Pamiętam, że (chyba w jej sprawie) dzwonili do mnie ludzie, a ja odesłałam do schroniska.
Kobieta powiedziała, że znalazła maleńką sunię i ma coś z łapką, że chyba jest po wypadku. Trochę o tyle mnie to zdziwiło, że stwierdziła, że ma chętną sąsiadkę na dom stały, ale chce ją zabrać po leczeniu, bo jej nie stać na operację małej. Powiedziałam, że coś takiego nie wchodzi w grę, jeżeli jest sunia po wypadku to mają wezwać schronisko, albo straż miejską i że po wyleczeniu pójdzie do adopcji i na pewno nie będzie czekać na nich i nie będzie zarezerwowana dla sąsiadki, że schronisko nie jest szpitalem, tylko jak chcą dać suni dom, to teraz i wziąść na siebie koszty leczenia, poza tym może ktoś szuka maleńką i lepiej ją ogłosić.
Nie wiem czy chodziło o Walentynkę, ale daty się zgadzają, więc chyba więcej takich psów w tym dniu nie było, osoba z telefonu się wyłączyła i nie wiem jaka była jej decyzja. Poza tym w rozmowie parę rzeczy nie podobało mi się, i miałam wrażenie, że to pies, którego zna, tylko ludzi nie było stac na operację po wypadku...
Oczywiście nie mam pewności, czy chodziło o Walentynkę, ale chyba w tym czsaie za wiele wypadków nie było???