Zosiu, nawet gdybyście mieli wspólnie pożyć kilka miesięcy, co ja piszę - kilka tygodni nawet - ZAWSZE warto! Ludzie tak często i tak powszechnie zamykają się w ciasnej, cuchnącej skorupce egoizmu i wygodnictwa - "eeee, bo by było trzeba go wyprowadzać rano, i kudłów tyle na dywanie, łeee, i nie wyjedzie się nigdzie z psem, nieeee, to już lepiej posiedzę na kanapie przed TV i pochrupię chipsy i poużalam się nad sobą, że takie mam życie nie takie, jakbym chciał..."
Nie ma sensu słuchać idiotycznego "na co ci to było", tym bardziej polemizować nie ma sensu, bo nie ma z czym. Bo jak takiej istocie z sercem pustym, jak orzeszek (jak napisała poetka :) wytłumaczyć, że pies to nie trud, znój i obowiązek, ale taki ogrom miłości, że aż się płakać chce z niedowierzania, że ktoś tak nas kocha - całym sobą, bezgranicznie, bezwarunkowo, ufnie, wiernie, najcudowniej! I na myśl o tym serce przestaje bić z przerażenia - bo jak taką miłość odwzajemnić, jak jej nie zawieść, nie zranić, nie stracić!
A już miłość i oddanie psa przygarniętego ze schronu, śmietnika, meliny, łańcucha - tego nie da się wytrzymać! Że ktoś dręczony, maltretowany, zapomniany, całe życie kopany i odpychany - że ktoś taki zdobył się na niewyobrażalny dla nas wysiłek i jeszcze raz zechciał zaufać takiej nędznej kreaturze, jaką zazwyczaj okazuje się człowiek. I że to właśnie my dostąpiliśmy zaszczytu bycia obdarzonym tym psim zaufaniem i miłością.
Zosiu, popatrz Liskowi w oczy (jakie to ma znaczenie, czy coś widzą, czy nie) - znajdziesz w nich odpowiedzi na wszystkie Twoje pytania i wątpliwości. Na co Ci to było? Ano na to właśnie, żeby w takie oczy móc patrzeć!