać to do końca: „— A to nam zabili Ferdynanda — rzekła posługaczka do pana Szwejka, który opuściwszy przed laty służbę w wojsku, gdy ostatecznie przez lekarską komisję wojskową uznany został za idiotę, utrzymywał się z handlu psami, pokracznymi, nierasowymi kundlami, których rodowody fałszował.” Przyznajcie, że po takim początku trudno się oderwać. Człowiek od razu chce wiedzieć, co będzie dalej. A dalej jest wiele ciekawych fragmentów, jednak jeden z nich – usłyszany wczoraj – w połączeniu z tym, co od kilku dni widzę w internecie, brzmi jak surrealistyczne zderzenie literackiej fikcji sprzed ponad stu lat z głupotą i okrucieństwem współczesnych ludzi. „Nie wiem, czy ci panowie, którzy już w czasie niepodległości przeglądali archiwum policji, zdołali odszyfrować poszczególne pozycje tajnego funduszu dyspozycyjnego policji państwowej, wśród których znajdowały się takie: B… 40 K, F… 50 K, L… 80 K itd., ale mylili się stanowczo, jeśli przypuszczali, że B., F., L. to początkowe litery nazwisk takich panów, którzy za 40, 50 i 80 koron sprzedawali naród czeski czarno-żółtemu orłu. „B” znaczyło bernardyn, „F” — foksterier, a „L” — leonberger. Wszystkie te psy sprowadzał Bretschneider od Szwejka do dyrekcji policji. Były to pokraczne kundle niemające nic wspólnego z jakimikolwiek rasowymi psami, za jakie je Szwejk sprzedawał. Bernardyn był mieszańcem jakiegoś partackiego pudla i podwórzowego kundla, foksterier miał uszy jamnika, był duży jak pies rzeźnicki, a nogi miał takie pałąkowate, jakby właśnie przebył angielską chorobę. Leonberger łbem przypominał kudłaty łeb stajennego pinczera, ogon miał ucięty, był niski jak jamnik, a zadek miał taki goły jak słynne amerykańskie pieski-naguski. Potem przyszedł do Szwejka wywiadowca Kalous i kupił jakiegoś wystraszonego potworka przypominającego hienę cętkowaną, z grzywą szkockiego owczarka, a w rubryce tajnego funduszu dyspozycyjnego znalazła się pozycja: D… 90 K. Ten potworek miał reprezentować doga.” Szwejk psów nie hodował. Zbierał je po wsiach i miastach, czasem odkupywał tylko po to, żeby sprzedać dalej. I tu dochodzimy do sedna. Wielu znacznie sprytniejszych handlarzy psami działa dziś dokładnie tak samo. Po wielkich akcjach zamykania pseudohodowli nie ryzykują już samodzielnej produkcji. Z dnia na dzień zaczęła kwitnąć nowa gałąź petbiznesu – handel psami kupowanymi hurtowo z zagranicznych fabryk szczeniąt. Mechanizm jest prosty. Handlarz kupuje za grosze rasowe psy albo modne „designerskie” mieszanki z fabryki szczeniąt. Wielu skupuje też psy z polskich fabryk – głównie pudelki, maltipoo i podobne instagramowe rasy. W przypadku psów rasowych ogromny handel odbywa się dziś psami z dokumentami FCI z krajów takich jak Serbia czy Ukraina. Piszę „rasowych” w cudzysłowie, ponieważ w Ukrainie już czwarty rok przeglądy hodowlane odbywają się przez kamerkę i internet. Nie ma kontroli warunków hodowli, badań pochodzenia ani realnej weryfikacji. W mojej własnej rasie mogę wskazać kilkanaście psów ze sfałszowanymi rodowodami – z wpisanymi dowolnymi rodzicami, podczas gdy w rzeczywistości pochodzą od zupełnie innych psów. Wiele takich hodowli prowadzi też działalność w Polsce. Psy rozmnażane są tutaj, ale otrzymują ukraińskie dokumenty. Formalnie wygląda to tak, jakby przyjechały z kraju ogarniętego wojną. W rzeczywistości jest to proceder nielegalny, ponieważ w Polsce każda hodowla musi być zarejestrowana w krajowej organizacji kynologicznej. Warunki w takich miejscach bywają różne – od domowych po czysto przemysłowe hodowle, gdzie psy z najwyższych pięter klatek załatwiają potrzeby na te z pięter niżej. W jednej z takich hodowli było ponad sto psów. Dlaczego to się opłaca? Bo taki „hodowca” znacząco obniża koszty produkcji. Nie płaci podatków, nie ma kontroli, nie wykonuje badań DNA, nie płaci za przeglądy hodowlane ani wystawy. Jednocześnie może sprzedawać psy jako „uratowane z Ukrainy”, publikując w internecie starannie wybrane zdjęcia. A w rzeczywistości pies urodził się w piwnicy gdzieś w Polsce. Handlarze skupują też psy z innych krajów – Maroka, Bałkanów czy Serbii – i na sfałszowanych rodowodach bez problemu rejestrują je w polskich organizacjach kynologicznych. Zdarzają się sytuacje absurdalne. Na przykład mastif tybetański z rodowodem pełnym pinczerów. Takie psy są później sprzedawane dalej i rozmnażane w kolejnych krajach. FCI? Nie reaguje. Ogromnym biznesem stał się również handel psami kopiowanymi – dobermanami, cane corso czy bokserami. Psy kupowane są w krajach, gdzie kopiowanie uszu i ogonów jest legalne, a następnie sprzedawane w Polsce z ogromną marżą. Czy to się opłaca? Kilka dni temu trafiły w moje ręce dokumenty jednej z hodowli owczarków szkockich. Pod przysięgą hodowca zeznał, że hodowla utrzymuje pięcioosobową rodzinę. W dokumentach wskazano produkcję około 60–70 szczeniąt rocznie, a przychód sięga około 275 tysięcy złotych. Jeśli pośrednik odejmie koszty utrzymania suk i odchowu, może zarobić znacznie więcej – praktycznie bez ryzyka. Nie ma się więc co dziwić, że producenci, pośrednicy i handlarze z jednej czy drugiej organizacji wykorzystują tę możliwość zarobku. Tak właśnie działa rynek. Ale ten rynek napędzają przede wszystkim nabywcy. To ludzie, którzy pod postem jakiejś organizacji zobaczą ogłoszenie o rasowym psie i już następnego dnia jadą po „okazję”. To ludzie w podróbkach markowych ubrań kupionych na all inclusive w Turcji, którzy chcą mieć „rasowego pieska” do zdjęć. To też Ryśki z budów Europy wracający na weekend do Polski, którzy kupują „rasowego psa dla swojej dziuni”. Bo pies jest dziś towarem i jeszcze długo nim będzie. Tak długo, jak organizacje lobbujące w Sejmie nie zrozumieją jednej prostej rzeczy: pies nie jest dobrem pierwszej potrzeby. Posiadanie psa powinno być świadomym i kosztownym przywilejem, a nie czymś, do czego państwo dopłaca. Jeśli chcesz jeździć samochodem – musisz zdać prawo jazdy, zarejestrować pojazd i co roku przechodzić przegląd techniczny. Samochód, nawet taki za 500 zł, traktujemy jako luksus wymagający kontroli. Pies – żywe i czujące zwierzę – nie wymaga od właściciela praktycznie niczego. Dlatego nawet jeśli zaostrzymy przepisy hodowlane w Unii Europejskiej, nadal będziemy mieli rzekę psów płynącą z fabryk szczeniąt z krajów, gdzie kontroli nie ma żadnej. A współcześni Szwejkowie nadal będą sprzedawać „potworka przypominającego hienę cętkowaną z grzywą szkockiego owczarka”. I twierdzić, że to rasowy dog. Quote
Recommended Posts
Join the conversation
You can post now and register later. If you have an account, sign in now to post with your account.