Digerkowa radościa jest wielka. Ze spacerku też, ale przede wszystkim z przytulania...
Odbiega chłopak na dosyć dalekie odległości specjalnie, żeby za nim wołać. Jak to już uczynię, Diguś biegnie w tak szaleńczym galopie, że w ostatecznym starciu, oboje lądujemy na ziemii (na moich plecach:roll:). Ale kocham to wywalanie się z nim na glebę...;) Wtedy psysiu podpalany tak się śmieje...
No i w końcu nadchodzi znienawidzony przezemnie etap - powrót za kraty. To jest naprawdę straszne:-(
...Digerku:iloveyou: