nie odmówi, oczywiście! :oops:
Kiedy przez siedem lat byłem bezdomnym psem, ponoć nie miałem nic...
Tułałem się po osiedlu, byłem niczyj, często głodowałem. Ale jednak wtedy byłem szczęśliwszy. Lubiły mnie dzieci i koty. Wielu ludzi mnie znało, zagadywało, co u mnie, kilka dobrych dusz dokarmiało mnie nawet. Nie wadziłem nikomu do chwili, gdy na osiedle wprowadziła się ta kobieta... Nagle zacząłem przeszkadzać, stałem się zagrożeniem, złapano mnie i przywieziono do schroniska. Zła kobieta zabrała mi wszystko, co miałem i znałem... zabrała mi wolność.
Teraz ludzie myślą, że mam lepiej niż przez te siedem lat swego bezpańskiego losu: dali mi dach nad głową - budę, do której nie chcę wchodzić, taka ona ciasna; dali mi pełną miskę, ale nie mam apetytu; dali numerek zamiast imienia, którego nikt nie nadał mi w szczenięcym wieku... i przykuli do tego "szczęścia" łańcuchem, żebym od niego nie uciekł...
Teraz leżę całymi dniami, trzęsę się cały i marzę o przejściu za Tęczowy Most - raj dla zwierząt, gdzie wszystkie psy biegają po zielonych łąkach, są wolne i naprawdę szczęśliwe... Wolontariusze nazywają to depresją.
Czasem też tęsknię do swojego człowieka, jego zainteresowania i czułej ręki... Wolontariusze mówią, że to dla mnie jedyna szansa na życie...
Ale to marzenie jest chyba nierealne...