Bylam dzis z wizyta u Onkow, o malo gleby nie zaliczylam jak ten odwazny zaczal mnie lizac dawac buzi, pchac leb pod pachy i wymagac glaskania. Misiek bo tak roboczo nazwalam drugiego Onka byl obecny ale trzymal sie za kolega z tylu. Na szczescie ludzie sa przyjaznie nastawieni do tych psow. Nie sa glodne, na moje smykolyki w postaci chrupek nie spojrzeli, wode tez maja pod dostatkiem, sedalin tez juz mam. Zobaczymy co wymyslimy jutro.