Kiedy po iluś tam dniach jest w końcu na tyle ciepło, że można umyć psa-musi być ciepło, bo nie da się wysuszyć suszarką..... ok, zabieram się za to...
Jako że Dory nie ma szans umyć pod prysznicem-już kiedyś myłam ją z mamą-prawie wyrwała drzwi od kabiny, a drugi raz mama musiała zamknąć się w kabinie razem z psem.. chciałam umyć ją na zewnątrz..tak jak rok temu. Żeby nie myć psa lodowatą wodą ze szlaufa zaczynam nosić kolejno wiadra, miski, konewki..z ciepłą wodą z domu..byle tylko jej ta kąpiel nie sprawiała przykrości jeszcze większej. :P
OK, biorę psa..jaka ja byłam głupia..szkoda mi było nowego parkanu, który stoi dopiero tydzień i nie chciałam porysować go metalowymi częściami od smyczy..przypinam psa do drzewa, w miejscu, gdzie nie ma trawy..ta!! wiedziałam, że będzie mega bajoro, ale lepsze czarne łapy niż porysowany nowy parkan. Taaaa mimo że była mega krótko przypięta, zaczęła kręcić się w kółko, podduszając się przy tym.. Jeszcze szlauf nie był w mojej dłoni, kiedy ta zaczęła już swój koncert.. Jej futro jest tak ciężko zmoczyć, że zaczęłam wodą ze szlaufa ...szlaufu ? Nieważne Oczywiście ledwo ją zmoczyłam tym, bo panika i koncert na całą okolice, chwyciłam za konewki z myślą, że będzie mniej darła ryja, ale nie! Nakładam trochę szamponu...ok, plecy umyte i troszkę szyja...na resztę nie mam co liczyć, bo ta drze ryja jakbym ją co najmniej tłukła kijem! Ok, super..pies lekko zmoczony, plecy lekko spienione, czas ją jakoś spłukać..byle szybko, bo koncert jeszcze głośniejszy.. Płucze ją to z wiaderka, to za pomocą szlaufu..ta drze ryja, aż nagle sąsiad wychodzi obczaić co się dzieję..jednym okiem na nas, drugim sprawdza, czy niby pranie już suche.. w głowie sobie tylko powtarzam 'zamknij tę jadaczke głupia suko' mówię głupio się uśmiechając do niej, żeby dała łaskawie trochę szamponu spłukać :P ok, jakoś ją spłukałam, łapki pozostałe czarne od bajora, ja cała mokra..pies z przemytymi plecami i wkurw na całego.
Także brudas na zawsze brudasem pozostanie....