Tak sobie czytam te Wasze smutne relacje z kontaktów z nieprzychylnymi pracownikami schroniska i przypomina mi się bardzo podobna sytuacja. Kiedy chodziłam do liceum razem z kilkoma koleżankami postanowiłyśmy zostać wolontariuszkami w Domu Małego Dziecka. Wszystko było załatwione z panią dyrektor tego Domu, była Ona koleżanką jednej z naszych nauczycielek. Pani dyrektor była zadowolona, że chcemy pomóc, ale nie można było tego powiedzieć o pracownikach. Chodziłyśmy tam raz lub 2 razy w tygodniu i zawsze wszyscy byli bardzo zdziwieni kim jesteśmy i czego chcemy. Łaskawie wpuszczano nas, ale cały czas dziwnie się nam przyglądano. Wyglądało tak, jakbyśmy im przeszkadzały kto wie czy nie w piciu kawki i plotkowaniu. Myślę, że niewiele z tych pań myślało o tych biednych, malutkich dzieciach, które prześcigały się w tym, które wejdzie na kolana albo się przytuli.
Od tego czasu tym bardziej podziwiam Wolontariuszy, bo wiem, że poza czasem i sercem, które wkładają w swoją pracę, muszą jeszcze liczyć się z nieprzychylnym traktowaniem....