Witam wszystkich i z góry przepraszam, jeśli mi coś nie wyjdzie we wpisie - to mój pierwszy post tutaj.
Niedawno dowiedziałam się, że nasz pies wyje pod naszą nieobecność. Psiak ma 2,5 roku. Zostaje sam dość rzadko i nie na długo. Przez pierwszy rok, może dłużej, nastawialiśmy wychodząc dyktafon, żeby przekonać się, czy wszystko jest w porządku. Mówiliśmy "pies grzecznie czeka", stawialiśmy miskę z jedzeniem, pies na "siad" (bardzo zniecierpliwiony), ubieralismy się i wtedy "masz" a my spokojnie wychodzimy. I było w porządku, czasem na nagraniu było słychać, że parę sekund poskomlił ale to wszystko. Z czasem przestaliśmy go kontrolować i niestety nie wiemy, kiedy skończyła się sielanka.
Na dzień dzisiejszy wygląda to tak samo z tą zasadniczą różnicą, że po wylizaniu miski do czysta pies staje pod drzwiami i wyje niemal cały czas aż do naszego powrotu. Przestaje najprawdopodobniej w chwili, gdy zajeżdżamy na parking (rozpoznaje nasz samochód) - dlatego nigdy go nie słyszeliśmy.
Przeczytałam wątek i chciałabym spróbować metody "kija w przerębli" (jak to określiła p. Z. Mrzewińska w jednym z pierwszych wątków), czyli częstych i wydłużających się ćwiczeń z wychodzeniem i wchodzeniem do domu. Mam jednak kilka wątpliwości i pytań.
Zastanawiam się, czy uczyć go zostawania tak jak zostawał dotychczas - czyli po prostu za zamkniętymi drzwiami mieszkania, czy raczej zamknąć go dodatkowo w któryms z pokoi odcinając dostęp do drzwi, pod którymi wyje (żeby jakoś przerwać ten rytuał podchodzenia do drzwi i wycia).
Zamówiłam kong i własnoręcznie zmajstrowałam zabawki do napychania jedzeniem ale zastanawiam się, czy przy takich ćwiczeniach zostawianie ich ma sens, skoro pies odlicza czas nie od chwili naszego wyjścia ale od chwili zjedzenia tego, co zostawiamy?
Czy na czas nauki w ogóle przestać go zostawiać samego w domu, czy opracowac dwa inne rytuały - dla wyjścia kontrolowanego (szkoleniowego) i takiego prawdziwego, które zapewne zakończy się wyciem? Czy może to nie ma znaczenia?
Z góry dziękuję za pomoc