A ja pamiętam jak usypałam moją wyżlicę. Miała 12 lat i nowotwór. Ja ją miałam w sumie trochę więcej niż pół roku, bo przyjechała do mnie za moim mężem. Do końca jej dni staraliśmy się jej zapewnić dom, bardzo ją kochaliśmy, do tej pory łezka się w oku zakręci :bigcry:. A mój mąż ryczał jak bóbr przy usypianiu - aż sama byłam zaskoczona.