Już piszę :)
Mój tata nie zgadzał się na psa, a mama powiedziała, że jak tata się zgodzi to i ona też, więc tak jakby oboje się nie zgadzali. Chciałam wziąć przykład z mojej koleżanki, która przygarnęła sunię z ulicy (Molly), ale jak na złość, żaden pies się nie błąkał, a właściwie to się błąkał - beżowa suczka, jednak miała zbyt duże gabaryty i było niemal pewne, że ojciec nie zgodzi się na jej zatrzymanie (przygarnęła ją pewna rodzina, suczka miała duże szczęście, bo była w ciąży i ci ludzie zajęli się nią, jak i szczeniakami). Pewnego dnia zadzwoniła do mnie właśnie ta koleżanka od Molly i powiadomiła mnie, że zeszłej nocy do jego wujka przybłąkała się nieduża suczka. Niestety jej wujek za nic nie chciał jej oddać. Po jakimś czasie i ta suczka urodziła (4 szczeniaki, ale tylko 2 przeżyły), a ja nie mogłam mieć szczeniaka, musiałam więc czekać do wiosny, bo zazwyczaj wtedy błąka się u nas sporo psów - dorosłych psów.
Za wszelką cenę chciałam pokazać rodzicom, że będę wstanie chodzić z psem na długie spacery etc. dlatego na spacery chodziłam z koleżanką i jej psem. Pewnego dnia koleżanka zaproponowała, żebyśmy poszły na chwilę do jej babci i porozmawiały o tej niedużej suni. Babcia koleżanki powiedziała, że to nie ten wujek (tj. nie ten co nie chciał oddać) decyduje o losach psa, ale jego brat, który dość rzadko tam bywał. Na moje szczęście tego dnia był i starsza pani, powiedziała że może podpytać o psiaka. Ten drugi wujek był tak bardzo zaskoczony, że ja ją chcę, że aż ciągle pytał, czy sobie nie żartuję xD (dodam jeszcze, że od kiedy planowałam przygarnąć psa z ulicy zawsze w kurtce miałam smycz i obrożę xD), chwilę później Tosia została przyczepiona do drugiego końca smyczy i poszłam z nią do domu.
Przyznam, że im bliżej byłam domu, tym bardziej bałam się reakcji rodziców.
Mama była trochę zaskoczona, ale myślę, że spodziewała się tego, że jeśli oni nie załatwią mi wymarzonego psa, to zrobię to sama. Usiadłam z małą na dywanie w salonie i czekałam na tatę.
Gdy ojciec przyjechał spytał "co to?", więc ja odpowiedziałam, że "nasz pies", a on na to, że "to ma iść na dwór". Oczywiście ja nie wyobrażałam sobie tego, że mój pies będzie w jakimś sensie odizolowany ode mnie, bo dla mnie pies na dworze to niemal tak jak nie mieć psa. Chwilę później potoczyła się rozmowa dot. suni. Nie trudno było zauważyć, że wywarła na ojcu niemałe wrażenie, wiedziałam że mu się spodoba, bo on lubi nieduże psiaki. Powiedział, że nie będzie dawać na nią pieniędzy i na razie zobaczymy jak się "sprawdzi", widać Tosia zdała egzamin na 6 z plusem, bo teraz jest ulubienicą wszystkich domowników, nawet kot lubi się z nią podroczyć.
Niestety mam z nią w pewnym sensie ograniczone zabawy, bo są to zazwyczaj gonitwy i przeciąganie sznura, bo mała boi się piłki, piszczałkami nie jest zainteresowana.
Bardzo amatorko trenujemy agility i zamierzamy się zmobilizować (a raczej pańcia) do rozpoczęcia nauki klikerem.