Może nie o chamstwie psiarza, ale nie wiem, gdzie pasuje, a mam potrzebę się podzielić.
Przebywam w GB. Dzisiaj po pracy odpoczywałam w domu, kiedy usłyszałam dzwonek do drzwi. Otworzyłam, za drzwiami stała, jak mi się wydawało, bardzo miła pani. Odezwała się do mnie po angielsku w te słowa:
- Dzień, dobry, jestem z lokalnego stowarzyszenia pomocy głuchym, prowadzimy akcję pomocy.
- Dziękuję, nie jestem zainteresowana.
- Ale dlaczego, jak to? Skąd pani jest?
- Z Polski.
Przeszłyśmy na język ojczysty.
- No tak, ale czemu pani tak agresywnie nie jest zainteresowana?
- Pomagam kiedy mogę i kiedy chcę, sama wybieram sobie cel pomocy.
- I co? Często się pani budzi z potrzebą pomagania głuchym?
- Nie pomagam głuchym, pomagam psom w potrzebie, w Polsce, bo zwierzęta się o pomoc nie upomną.
- Ale jak to? Głusi też potrzebują pomocy. Oni też proszą o pomoc.
(Już jednak się zdenerwowałam, bo nie interesują mnie czcze dyskusje) - No tak, ale zwierzęta nie wołają.
- A, skoro pani tak sobie myśli, to proszę bardzo, może sobie pani tak myśleć, do widzenia!
I z wielkim fochem wreszcie zostawiła mnie w spokoju... Ufff...