Jump to content
Dogomania

Fuka

Members
  • Posts

    2653
  • Joined

  • Last visited

Everything posted by Fuka

  1. Flaire, wiedziałam, że mnie ktoś mnie zrozumie - to taakie obrzydliwe, że aż piękne :lol:
  2. Ina ja to wiem :calus: Przepraszam, jakoś tak mnie naszło na grzebanie w ranie i zupełnie nie pomyslałam, że nie tylko w swojej... Moze to trochę wytłumaczy, że mi czasem może odbijac na tym tle: Wiga - moja poprzednia airedalka miała ciężką niewydolność nerek - przez pierwsze dwa lata od diagnozy - udało nam się ją utrzymać w normalnej kondycji. Potem przyszło pogorszenie - z dnia na dzień suka, kóra kilka dni wcześniej bawiła się, biegała przy rowerze na długich spacerach - zaczęla znikać. Zaczęly się kroplówki, podawanie leków, ciągła kontrola krwi. Udało się nam ją doprowadzić do względnie stabilnego stanu - przez 3 miesiace żyła prawie normalnie - mowie prawie, bo większość dnia spędzała pod kroplówką, ale miała chęć i siłe chodzić na spacery, biegac za wiewiorkami, jadła. Znosiła męznie czas przy rurce, pobieranie krwi, zastrzyki, a po nich jakoś żyła swoim psim życiem. Nigdy nie zapomne jak kiedyś zerwała się spod kroplówki - kiedy zaczełam w kuchni kroić cielęcinę. Ktoś powie, ze to sadyzm - a dla mnie to było świadectwo tego, że jak każdy normalny pies - chciała mięsa! Potem niestety to mineło. Albo jak polowała na osę - musiałam przerwać kroplowkę żeby mogła ją złapać. Myślę, że wtedy chciała żyć. Kosztowało to majątek - bo chociaz żaden z moich lekarzy, zdając sobie sprawę z moich kosztów, nie pobierał honorarium - bankrutowałam na leki i badania laboratoryjne. Ale tak długo jak długo Wiga miała jakąś frajdę z życia - ciągnełam to. Zastanawiając się tylko - nad granicami egoizmu. Ona była dla mnie wszystkim. Codziennie robiłam rachunek sumienia, próbowałam ocenić czy postepuję fair wobec niej. Niby nic jej nie bolało - ale musiała znosić te wszystkie codzienne zabiegi. W klinice opowiadano mi o Panu, który przede mna walczył tak jak ja i chyba poszedł za daleko. Samej trudno mi ocenić czy i ja nie przekroczyłam tej granicy. 3 października 2000 roku wracjąc wieczorem przez park z kliniki - Wiga pogoniła za królikiem, grała. TO był jej ostatni taki długi spacer. Potem dzień po dniu - skracała dystans, znowu zaczela odmawiać jedzenia, az w końcu przestała jeść, po 10 dniach odmówiła całkowicie oddalania się od domu, nie chciała wyjsc z ogrodu - dla mnie to był znak, że już nie mogę dłużej zwlekać. Ostatniego dnia już nie dostała kropłowki. Chciałam jej dać spokój. Spędziłyśmy go razem, wieczorem przyjechał lekarz - żyły pękały, morbital jest gęsty, a ona już nie miała ani jednej zdrowej i całej. W sumie - może mogłam ją po prostu zostawić i poczekać - przy takim zatruciu, bez kroplowek - sama szybko by zasnela. Ale nie - nie mogłam - wtedy wieczorem, kiedy czekałam na przyjazd lekarza - ona zaczęła cierpieć.... Ja to juz kiedys puściłam w temacie o usypianiu psow.... Ina, ja wiem jakie to trudne... Chociaz myślę, że Twoje było jeszcze trudniejsze... Przepraszam
  3. Przekopałam się właśnie przez ten temat i.... dużo zostało powiedziane, myślę, ze trudne o ile nie niemozliwe bedzie zebranie tego mleka które zostało tu rozlane... Ale padło tu cos nad czym nie moge sobie ot tak przelecieć..... Ola w tym miejscu miała całkoqwita rację. Ponieważ- jak pisałam- nie mogę o tym pisac na forum, to spójrzna pw. I mam pytanie Gosiu - czy na miejscu jest mówienie TU o etyce zawodowej? O TAJEMNICY ZAWODOWEJ? Czy etyczne jest wyciąganie czyjeś prywatnej rozmowy z terapeutą na forum? Czy etyczne jest zachowanie terapeuty, który - szczuje na kogos kto przyszedł po pomoc swoich znajomych? I naprawdę nie chcę się opowiadac czy kaganiec jest zły czy dobry... Ale ciekawa jestem Gosiu - czy Ty naprawdę myślisz, ze osaczając kogokolwiek, zapędzając w kozi róg - pomożesz w rozwiązaniu jego problemow? Bo może ja czegos nie rozumiem, ale wydawało mi się, że ten temat został założony przez Insomnie dlatego, że prosiła o pomoc, rady i wsparcie w rozwiązaniu swoich problemów sąsiedzkich i wychowawczych. Jedni radzili jej lepiej, inni gorzej, ale nie jestem pewna czy chodziło o to żeby dziewczyne zlinczowac.... Nawet najlepsze rady, najsłuszniejsze postulaty, najbardziej niepodważalne argumenty - można sobie darować jeżeli się traktuje innych jak święta Inkwizycja... Bo w ten sposob można być pewnym - dziewczyna nawet na mękach sie nie przyzna, że ma jakiś problem albo, że sobie nie radzi - a zanim poprosi kogokolwiek o pomoc - dobrze sie zastanowi.... Gratuluje dobrego samopoczucia. Polecam kamyczki - zawsze były bardzo uzyteczne wszystkim jedynym sprawiedliwym, tym co pozjadali wszystkie rozumy, nigdy nie popełnili żadnego błedu, nigdy nie byli młodzi i głupi, nigdy nie szli w zaparte. Tak bo jezeli Insomnia idzie teraz w zaparte - to na pewno Wasza w tym zasługa...... A i przypomina mi sie Pani Linde - ona też miała zawsze rację i była w tym równie konstruktywna i skuteczna....
  4. Rocki, airedale nie ważą nawet 30 kg, moja przerośnięta suka (wielkości przerośniętego psa) nie przekracza 28kg. Nigdy nie była szkolona w kierunku obrony - ale nie polecałabym próby ataku na mnie, czy członka mojej rodziny.... :roll: mógłby sie tez zdziwic porzadnie ktoś chcący zaopiekowac sie leżąca na ziemi, pozornie bez opieki, jakąkolwiek moja rzeczą - plecakiem, albo choćby torbą z zakupami... Tak chętnie bym zobaczyła kogoś obcego próbującego takiego zagrania i bardzo ciekawa jestem czy chciałby jeszcze spróbowac :hmmmm: Dodam jeszcze, że ona sama nie zaczyna - normalnie wobec ludzi jest przyjazna. Wobec psów też (mowie o obcych, bo w dzielnicy posiada paru wrogów- ale też nie zaczęla sama), ale zaatakowana przez silna bokserke - poradziła sobie bez trudu. Buldożka angielska - spora i przyzwyczajona do rządzenia całym psim stadem (w tym 3 innymi buldogami) - zrezygnowała z prób podporządkowania sobie mojej airedalki. Mieszkały razem prawie 3mce. Moja suka jej nie wchodziła w drogę - ale na atak reagowała krótko - błyskawicznym złapaniem za gardło. Przy czym robiła to bez wściekłosci, tzn moze źle - wściekła była, że ja do tego zmuszono, warczała bardzo przerażająco - ale po moim krótkim siad - natychmiast siedziała wpatrzona we mnie, a buldożyca, albo jej kolega, który tez próbował - przestawali dla niej istniec - bo to ja jestem kims od rozwiązywania spraw... To tyle jeżeli chodzi o miłe pluszaki airedale....
  5. Juz podawałam te namiary na topicu Wrocławskim, ale gdyby się jakiś Wrocławianin zaplątał i tutaj - podam jeszcze raz: Niestety jestem dość oblatana w tym temacie, bo moja poprzednia suka bardzo ciężko chorowała. Od początku miała wspaniałego lekarza i diagnostyka - dr Pawła Czerwa, a z czasem - podczas walki o nia doszlo do niego jeszcze kilku wspaniałych specjalistów. Wiem, że miałam dużo szczęścia - po podczas leczenia - napatrzyłam sie i nasłuchałam....Ale coś za coś - przynajmniej teraz mam kilku zaufanych lekarzy, na których można polegać i wierzyć, że zapewnią psu najlepsza opieke, a co najważniejsze - dobrą diagnozę. Niestety nie mogę Was skierowac już do dr Czerwa, Paweł od roku nie żyje - był cudownym człowiekiem, wspaniałym lekarzem - ze wszystkich sił służyl swoim pacjentom. ale wszyscy, o kórych tu piszę - kochaja zwierzęta, ich praca jest dla nich powołaniem - i co niestety wcale nie jest częste - myślą i w razie jakichkolwiek wątpliwości - konsultuja się z innym doświadczonymi lekarzami, lub odsyłają do godnego polecenia specjalisty. SĘPOLNO - dr Paweł Jonkisz - ul. Partyzantów 12, tel. 3482601, kom. 0603 880 500 - lecznica czynna od poniedziałku do piątku w godzinach 9-12 i od 16 do 20, po 20 umówione zabiegi chirurgiczne, które przeprowadza znakomity chirurg - dr Bieżyński. W weekendy lecznica czynna jest od 12-16tej. Z dr Jonkiszem wspólpracuje jego była studentka, a obecnie świetna lekarka dr Ania (niestety nie pamiętam nazwiska). Dr Jonkisz przyjmuje także w ambulatorium internistycznym dla zwierząt małych na Akademii Rolniczej. GRABISZYNEK - dr Mariusz Kniat, ul. Podróżnicza 12, tel 339 2677, komórka 0501 779 547 (jakby były problemy z dodzwonieniem się - najlepiej zostawić wiadomość lub wysłać smsa), niestety nie pamiętam godzin przyjęc. W lecznicy pracuje także znakomita lekarka -dr Magda Stasiowska, oboje sa też dobrymi chirurgami, a Pani dr ma po prostu talent do "krojenia". dr Kniat ma także gabinet w domu na Wojnowie. OKOLICE MARINO - dr Małgorzata Grzeszkowiak oraz zespol lekarzy- ul. Milicka 12, tel. 3529111, normalne godziny przyjec od 9 do 19 w tygodniu, w soboty od 9 do 14, a w pozostałych godzinach CAŁODOBOWY dyżur. Dla właścicieli dużych psów ważne jest to, ze lekarze tam pracujący maja duże doświadczenie w operacjach skrętów - zdzwaniają sie i przystępoują do zabiegu. W lecznicy pracuje także wymieniona już przeze mnie dr Stasiowska z ul.Podróżniczej. Dr Grzeszkowiak leczyła moje psy od lat, miałam to szczęście, że równolegle z Pawłem Czerwem - zawsze mogłam liczyć także na nia. Jest także doświadczonym hodowcą, przez te lata opieki nad moimi kolejnymi psami zaprzyjaźniłyśmy się i to ona mnie zaraziła pasją do wystaw. I jeszcze wymienie kilkoro specjalistów z Akademii Rolniczej: Klinika Chirurgii, tel. do ambulatorium - 3205 356 - polecam dr Skrzypczaka i dr Bieżyńskiego (dr Bieżyński ma także własna lecznice na ul Katowickiej tel. 341 64 18 oraz wspolpracuje z dr Jonkiszem z Partyzantów) - dr Atamaniuk i dr Siembieda - specjalisci od USG i RTG, dr Siembieda po południu przyjmuje prywatnie na ul. Canaletta - tel 345 21 02, posiada uprawnienia do wpisywania do rodowodów wyników prześwietlenia w kierunku dysplazji Klinika Położnicza, tel. do ambulatorium - 3205 308 - dr Wojciech Niżański - znakomity ginekolog, położnik Klinika Internistyczna, tel. do ambulatorium - 3205 371 dr Paweł Jonkisz dr Jarosław Popiel
  6. Fuka

    KWARANTANNA

    A ja powiem tak - wlazłam tu przed chwilą i oczy mi sie zrobiły o takie :shocked!: , a moją szczękę zbierałam po podłodze :megagrin: - zupełnie nie wiem, ale ja chyba mieszkam na księzycu, bo ani w Stanach, an we Francji na pewno nie, wydawało mi się, że w Polsce, ale z tego co piszecie to chyba jednak urwałam sie z choinki. Zacznę od zeszłego roku - a własciwie od zaprzeszłego... W czerwcu urodziły mi sie szczeniaki - 9 zdrowych airedalków - jak skończyły 6 tygodni zaszczepiłam je, a 2 i pól tygodnia potem biegały sobie po świecie.... I wydawało mi się to jak najbardziej oczywiste i naturalne. Również moje parkowe psie otoczenie nie było tym zdziwione, ani właściciel ojca tychże, który zabrał 3 takie maluchy w swoje strony, a jechał 900km i zapewniam Was, że wysiusiwał je po drodze poza samochodem... Dodam, że odchowując szalona dziewiątkę zliberalizowałam swoje dotychczasowe poglądy i maluchy spedziły całe lato w moim ogrodzie. Z ich matka było trochę inaczej - przywiozłam ja 4 lata temu. Ponieważ nie mogłam się doczekac, więc odebrałam ja jako 6,5 tygodniowa i w związku z tym tuz przed podróżą i zmiana miejsca nie mogła byc szczepiona. Zaszczepiłam ją więc sama kilka dni po przyjezdzie kiedy było juz wiadomo, że zdrowa i bez żadnych sensacji przeżyła podróż i zmianę miejsca. Spędziłysmy razem 2 tygodnie w zasikanym mieszkaniu, potem troszke sie przemogłam i pare dni tylko w ogrodzie, a potem hajda w świat. (pisze o ogrodzie dlatego - bo na zdrowy rozsądek nawet jezeli sie ma własny ogród - to po pierwsze - jezeli ma sie inne psy - to sila rzeczy one po nim łażą i moga coś przynieśc, do tego są koty, które krążą i nie mozna się zabezpieczyc przed tym co na łapach roznoszą, no i my ludzie tez chyba coś mozemy przytargać do ogrodu?) Ale wracająć do meritum - Fuka - miała 9 tygodni jak zaczeła wychodzić, może to było 9 i kilka dni jezeli doliczymy te kilka dni tylko w ogrodzie. Fakt mam to szczescie, że mieszkam w okolicy gdzie nieszczepionego psa ze świeca szukac, ale jest tez w sasiedztwie praktyka weterynaryjna.... Dodam, ze ani ja ani nikt w mojej okolicy nie był zdziwiony obecnościa 9tygodniowego szczeniaczka na spacerze.... A teraz będzie z grubej rury - ufff chyba mi nie wyszło do konca, bo ja moja poprzednią at kupioną w lutym 91roku kupiłam jako 3,5 miesieczna i od pierwszego dnia chodziła na spacery...... Nie będe kłamać, ale wiem na pewno, ze w moim otoczeniu od dłuzszego czasu kwarantanna była po pierwszym szczepieniu, a potem pies mógł wychodzić, a szczepienie było powtarzane jeszcze 2 razy. I taka praktyka od dawien dawna jest dla mnie standardem... Zabiliście mi ćwieka do tego stopnia, że chyba obdzwonię jutro moich wetów i przyjacół posiadającyh starsze od moich psy oraz ich ksiązeczki zdrowia... Więc ze mną było tak samo - jest to nawet udokumentowane na dogomanii. Gdy pierwszy raz kwestionowałam tak długie kwarantanny, to zostałam publicznie zlinczowana tu, na dogomanii :D - że może w USA jest mniej chorób i to dlatego... A że faktycznie z nikim kompetentnym w Polsce wtedy jeszcze nie miałam okazji na ten temat rozmawiać, to zaczęłam wątpić w to, co do tego czasu wiedziałam myśląc, że może faktycznie tutaj panuje jakaś inna rzeczywistość :niewiem: A ja myślę, że nie ma tu żadnego środka jeżeli nawet producenci szczepionek nie zalecają tak długiej kwarantanny. Mnie się wydaje, że to kolejny z tych wielu mitów, w które w Polsce się wierzy jak w słowo święte, bo kiedyś to może i było prawdą, ale od dawna już nie jest i cały świat o tym wie, tylko u nas nikt nie zauważył. A weci albo również nie zauważyli, albo boją się cokolwiek powiedzieć, bo nie daj Boże jakiś szczeniak zachoruje po krótkiej kwarantannie i jak wtedy właścicelowi udowodnisz czy wytłumaczysz, że to nie krótka kwarantanna była powodem? Łatwiej po prosu doradzać te długie kwarantanny, szczególnie, że większość właścicieli i tak w nie wierzy i będzie ich przestrzegać... P.S. No i szkoda mi tych wszystkich przetrzymywanych w domach psów wariujących razem z ich włąściielami. Bo coś w tym jest - jak one potem maja się czuć pewnie w świecie, z obcymi psami i ludźmi? Dodam jeszcze, że moj poprzedni pies - sznaucer olbrzym - trafił do mnie jako 6tygodniowy szczeniak z parwowirozą. Z pomocą wspaniałych weterynarzy(trafiłam wtedy do lecznicy, do której niedługo potem trafiła po studiach Gośka) - Agaj został uratowany i wyrosł potem na małego cielaka. Jak się dowiedziała potem - jego matce i reszcie osmiorga rodzeństwa sie nie udało. Potem ONka mojej przyjaciólki - niestety nie miała tego szczęścia - nie udało sie jej uratowąć. Birmę podczas przestrzeganej scisle kwarantanny dopadła parwowiroza- najprawdopodobniej - z jak się okazało potem - słynącej z tego serii szczepionek - to był 90 rok. Tak sobie myślę, ze od tego czasu upłynęło trochę wody - cieszymy sie od wielu lat nowoczesnymi i bezpiecznymi szczepionkami - więc może po prostu korzystajmy z tego?
  7. listonosz :niewiem: , ale mi się ten biały przodek podoba i na pewno nie był to przodek w kopalni węgla :roflt: :D
  8. Ritka, a' propos trymowania - moje doświadczenie z irlandami nie jest wielkie, mam na sumieniu tylko kilka psów. Ale tak sobie myślę, ze skoro sama pisałąś, że Twoja Rita wygląda jak pluszak - to raczej była obrabiana juz dosyć dawno. Wnoszę, ze pod spodem może mieć albo całkiem nowy włos - wtedy to banał - wystarczy sciągnąć to co na wierzchu. A przynajmniej powinna miec sporo podszerstka, który mozna przeciez zostawić - wystarczy tylko ostroznie oskubac po wierzchu. I nie będzie swieciła golizną i straszyła ludzi na spacerach. Ja niestety nie miałam teraz przy skubaniu Fuki takich możliwośći - sama wpuściłam się w sytuację wszystko albo nic. Nie dość, że obrałam ją stosunkowo niedawno - jakieś 2,5 mca temu, to jeszcze zostawiłam na niej wtedy cały podszerstek i nie zdjęłam go potem :oops: Wszystko przez to, że ma czarny - więc tak bardzo nie przeszkadza i mi się nie chciało. No i teraz albo powinnam była poczekać, ale wyjeżdzam a ona niedługo zaczelaby wyglądać jak yeti, więc mam teraz golasa. A ścislej taka specyficzna wersje rhodesiana z bardzo szeroką łysą pręgą :cunao: Wygląda bardzo interesująco - nie wiem co mnie powstrzymuje przed ufoceniem tej piękności :hmmmm:
  9. No w sumie tak... Ale na szczęście rzeczywiście pod koniec dopiero, jeżeli oczywiście można mówić o szczęściu. Pod względem braku bólu jest chyba lepsza ostra niewydolnośc - o ile się nie da uratowąc, bo często się da - a jak nie to pies usypia zanim zacznie wszystko wysiadać i boleć. Eh ale mnie się makabryczne gdybania dobrały - jakie rozwalenie nerek jest lepsze :-? Może jednak wrócę do trymowania...
  10. E no tak, na coś trzeba umrzeć. Wiem, że to zabrzmi głupio, ale w sumie Ci zazdroszczę - bo starcza to starcza, Wiga mająć lat 7 z kawałkiem jak sie zaczeło i niecałe 10 jak sie skończyło - nie bardzo była staruszka. Ale tak w sumie - jak popatrzec na to w kategorii na coś trzeba umrzec - to to całkiem niezła choroba, w sumie właściwie nie boli - tylko muli.... Eh :-?
  11. Jonten, sorry - nie było mnie. Komputer wysiadł. Tak - Łatka ciągle bezdomna... A co masz kogoś na myśli?
  12. No niestey - włąśnie przeczytałam i mnie trzepło... Jakoś tak mam, że mnie te nery zawsze trzepią u wszystkich.... Ehh - ciekawa jestem ile z tym zyły i czy to była ostra czy przewlekła niewydolnośc i czy wiesz skąd sie wzieła.
  13. Szkoda Flaire, że też jesteś w tym nerkowym klubie, nie wiedziałam... Tfu cholerstwo i nie ma na nie sposobu...
  14. Sajko, dzięki - ja właśnie dlatego pisałąm, że wydaje mi się, że najpierw lepiej wypróbowac jak to wyjdzie w praniu, a dopiero potem ciąć. Szczególnie, że nie ma problemu - Gocha jest wetem i dla niej to pestka. Bo Karmel zawsze był przyjaznym psem. Ok z wiekiem sie to może zmienic, testosteron pracuje. I prawdą jest że z psem z którym mieszkał wspołpraca mu w pewnym momencie przestała wychodzić, ale mieszkali w otoczeniu licznych suk i cieczki były częste. U Moniki mu to nie grozi, a z tego co pamiętam go - fakt praktycznie mam rok przerwy bo mnie nie było - to był pokojowo nastawiony do innych psów(samców). Nawet kompania przy piłeczce mu nie przeszkadzała, czego nie mogę powiedziec o jego siostrze - moja Kawa ma monopol na każdą zabawkę, którą w danym momencie lubi najbardziej.
  15. Ritka, ręce precz od.... :lol: Mówisz jak moja mama, że ona się wstydzi... Ale bzdura jej to dynda, a ludzie w dzielnicy już sie przyzwyczili do tego, że moje psy czasami wygladaja :hmmmm: nazwijmy to inaczej... Gdybys ja widziała dzisiaj paradująca dumnie z patykiem to byś wiedziała, że jej to w ogole nie przeszkadza. a lustro mam naprzeciwko stołu do trymowania, więc na pewno widziała :sweetCyb:
  16. Jonquil, dwa dni bez komputera a tu taka nowość! Witaj, zazdroszczę Aluzji i Karinie, że się którejś z nich trafisz! Ja niestety szczeniaki miałam połtorej roku temu, następne będa mam nadzieję za poł roku, a sensowengo chętnego ze świecą szukać niestety :( Co do Twojego pytania - czy pies czy suka - SUKA, chyba, że jest szansa na miłego psa, ale i tak lepiej żeby był suką :wink: Poza tym jak masz szansę na sukę od Agnieszki (Aluzja) albo od Kariny (Ramir) - to brać!!!!!!!!!!! Problemem jest tylko od kogo - bo decyzja niełatwa - każde źródło super! :oops: chyba robię komuś reklamę, ale nie można mi chyba zarzucić prywaty, bo sama mam sukę nie od nich :P W każdym razie - z tego co wiem - obie mają szczeniaki dość podrośnięte i piękne. Karina ma włąsne, a u Aluzji jest suczka albo dwie (nie pamiętam) po Napoleonie, które u Agnieszki sa od małego, tzn przyjechały od matlki chyba jako 8tygodniowe. CO do szkolenia - to :klacz: I Flaire słusznie Cię kieruje do Czapli. Dobrze mieć kogoś doświadczonego w poblizu. a co do wystaw - jak będzie piękna - to fajnie by było pokazac - tyl brzydkich at biega po ringach i odnosi sukcesy, że grzechem jest nie pokazać światu ładnego at - konkurencja idzie w góre, to chyba najlepsza promocja dla rasy - piękny i mądry pies... A hodowac nie musisz - obowiązku nie ma. Ktoś słusznie powiedział, że wysterylizować zawsze zdązysz. a poza tym - pokażcie mi przepis w którym jest zakazane pokazywanie wysterylizowanych suk i sedziego z rtg, który to stwierdzi..... A co do aspektu zdrowotnego - sama miałam cięzko chora sukę, nie miało to nic wspolnego z płcia - niewydolność nerek się zdaża też psom, ale miała wcześniej gruczolaki sutków, operacje, nie wysterylizowałam jej wtedy, potem tego żałowałam, bo jak się potem okazało, że ma chore nerki - wiedziałam, że kazdy nawrót albo ewentualne ropomacicze - bedzie sytuacja bez wyjscia, bo ona nie przezylaby narkozy. Nie doczekałyśmy tych komplikacji, nerki były szybsze... Piszę o tym - pewnie dosc chaotycznie - ale chodzi mi o to, że nigdy nie wiadomo co sie moze zdarzyć. Pies tak jak człowiek - moze sie rozchorować zawsze i przewidziec tego niesposob. Owszem zapobiegac mozna - i dlatego warto wysterylizowac sukę poki zdrowa, ale wcale nie musi to być od razu. Można to zrobić jak bedzie miala kilka lat. I jak słusznie napisała Nitencja - u psów tez zdazaja sie problemy z prostatą, nowotwory, więc zabezpieczyć sie przed chorobą niesposob...
  17. Mozna trymowac także w styczniu :roll: Ach gdybyście zobaczyli teraz Fuczkę 8) ma równy pas łysy idący od głowy do ogona, boki zarośniete i front tez, na razie.... Do tego wyszarpałam jej prawie całą kufe - zostały jej 3 włoski na krzyż na wąsach i brodzie. Wygląda jak kompletna idiotka, ale cóż - postanowiłam odpracować jej blond kłaczki. Dzisiaj dostałam dwa listy z Thuin - poinformowano mnie, że suka Ofi z doliny Łopianu (sic!) jest interchampionka. Drugi dotyczył Kawy. Żeby było smieszniej - okazało się, tez ze mam męza - oba listy były zaadresowane do K. Ferencowicz - Prochol :eek2: .... NO ale w każdym razie tytuł zonowiązuje - nie mogę mieć suki z blond loczkami na pysku, więc na raie będę mieć łysa... Ciekawam kiedy mi się uda odpracować moje niewłaściwe trymowanie i degażówki.... Moja druga interka - postanowiła mi pokazac dzisiaj, że w głębi serca jest małym wrednym zgagulcem i czekanie na mnie pod sklepem umiliła sobie łapaniem za nogawki przechodzących dwóch panów... Kto ją wie może polowała na Prochola? Na szczęście żaden z nich nie zrewanżował się jej kopniakiem, bo wtedy mogłaby sie wdac w obronę Fuka i miałabym się z pyszna... Wprawdzie mam wykupione psie OC na wszystkie kraje świata z wyjątkiem Ameryki Płn., ale wolałabym z niego niekorzystać.... Tak czy owak - byłam w głebokim szoku, a Gocha jak jej powiedziałam, że ma obserwować Kawisię - myslała, że sobie jaja robie....
  18. Nie mam za dużych doświadczeń z psami kastrowanymi więc nie mam pojęcia... CO do niekastrowanych - to z moich doświadczeń wynika, że to jest kilka dni choć może wrócić przy okazji wizyt obcych psów w domu. Ale wtedy to jest juz tylko jedno dwa podniesienie nogi i chwatit. Ja robiłam tak, że w pierwszym momencie pobytu - kiedy pies nył bez dozoru - to albo był w klatce (w Anglii) albo zmykalam w pokoju kiedy mial byc - sam i tu na początku wyżywał sie na nodze od stołu. Az mu sie znudzilo. No a kiedy był ze mną - to go karciłam za każdym razem i zabierałam na dwór - i szybko załapał. Osobiście bym się jednak zastanowila sie z kastrowaniem - jezeli chodzi o psa. Szczególnie, że Twoja suczka jest wysterylizowana. Chodzi mi o to, ze mimo wszystko zdarzaja sie po takim zabiegu przypadki nietrzymania moczu. I gdyby to zalezało ode mnie - tzn gdyby chodziło - o mojego psa, to ja bym najpierw sprawdziła jak sie sprawdza w domu - i dopiero gdyby się okazało ze sa problemy, ze strasznie przeżywa cieczki w okolicy itp... Szczególnie, że było nie było to reproduktor, wprawdzie w tej rasie sa małe szanse na chętna suczkę, ale i tak sie moze trafić - ostatnio sie nawet zdarzyło i od kilku tygodni Karmel ma bodaj 6cioro dzieci w Katowicach.
  19. Myślę, że to znakomity pomysł. Mam nadzieję, że się wszystko uda! Oczywiście musimy jeszcze pogadać.. Nie wiem, może wygodniej by było przez GG na początek - bo tutaj jest niewygodnie o tyle, że jak piszę - to nie widzę bezpośrednio odpowiedzi. I jeszcze jedno - ja myśle, że jeżeli się zdecydujecie - to tak czy owak trzeba potraktowac pierwszy tydzien-dwa jako okres próbny. Chodzi o to żeby i pies był szczesliwy w nowym miejscu i Wy z nim. A to wyjdzie dopiero w praniu. A poniewaz nie jest to przypadek psa bezdomnego - chodzi przecież o poprawę jego życia, ale gdyby nie wyszło, to on zawsze ma dokąd wrócić.
  20. :oops: rozpisałam się okropnie... :roll: ale pisałam o tym dlatego, ze to wszystko co widziałam i praca z psami kennelowymi przekonała mnie do tego, że nowy pies wcale nie musi byc szczeniakiem. Powiem więcej - jak tylko moja sytuacja życiowa się ustabilizuje - sama kogoś takiego zaadoptuję. Zresztą już na poły to zrobiłam z Diukiem, który spędza u mnie bardzo dużo czasu. Niestety poki tyle jezdzę - nie moge obarczac mojej rodziny kolejnym psem. Oczywiście sytuacja Gośki psów jest inna niz tych, które włąśnie opisałam. One nie mieszkają w tzw. "głebokim" kennelu, mają na ile to tylko możliwe w tak dużym stadzie - bliski kontakt z GOchą i jej facetem. Ale tak czy siak - wiele z nich potrzebuje kogoś na własność. W zeszłym roku całkiem przypadkiem kilkoro z nich znalazło nowe domy i sprawdziło się to idealnie. Owszem - cieszą się na widok GOśki i Andrzeja, ale najważniejsi są dla nnich nowi włąściceile. Całym sercem, całym życiem odwdzieczają się im za poświęconą im uwagę i serce. Oczywiście takie psy potrzebują czasu na zaadoptowanie się do nowego życia. W przypadku psów - jest niestety pewne, że na początku będą znaczyć teren... Sukom tez to się może zdarzyć. Ale z moich obserwacji wynika, że to kwestia kilku dni. Zresztą przecież szczenieta też potrzebują czasu na naukę - a chyba żaden pies nie ma do zaoferowania tyle miłości - ile ma taki spragniony człowieka na wyłączność.....
  21. Zanim napiszę coś więcej o Karmelu - o Wicku byłoby mi trudno bo go kompletnie nie znam.... Chciałabym dodać jeszcze parę słow o moich doświadczeniach z adopsją psów. Przez całe moje życie w moim domu był pies i naogól była to airedalka :D Zawsze żyłam w przekonaniu, że psa należy miec od szczeniaka, wychowywać od małego i że wszystko inne to nie to, a do tego ryzyko, że trzeba będzie odrabiac czyjeś błędy wychowawcze... I w tym przekonaniu zyłabym pewnie do dziś - gdyby nie to, że w ciągu ostatnich lat wlazłam głebiej w psy, poza tym zaprzyjażniląm się z Gochą - poznałam psy mieszkające w dużym stadzie w domu oraz te, które mieszkają w psiarni. Potem pojechałąm do krycia z moją airedalką do hodowli w Niemczech gdzie spotkałam się z zupełnie nowym dla mnie podejsciem do trzymania psów, hodowli. To nie był duzy kennel - 10 psów, psy były dozywotnio, a sukom po jednym albo dwu miotach znajdowano rodziny. A oprócz tego kilka psów, które na warunkach hodowlanych mieszkały od małego z rodzinami - hodowca i włąściciel je tylko przygotowywał do wystaw, wystawiał oraz wykorzystywał w hodowli. Miesiąc po moim kryciu jedna z takich suk odchowała u niego miot, a potem wróciła do swojej rodziny. Parę miesięcy potem miałam nieszczęście pracować przez 3mce w fabryce psów w Belgii ( w hodowli, w kgtórej mieszkało około 200 psów). Zupełnie inne podejscie do hodowli niż to, kóre widziałąm w poznanej wcześniej hodowli w Niemczech. Psy chowane praktycznie bez kontaktu z człowiekiem. Dzikie. Poznając je- odczułam jak bardzo spragnione są człowieka. I że mimo, że dorosłe - jak bardzo są plastyczne i łatwo się adaptują do lepszych warunków. Oczywiście - trzeba im poświęcić trochę czasu - ale one dosłownie chłoną. To doświadczenie przekonało mnie jak ludzkie podejscie do psów miał pan Puls, u którego kryłąm Fuke. Potem miałam szczęście trafić w lepsze miejsce - w Anglii. TO już nie była fabryka. Ale mimo wszystko hodowla kennelowa. I mimo starań żeby mieszkające tam psy miały jak największy kontakt z człowiekiem - nie może się równać ich sytuacja z sytuacją psów rodzinnych, domowych. Ale właśnie pracując u Judith - dowiedziałąm się więcej o adopcjach. Razem z rodziną jej syna mieszka irlandka, która połowę swojego życia spędziła w psiarni. Patrzac na nią - nikt by nie pomyślał, że nie była u Johniego od szczeniaka. U Judith nie ma starych psów - wszystkie w pewnym momencie trafiają na kanapę. Byłam świadkiem kilku takich adopcji. Znajomi Johnego, którzy od kilku lat mieli u siebie airedalke, w pewnym momencie stwierdzili, że ich 8letnia suka potrzebuje rozruszania - Johny zaproponował im lakelandkę, której nie służyło życie w psiarni. To była suczka zawsze na dystans jeżeli chodzi o ludzi. Co jak sądzę było wynikiem z jednej strony - tego, że jej opiekunowie się często zmieniali (nie byłam pierwszym praktykantem z zagranicy), a z drugiej - tego, że była podporządkowana swojej towarzyszce z kojca. Razem z Johnym przywieżliśmy ją do nowego domu (to miały być próbne 2 tygodnie), obserwowałam jak zapoznawała się z nową koleżanką ( która była matką jej dotychczasowej towarzyszki), widziałam jak nieśmiało podchodziła do swoich nowych państawa i ich dwójki dzieci. Widziałam ją też po paru tygodniach - to był inny pies - wesoły, otwarty, rozlużniony. Póżniej - obie były u nas w psiarni przez dwa tygodnie podczas wakacji włąścicieli - trochę się martwiłąm jak zniesie ten powrót, ale zachowała tę pewność siebie, a największą frajdę miałam kiedy patrzyłam na nią jak była odbierana przez swoich państwa. Była też welszyca, która jak mówi Judith była najbrudniejszym psem na świecie - w pierwszym liście od jej nowych państwa była wiadomość, że ani razu się nie załatwiła w domu! Była tez airedalka, kóra była trochę nietypowym przypadkiem - ona została sprzedana jako szczeniak, po prawie roku została oddana hodowczyni, potem spedzila jeszcze jakieś 3 lata w kennelu, a w lipcu poszła do ludzi. Serce rosło jak patrzyłam na zdjęcia szczęśliwego psa. Byłam do niej bardzo przywiązana - przez tydzień opiekowałam się nią po operacji. Mieszkałą wtedy ze mną. Zresztą - przez ten czas przez moje mieszkanie przewineło się wiele psów kennelowych - na początku zaskakiwało mnie jak łątwo adaptuja się do nowych warunków. Airedale były bardziej ostrożne, ale małe terriery - welsze, lakelandy i foxy - od pierwszego dnia zchowywały się tak jakby całe zycie spedziły w domu.
  22. Moniko :oops: :D
  23. Dzieci Gośka dzieci własnych nie posiada niestety, stąd stałych kontaktów nigdy nie było. Od kilku lat - czyli przez całe życie Karmela - jej psy maja bliski kontakt z córką sąsiadów, która chodzi z nimi na spacery, jeździ z Gośką na wystawy, sama wystawia jamniki Pani Hryniewicz. ALe Patrycja jest starsza od Twoich dzieci, ma 14 lat, więc to nie to samo. Podczas wizyt u mnie Karmel miał kontakt z moimi siostrzencami, ale znowu - to byly tylko wizyty, a najmłodszy z moich siostrzeńców tez już jest dość 'stary' - ma prawie 12 lat.... Jedno jest pewne - żaden z Gośki psów nie miał złych doświadczeń z dzećmi - co wydaje mi się bardzo ważne. Jazgot - brat Julki - który w hodowli został całkiem przypadkiem - lakelandy sa mało znaną rasa, więc telefonów o szczeniaki nie ma za dużo, a wtedy kiedy był mały - jedynym zdecydowanym chętnym był mysliwy, który zaznaczył na wstępie, że ma nadzieje ze on nie będzie drogo kosztował, zeby nie było dużej straty jak zginie na polowaniu.... No i GOśce mimo, że w dobre rece oddalaby go nawet za symboliczną złotówkę - odeszła ochota od sprzedawania go i został. W zeszłym roku na wiosnę odezwał się Pan, który chciał psa do kochania i nie bardzo miał pieniądze na szczeniaka - Gośka zaproponowała mu Jazgota i sprawdziło się fantastycznie. Piszę o tym dlatego, że ten Pan ma małe dziecko - bodaj 2letniego syna.
  24. :oops: Moniko, zajęlam się pisaniem i nie nadążam z czytaniem Twoich postów. Do tego ta cholerna dwudniowa izolacja od komputera. Tak - ja włąśnie dlatego nie wyraziłam kociego zastrzeżenia przy Karmelu - bo obie z Gochą sądzimy, że on się da z kotami zgrać. W przeciwieństwie do niekórych Gośki suk. Tzn, ja z własnych doświadczeń wiem, że nawet kociego wroga trzeba - można nauczyc nietykania kotów -ale inna jest sytuacja kiedy pies jest w nowym miejscu z nowymi włąścicielami - nie ma sensu ryzykować.
  25. 1. Karmel i koty Od razu po pierwszym Twoim poście zadzwoniłam do Gochy i na wiadomość, że masz koty GOśka skreśliła z listy potencjalnych psów do wydania - Julkę, Kafkę itp. Natomiast Karmel na niej został, dodała, że możliwy jest równiez Wicek - jej 7 letni szorstkowłosy fox, którego kupiła jako szczeniaka w Belgii- przed tem o nim nie wspominałyśmy, bo jest on starszy i nie byłyśmy pewne czy ktokolwiek byłby nim zainteresowany. Gośka jest weterynarzem i na swoim strychu ma całe stado półdzikich kotów, które ludzie jej przynieśli do uśpienia. Mieszkają na strychu - bo część z jej psów nietoleruje kotów i bliższe kontakty mogłyby sie skończyć tragicznie. Ale - z tego co z nią rozmawiałam Karmel nie zalicza się do grona kocich morderców. Oczywiście jak wszystkie psy (nawet te chowane z kotami) - za uciekającym kotem pogoni, ale z domowymi kotami powinien sie dogadac. W części domu zamieszkałej przez 90letnia Dankę Hryniewicz, którą się opiekuje Gośka - jest kilka kotów 'domowych' i pomyslałam włąśnie, że Gocha mogłaby je próbnie z Karmelem albo Wickiem pointegrować. O ile to nie miało miejsca juz wcześniej - muszę się spytać.
×
×
  • Create New...