Kochani...dziś powróciłam do żywych...
Co prawda to wątek Mozarta, a nie Zuluska...ale napiszę...
Ciężko było...:placz:
Pojechałam do swojej "starej" wetki, bo w klinice, do której zawsze jeżdżę nie było nikogo odpowiedniego, kto mógłby się zająć Zulkiem...
Dostał 1 narkozę, ale okazało się, że to dla niego za mało i dostało 2 i chyba za dużą dawkę...bo później dostał nawet "wybudzacz"...
Przyjechałam do domu, przez prawie 1,5 h był nieprzytomny (to w jego przypadku niemożliwe...), a później...sen - nie wiem, czy sen, wariacje, rzucanie się, jęczenie, płacz...:placz: Nosiłam Go na rękach i płakałam z nim...:placz: Było z nim źle...
Wzięłam do łóżka, podłożyłam kocyk i podkład i tak spaliśmy wtuleni, choć nadal oboje płakaliśmy...pilnowałam Go cały czas. Kiedy wstaliśmy, no cóż...:roll: pół łożka zalane...:roll: Nie będę opisywać moich dalszych czynności...:cool3:
Ale Zulek cały wieczór nieprzytomny, taki sam jak wyżej opisałam...
Zabrałam wszystko do sypialni i zamknęłam drzwi na noc, żeby nie spadł ze schodów. Rano, było lepiej, ale nie super. Czuje się ok, ale jest jeszcze pod wpływem narkozy...:-( Biedne oczka i taki wogóle biedniutki...:-(
Gdyby nie dostał "wybudzacza", nie wiem co by było...:placz:
Wiem, że mogłam Go wczoraj stracić, bo było źle...
Wiem też, że Wetka zrobiła wszystko najlepiej jak mogła, ale nie przewidziała chyba tego, że tak będzie...:shake:
Strasznie to przeżyłam... Dochodzę do siebie...
Wybaczcie mi offfffa...:oops:
MOJE SZCZĘŚCIE JEST ZE MNĄ...