Jump to content
Dogomania

elbic

Members
  • Posts

    37
  • Joined

  • Last visited

Recent Profile Visitors

680 profile views

elbic's Achievements

Newbie

Newbie (1/14)

4

Reputation

  1. Kaj, dzięki za pamięć:) Potwierdza się, że agresję mamy pod kontrolą. Teraz wzięłam się porządnie za lęk separacyjny - bo nie wiem, czy wspominałam, ale ja od lutego nadal z domu nie wyszłam... Beatrx, mam wrażenie, że choćbym nie wiem jak się starała, nie jestem w stanie precyzyjnie opisać, na czym polega/polegał problem... Musisz mi uwierzyć na słowo, że to naprawdę nie jest przypadek szczypiącego po łydkach szczeniaka, którego świerzbią ząbki. Te ataki, które już się od dłuższego czasu nie zdarzają, wyglądały następująco: - pojawia się cokolwiek, co psa wprawia w podniecenie/niepokój/frustrację, - pies spuszczony ze smyczy odbiega na 50-100 metrów, zawraca, rozpędza się na maksa, - w przelocie rzuca się z doskoku (sam pęd obraca mnie z uwieszonym psem dookoła; jeśli mam kurtkę - rozszarpana kurtka, jeśli nie - rozszarpana ręka), - odbiega, zawraca, rozpędza się, powtarza atak, - za którymś razem w skrajnym podnieceniu już nie odbiega, tylko zaciska szczęki i zaczyna szarpać. Coś takiego potrafiło trwać do 40 minut. Kiedyś udało mi się go złapać i utrzymać, to było tak: prawa ręka rozwalona, krew leci ciurkiem, lewą ręką trzymam psa wiszącego na smyczy, szarpiącego się w powietrzu i próbującego dorwać mnie za cokolwiek. Tutaj scenka poglądowa - zupełnie, jakby nas nagrali. Tylko bez kagańca. Jak mu przeszło, to pół minuty później przychodził cały zadowolony się przytulić. Kiedyś straciłam nad nim i nad sobą kontrolę totalnie, to się skończyło tak, że mnie zębami za kark ciągnął po trawniku. Obrażenia były różne, od siniaków i zadrapań po rany średnie i głębokie (wymagające tamowania krwawienia) na: przedramionach, ramionach, łydkach, udach, karku, plecach poniżej pach, pośladkach i biodrach. Był taki czas, że atakował mnie codziennie. Nie wiem, czy teraz jest trochę jaśniejsze, z czym się mierzyliśmy...? MAMY TO OGARNIĘTE. Nie wiem, czy raz na zawsze, ale na razie jest pod kontrolą. W tej chwili nadal jest w stanie mnie ugryźć, kiedy zachowuję się dla niego niejasno, nieczytelnie, kiedy się poczuje zagrożony, ale to już jest zupełnie co innego - chapnie i zwiewa. Wyraźnie lękowe. Tarczyca jest unormowana idealnie, dawka tyroksyny zmniejszona do minimum. Zmian w zachowaniu nie ma. Od 2 tygodni jest na sertalinie (1 mg/kg masy ciała przez pierwsze 2 tyg, potem 2 mg/kg przez tydzień, potem 3 mg/kg). Po 6 tygodniach ma być widać pierwsze efekty. Ostatnio podałam mu diazepam w dawce 1 mg/kg, żeby zobaczyć, jak zareaguje na próbną samotność. Nic kompletnie. Trochę mu się nóżki uginały, ale zero uspokojenia, wyciszenia, nic. Na próbę wyjścia - histeria jak zawsze. Będę dawać znać, jak działa sertalina, jak zacznie działać, bo to jest najważniejsze w tej chwili;) A poza tym jest ok:)
  2. Furie, ja czasami głupio coś formułuję w rozpędzie. Absolutnie nie wchodzę z Sową w polemikę, tylko właśnie dopytuję, bo chcę zrozumieć, gdzie popełniam błąd (a że robię źle, to przyjmuję za pewnik, ale muszę jeszcze zrozumieć, dlaczego;)). Mam nadzieję, że to było czytelne, jeśli nie, to przepraszam. Ja nie jestem nawet na poziomie psiarskiego żłobka, więc w ogóle nie wykłócam się w żadnej sprawie z nikim, tylko drążę wściekle każdy oczywisty dla Was drobiazg, bo staram się zrozumieć jak najlepiej. A jesteś w stanie określić, w jakim mniej więcej wieku była Furia, jak się ten epizod rozgrywał?
  3. cavecanem - usunąć emocji nie chcę, ale "swoboda" i "relaks" to też są emocje (EDIT: no, technicznie rzecz biorąc, nie są, ale wiadomo, o co chodzi) - i one u niego nie występują. Na 5 minut skrajnej ekscytacji musi przypadać kwadrans odpoczynku, bo inaczej padniesz, spalisz się, oszalejesz. Stały poziom ekscytacji to stały poziom stresu, a to z kolei stale podwyższony kortyzol, a to się dokłada do szajby, która mu uniemożliwia relaks, i to jest błędne koło. Radość po znalezieniu piłki, gonitwie z innym psem, duma z dobrze wykonanego ćwiczenia, radosne przywitanie, przyjemność z węszenia - to jest wszystko entuzjazm. Zdrowe, dobre, słuszne podniecenie. Ale jeśli pies prawie się obsrywa z chorego napięcia, wiercąc wzrokiem Twoją rękę, z której ma dostać nagrodę - to chcemy utrzymać ten stan tylko wtedy, kiedy jest konieczny. Podczas ćwiczeń ok, ja też wpadam w obsesję w trakcie pracy. Ale po skończonej sesji pies ma paść i odpocząć - a tego nie potrafi. Zresztą, zaraz, można to powiedzieć prościej - nie opanowałam jeszcze z psem wychodzenia z trybu pracy. O. ;)
  4. Sowa - a mogłabyś podpowiedzieć jakieś inne ćwiczenie, które uczy psa samodzielnego wyciszania? Nie mogę nagrodzić szukania, bo nagroda z mojej ręki wprawia go w stan pełnego alertu i ekscytacji, którego poza sesją treningową bezwzględnie unikam. Dlatego poza trybem ćwiczeń w ogóle nie nagradzam go przysmakami, tylko chwaleniem i głaskaniem. Jest mnóstwo karmienia z ręki, połowę dziennej dawki dostaje z ręki podczas ćwiczeń (w krótkich seriach, maksymalnie kilka minut i zmiana okoliczności) , ale nie mogę mu nic podać, jeśli chcę osiągnąć rozprężenie. Poziom emocji, nakręcenia i nabuzowania u niego jest naprawdę chory, miałam dojrzalszego i stabilniejszego emocjonalnie 3-miesięcznego tymczasa. (Nie wiem, czy piszę jasno - nie chodzi o żarcie, żarcie go nie podnieca. Podam przykład: siedzimy w pracy, pies wie, że oczekuję od niego spokojnego i godnego zachowania, zwłaszcza, jeśli ktoś wchodzi. I powiedzmy, że ktoś wchodzi, pies grzecznie leży i się nie rusza. Jeśli w tym momencie rzucę mu przysmak, pies się zrywa w pełnym trybie gotowości, i szlag trafia całe to leżenie, spokój i wyciszenie, które właśnie chciałam nagrodzić. Pies, który właśnie znalazł piłkę po długim szukaniu, jest zmęczony i dumny z siebie, ale jeśli w tym momencie podam mu nagrodę, szlag trafi całe to ćwiczenie i relaks, który mu dało.) Dlatego staram się, żeby nauczył się samodzielnego, głębokiego wyciszania, nie na moją komendę (niby warowanie też uspokaja, ale nie o to chodzi) i bez mojego dotyku (bo głaskany uspokaja się natychmiast, ale też nie o to chodzi). I na to szukanie smaków w trawie jest naprawdę idealne...
  5. Furie, dobrze Cię widzieć;) "Korekta fizyczna" mi bardzo długo nawet w głowie nie postała, bo postępowałam zgodnie z wbijanym mi do głowy przez wszystkich protokołem "jeśli pies cię atakuje, to udawaj drzewko". (Dodatkowo bardzo długo myślałam, że on atakuje w panice, z samoobrony, że to jest poza jego kontrolą. Do tego, jak skończy, to przychodzi się normalnie przytulić, co jeszcze mnie utwierdzało w hipotezie o jakimś neurologicznym-padaczkopodobnym czy psychicznym problemie. Bardzo długo mi zajęło zrozumienie, że to nie jest panika, to nie jest nawet agresja w ścisłym znaczeniu tego słowa. W jego głowie gryzienie jest super: jest narkotycznie przyjemne, przynosi ulgę, rozładowuje stres, daje kontrolę, można w ten sposób przekazać człowiekom, czego sobie życzymy albo nie. Jest nienormalny, to prawda, ale jego gryzienie jest zgodne z logiką jego szaleństwa.) No i jasne, po moim początkowym braku reakcji pies błyskawicznie ogarnął, że tu za gryzienie nic nie grozi, nawet jeszcze się fajnie ustawiają, żeby było wygodniej. Nie wiem, czy dałaś się kiedykolwiek rozkręcić Furii powyżej pojedynczego strzału, ale Duma po kilku ugryzieniach wpada w łowiecki amok - ofiarę trzeba zagryźć. I wtedy już za późno, buldożerem go nie zatrzymasz. To się rozkręca do niewyobrażalnych sytuacji, może sobie podaruję opisy, ale jasny gwint, co ja z nim przeżyłam. I cały czas gryzłam palce, żeby mu ze złości i z bólu przypadkiem w dupsko nie strzelić. cavecanem, nie odpowiedziałam na Twoje pytanie o relacje z innymi psami. Więc tak: przez pierwszy miesiąc po adopcji zasadniczo nie odklejał się od mojej nogi. Otoczony psami wciskał się we mnie tak, jakbym była ostatnią szalupą ratunkową na Titanicu; raz jeden jakiemuś owczarkowi dał się zachęcić do zabawy i to był cud. Z czasem się ogarnął i poczuł pewniej, i wylazło z niego coś takiego, że nad słabszymi i wycofanymi psami z wyjątkową przyjemnością się znęca. To znaczy - bawi się przerażonym szczeniakiem tak, jakby się bawił z psem swoich rozmiarów, czyli w podgryzanie, obwarkiwanie, gonitwy i przewracanie. Pies rozpaczliwie sygnalizuje lęk i bezbronność, miauczy, wywala brzuch, posikuje, a ten potwór będzie go jeszcze turlał po ziemi i majtał przy tym ogonem, jaką mu się śmieszną mysz upolowało. Ignoruje kompletnie wszystkie, nawet najsilniejsze, sygnały. Na rzeczywistą agresję reaguje całkowitą obojętnością i machnięciem ogona. Nigdy natomiast nie widziałam, żeby się jakiemuś psu rzeczywiście, całkowicie, wyraźnie poddał. Sowa, dzięki. Zabawy węchowe robimy z piłeczkami i z żarciem. Częścią rutyny spacerowej jest rozrzucenie karmy w trawie na koniec spaceru. Siadam z książką, a pies szuka i wyżera przez jakiś czas (z rosnącą tendencją do zżerania śmieci z ulicy poradzimy sobie kiedy indziej, to nie jest teraz nasz największy problem). Piłki wykorzystuję do zabawy w chowanego, bo ma na ich punkcie obsesję i szuka ich długo i wytrwale, szukanie czegoś innego mu się nudzi i rezygnuje za szybko. Oddaje zawsze. jowita10503, z timingiem jest o tyle prosto, że jak pies wisi ze szczękami zaciśniętymi na Twoim przedramieniu, trudno się spóźnić z korektą;) Mam swój patent, który działa na tego konkretnego psa w tym konkretnym przypadku, ale nigdy w życiu nie zastosowałabym go w innych warunkach. Ale nie nagradzam go za przerwany atak ani za rezygnację z ataku, nie wyobrażam sobie takiej kombinacji. Jak mi szczeknie na domofon, to go uciszam, a potem nagradzam zamknięcie mordy, ale jeśli pies Cię ugryzie, to nie rzucisz mu smaczka za to, że puścił. Chyba że źle myślę - jak Ty to widzisz?
  6. Sowa, ale Ty jesteś fachman. Umiesz pokierować psem tak, żeby mu umiarkowana niechęć do manicure nie przeszła w stan patologiczny, tylko wykorzystać ją do umocnienia więzi/przyjaźni/zaufania/jak-zwał-tak-zwał. Gdyby Twoja psica była Pimpkiem pani Jadzi z klatki C, jaka jest szansa na to, że po piątej nieudanej próbie obcinania pazurów nie zacznie warczeć groźnie na każdego, kto trzyma w ręku nożyczki? I właśnie o taki stan pytam, co wtedy? Mamy utrwaloną złowrogą reakcję psa i właściciela, który musi coś z tym zrobić, bo pies kogoś wcześniej czy później pogryzie. Czy uważacie, że wtedy jest czas na wprowadzanie dealu "ja macham nożyczkami, a ty żresz pyszności", czy na zastraszanie "warknij, a zginiesz"? Pierwsze zakłada dobrowolną decyzję psa, czy ma ochotę na taki układ, czy jednak wolałby kogoś zjeść. Drugie ucina sprawę raz na zawsze, ale nie możemy chyba mówić, że ma coś wspólnego z zaufaniem czy dobrą więzią. Dopiero na tym, jeśli dobrze rozumiem myśl Berek, potem można więź zbudować, ale jej podstawą musi być zastraszenie i poddanie się psa. Przy okazji - Sowa, jeśli mogę Cię o coś zapytać - byliśmy wczoraj na trekkingu, dość wyczerpującym, do tego Duma skaleczył się w nogę. Po jakimś czasie zaczął się ociągać, zwalniać, a kiedy po niego zawróciłam, spojrzał na mnie i ciasno, groźnie złożył uszy (na tym się skończyło, zrobiliśmy mały postój i dalej poszedł chętnie). Ból, zmęczenie albo złość zgłasza inaczej, tej emocji nie rozpoznaję (uszy podobne widziałam u niego, kiedy jakaś obca kobieta sięgnęła po smycz w mojej ręce, ale wtedy reszta ciała była bardzo lękowa, a tu nie). Jak byś to odczytała? cavecanem - masz rację, on się nie broni zębami, tylko ucieczką (chyba że ktoś mu odcina drogę ucieczki - wtedy będzie się bronił). Przyczyną ataku czasem bywa, ale nie musi być panika. Moja hipoteza jest taka, że kąsanie jest utrwaloną, przećwiczoną na blachę (na wszystkich dostępnych obiektach), wielokrotnie wzmacnianą reakcją na silne emocje (jakiekolwiek - złość, frustracja, podniecenie), ale też sposobem wymuszania swojej woli (nie chcę tam iść! - gryzę - człowiek na końcu smyczy się zatrzymuje - ok, to działa) i rozładowywania stresu. Też myślę, że się kontroluje: ta samokontrola polega na tym, że zaatakować może w każdej chwili, ale raczej Cię nie zabije. To bardzo ważne, jasne, ale trochę do dupy z taką samokontrolą;) Na szczęście, mamy to już w miarę ogarnięte. Nadal potrafi się na mnie próbnie zamierzyć i czasem prowokuje ("Gryźć nie wolno, czaję. A mogę na ciebie warknąć? Albo skoczyć? Co zrobisz...?"), ale ładnie reaguje na informację zwrotną ("Nie, *[email protected]#$!, nie możesz." "Okej, okej, spoko, nie denerwuj się... To ja sobie pójdę powąchać tego kwiatka"). Rozumiem, o czym mówisz, i też uważam, że to jest sytuacja bardzo niekorzystna dla nas obojga. Radzę sobie z tym jakoś. Na razie rozdwoiłam psa: jest Duma, z którym latam po chaszczach i bagnach i odkrywam uroki życia z kontaktowym, żywiołowym, zgranym ze mną psem. I jest "misja: pies", i na tym punkcie pozwalam sobie mieć obsesję, czyli stale prowadzona obserwacja, zapiski, doedukowywanie się, konsultacje i nieustanna analiza psich akcji i reakcji. Trochę jak dodatkowy etat, ale dzięki temu nadal go bardzo lubię.
  7. Berek - ja się zgodzę, że ten umowny brak szacunku ma znaczenie w całym układzie, chociaż użyłabym raczej określenia "zdolność do kalkulacji szans" - na Pudziana by się nie rzucił na pewno, ale nie z szacunku, tylko po prostu nie ma zapędów samobójczych. Słowo "szacunek" implikuje zaufanie i komunikację, a ten pies nie będzie próbował zeżreć kogoś, kto jest duży i straszny - to jest po prostu instynkt samozachowawczy. Ale żeby brak szacunku był przyczyną całego zachowania? Nie uważasz, że lekceważenie musi mieć jakąś sensowną granicę, poza którą zaczyna się szaleństwo? Nie ustąpić miejsca staruszce w tramwaju, to jest lekceważenie, ale napaść na staruszkę i skatować ją łyżką do opon bez przyczyny - to jest zachowanie psychopatyczne. Lekceważący mnie pies może mnie zlewać, jak czegoś od niego chcę, a jak mu przeszkadzam, to warknąć, szczeknąć, nawet chapnąć. Ale jeśli potrafi odwalić 40-minutowy atak z wielokrotnym rozszarpywaniem skóry i nic nie jest w stanie go zatrzymać, to nie jest lekceważący, tylko pierd***nięty, i piszę to z całą czułością. Ale jeśli zamienimy "respekt" i "szacunek" na "podatność na zastraszenie", to się zgadzam całkowicie, choćby ze względu na to, że udało mi się go ogarnąć dopiero korektą fizyczną. I mamy sytuację na pewno nie rozwiązaną, ale pod kontrolą, od kiedy pies mi uwierzył, że zrobię z niego słoik smalcu gołymi rękoma, jeśli jeszcze raz na mnie wystartuje z gębą. Zanim ten wspaniały i wiekopomny moment nastąpił, osiągaliśmy wyżyny patologii, włącznie z chodzeniem w zimowym kożuchu - tańszej wersji kurtki ochronnej - po domu. A z tym spaniem chodziło mi tylko o to, że jeśli na przykład budzili psa z głębokiego snu soczystym strzałem w tyłek, to reakcja psa jest chyba zrozumiała...? Tak, to o lunatykach to prawda. Nagłe wyrwanie ze snu nie powoduje powrotu do przytomności, tylko krótki amok. Beatrx - ale z tego, co Ty i Berek piszecie, wynika, że coś takiego jak psie "zaufanie" czy "więź" to czysty eufemizm, jest tylko stuprocentowe posłuszeństwo. Zaufanie widzę jakoś tak: "nie podoba mi się ta droga/człowiek/autobus, ale skoro ty idziesz, to idę za tobą". Ale jeśli w grę wchodzi fobia (panika) albo utrwalona nienawiść (agresja), to nie ma miejsca na zaufanie, natomiast musi zadziałać wyćwiczone posłuszeństwo - bo właśnie od tego jest, żeby zadziałało w takich sytuacjach. Czy to jest w ogóle osiągalne dla "zwykłego" psa "zwykłego" właściciela? Jeśli weźmiemy ogół psów i odejmiemy od niego wszystkie psy, które mają z czymś czynny problem (jeden goni samochody, drugi koty, trzeci drze mordę na przechodniów, czwarty na gości, piąty kradnie żarcie, a szósty cudzołoży z nogą właściciela), to zostanie nam właściwie szczuplutka garstka psów sportowych i grupa psów zupełnie pozbawionych popędów, prawda? Stawiacie tym samym sprawę bardzo brutalnie - tylko właściciele psów sportowych i pracujących mają prawo mieć dobrą więź ze swoimi psami, bo tylko oni latami szlifują z nimi posłuszeństwo, więc tylko oni mają taką kontrolę nad zachowaniem psa, żeby opanować go w obliczu czegoś wywołującego u psa skrajne emocje. chounapa - ja się boję pająków;) Panicznie. Nieprecyzyjnie się wyraziłam, masz rację, oczywiście. Poprawmy tę analogię: jeśli ktoś we mnie rzuci pająkiem, a ukochana osoba będzie mnie w tym czasie przytrzymywać (i powtarzać "Hej, zaufaj mi, nic ci nie będzie"), to ja ją muszę za wszelką cenę powalić, bo mój mózg widzi pająka jako śmiertelne niebezpieczeństwo - na tym polega fobia. Gdzie tu miejsce na zaufanie? Jeśli ktoś zatrzymuje mnie w sytuacji, w której uratować mnie może tylko ucieczka, to będę z nim walczyć, i nie mam żadnej kontroli nad tą reakcją, bo przejmuje ją mózg skupiony wyłącznie na przetrwaniu. Prawdopodobnie bardzo hiperbolizuję na potrzeby dyskusji, ale tak na pewno to będę to wiedziała dopiero w dniu, w którym ktoś rzuci we mnie pająkiem;) Egzemplifikacja wizualna - https://youtu.be/fyhs8dKMTN4?t=5m48s. To jest histeria wywołana nagłym zetknięciem z przedmiotem fobii; wyłącza się wszystko poza wolą przeżycia, czyli ucieczki przed niebezpieczeństwem. Nie ma w tym momencie znaczenia wszystko, co wiemy o realnych niebezpieczeństwach (wypadek samochodowy raczej nas zabije, pająk na pewno nie). Jasne, to są ludzkie mechanizmy, antropomorfizować psa nie należy. Ale po prostu nie widzę kompletnie tego zaufania do przewodnika jako czynnika leczącego z histerii, agresji, lękliwości i utrwalonych na blachę agresywnych bądź panicznych reakcji... Jeśli dobrze rozumiem, to tak naprawdę "więź", "zaufanie" i "szacunek" nie mają tu kompletnie nic do rzeczy. Właściciel musi stać się źródłem większego strachu niż to, czego pies się bał do tej pory. Czyli nie "ok, ufam ci, że się tym zajmiesz", tylko mając do wyboru umrzeć ze strachu i umrzeć z ręki właściciela pies ma - ze strachu przed właścicielem - wybrać śmierć ze strachu?
  8. Berek - ok, już czaję. Dziękuję. Ale w podanych przez Ciebie przykładach pies ma problem z jedną, konkretną stresującą sytuacją/bodźcem, dobrze rozumiem? Przekładając na ludzkie - jeśli kochana przeze mnie osoba rzuci we mnie pająkiem, to z miłością i szacunkiem złamię jej nos, a potem wszystkie pozostałe wystające części - czy mamy problem z więzią? Moim zdaniem nie, to ja mam problem z pająkami i bronię się przed moją fobią. Jeśli pies już ma problem i postrzega każdego gościa jako intruza, i pies próbuje powstrzymać włamywacza, a pan "teamuje" z agresorem przeciwko psu (odciągając psa), to "rzucanie się" psa jest uzasadnione, bo to pan go zdradził - jakoś tak to rozumiem. Absolutnie się nie wykłócam, tylko wyjaśniam własne wątpliwości. Zapytam inaczej - czy z takim psem (z mocno utrwalonym problemem nienawiści/lęku przed intruzami) zaleciłabyś pracę nad zaufaniem do pana, czy nad akceptowaniem gości? To samo dotyczy drugiego przykładu - osobiście strzeliłam kiedyś byłemu partnerowi w pysk, jak mną - śpiącą - potrząsnął. Jak oprzytomniałam, szybko i dobitnie sobie sprawę wytłumaczyliśmy, ale jakbym była psem, to być może gryzłabym go w tyłek do końca związku, chociaż bardzo go lubiłam i powiedziałabym, że wyjściowo "więź" mieliśmy bardzo dobrą. Jeśli zakładasz, że u nas ataki wynikają z braku szacunku do mnie (i wszystkich innych, którzy się nim kiedykolwiek zajmowali), ok - to jest zrozumiała hipoteza. Ale jak zdefiniować psi szacunek? Co - jeśli nie chętne wykonywanie poleceń i czerpanie przyjemności z wzajemnej bliskości - świadczy o tej dobrej "więzi"? (Markusek oglądał psa tylko raz, tuż po przyjeździe, i ja wtedy raczej bez sensu przyszłam do niego z takim "adoptowałam psa, mówią, że jest trudny, może pan zerknąć?". Nie udało mi się do niego dostać na stałą współpracę, był problem z terminami, od jakiegoś czasu nawet nie mogę się dodzwonić. Pracujemy teraz z kimś innym.) bou - przykro mi z powodu Waszej bernardynki. Trafiłam na kilka opisów podobnych problemów - gwałtowne i niczym niesprowokowane ataki szału/agresji, bez późniejszej pamięci o epizodzie; diagnozą było genetyczno-neurologiczne rage syndrome (chociaż naukowo jego istnienia chyba nikt nie potwierdził?). U nas to trochę inaczej wygląda, ale dziękuję Ci za odpowiedź. Sjette - zalecenia u nas to fluoksetyna, zaraz po powtórzeniu fT4 i ustaleniu docelowej dawki tyroksyny. Co do kosztów - nie pytałam weterynarza, sprawdziłam dopiero teraz, i wychodzi znośnie. Przy dawkowaniu 1 mg na kg masy ciała (źródło: http://www.dog.com.pl/attachments/article/89/alfabet-behawiorysty-agresywne-zachowania-psow.pdf),u nas to by było 27 mg/doba, wg danych z apteki internetowej powinno się zmieścić w kwocie 50 PLN na miesiąc.
  9. Berek - wiadomo Ci coś więcej? Na temat tych podobnych przypadków? Kto, gdzie, kiedy i dlaczego? Pytam poważnie, my się naprawdę zgłaszaliśmy do parunastu speców w kraju i za granicą. I wszyscy rozkładali ręce, twierdząc, że pies może zaatakować właściciela w samoobronie albo mieć go w dupie totalnie i absolutnie, innej opcji nie ma. Nie może mieć z nim dobrej więzi i jednocześnie polować na niego, jak się tylko podnieci ("a w ogóle to, proszę pani, my z takimi pieskami nie pracujemy, takie pieski się usypia"). Ok, "całkowite uznawanie przewodnictwa" durnie zabrzmiało, to fakt. Miało zróżnicować ten przypadek od nierzadkich sytuacji, w których pies atakuje członka rodziny, którego uważa za ofiarę albo agresora. Zmieńmy to na "dobrą komunikację" czy "zażyłą więź", czy coś podobnego, i już jest bliższe precyzji. I serio, nie jestem dumna i nie lubię, usilnie pracuję nad rozwiązaniem psich problemów, ładując w to całą dostępną energię, czas i środki. Nie przychodzę jednakowoż ze szlochaniem, tylko z nadzieją na zebranie więcej danych. Wronka! Praca idzie po omacku, bo nic nie wiadomo. W tej chwili funkcjonująca teoria jest taka, że pierwszy raz (lub kilka razy) pies zaatakował w samoobronie, uznając uwiązywanie za zagrożenie dla siebie. I ponieważ podziałało, szybko eskalował i przeniósł to na wszystkie inne emocje. A atakuje nie konkretnie właściciela, ale albo "prowodyra" emocji (pies jest podniecony - zapinamy go na smycz - pojawia się frustracja - pies atakuje tego, kto trzyma smycz), albo po prostu tego, kto jest najbliżej w chwili, w której emocje się pojawiły. W tej chwili jesteśmy na takim etapie, że potrafię powstrzymać atak, ale nie potrafię mu zapobiec, nadal się zdarzają regularnie. Kaj - "zachowanie psa to w wielu przypadkach wynikowa postępowania poprzednich właścicieli, i znacznie częściej bezmyślności, lenistwa i niefrasobliwości, niż okrucieństwa" - i tutaj też chyba wszyscy tak myśleli, ja też. Teraz myślę raczej, że poprzednia właścicielka nie "zepsuła" psa, nie przyczyniła się do jego problemów. Po prostu nic nie zrobiła, kiedy się pojawiły (to też jest forma poważnego zaniedbania, jasne). "Czy którykolwiek z psów z tej hodowli był konsultowany przez neurologa, miał zrobioną tomografię, hormony?" - mój tak. Jedyna wykryta nieprawidłowość to fT4 minimalnie poniżej normy. Jesteśmy w trakcie ustalania dawki tyroksyny, będzie wiadomo za powtórce testu, co i jak. Na razie żadnych zmian w zachowaniu nie ma. Stosowne cytaty: "Subkliniczna niedoczynność tarczycy (w dolnej granicy normy) często nie objawia się typowo (nadwagą, problemami skórnymi, letargiem), lecz silnymi zaburzeniami behawioralnymi, zwłaszcza agresją" (W. J. Dodds, "The Canine Thyroid Epidemic"), oraz "U niektórych pacjentów z niedoczynnością tarczycy poziom kortyzolu jest chronicznie podwyższony, co imituje stan permanentnego stresu. (…) U psów, tak jak u ludzi, funkcje umysłowe są wówczas upośledzone i taki osobnik prawdopodobnie będzie reagował na stres nie racjonalnie, lecz automatycznie. (…) Kastracja nie usuwa objawów, a może nawet nasilić zachowania" i "W momencie wkroczenia w wiek dojrzewania można zauważyć gwałtowne zmiany w zachowaniu. Typowe oznaki to: nieustanne piszczenie, nerwowość, lęk w stosunku do obcych, dyszenie i nadmierna potliwość, dezorientacja i zaburzenia uwagi. Te zmiany mogą postępować i rozwinąć się w nagłe niesprowokowane ataki agresji w nowych interakcjach z psami, ludźmi i zwłaszcza dziećmi. (…) Po tych epizodach większość zwierząt zachowuje się, jakby wyszła z głębokiego transu i są nieświadome swojego poprzedniego zachowania" (W. J. Dodds, "Behavioral Issues with Thryoiditis"). U nas ataki zdarzają się w skrajnie różnych sytuacjach, które mają tylko jeden wspólny mianownik - bardzo silne pobudzenie psa i gwałtowne emocje. A przyczyną tego pobudzenia może być cokolwiek... bo pies jest bardzo pobudliwy. To może być zostawanie samemu (bo tego się boi), przywołanie i zapięcie smyczy podczas gonitwy i szaleństw (frustracja), piszczący i biegający człowiek (podniecenie), i tak dalej.
  10. Chciałabym podjąć kontynuację tego wątku adopcyjnego i poadopcyjnego, jako że już poznaliśmy się z sierotą o wiele lepiej, wiele się pozmieniało, wiele się okazało i wiele wylazlo na wierzch. W ogromnym skrócie: w lutym tego roku adoptowałam z gdyńskiego "Ciapkowa" dwuipółletniego pseudohodowlanego samca malinois, oddanego do schroniska przez właścicielkę z powodu pogryzienia. Tutaj można znaleźć wątek sprzed roku, na którym znajoma byłej właścicielki awaryjnie szukała dla psa domu tuż przed oddaniem. Nie proszę o żadne interwencyjne rady wychowawcze, bo sprawa jest zbyt poważna. Jesteśmy pod stałą opieką specjalistki. Piszę, bo wątek założony przeze mnie skończył się w kilka tygodni po adopcji, kiedy wydawało się, że lęk separacyjny jest opanowany, a agresja odeszła w siną dal i nie wróci. Jedno i drugie okazało się kolosalną bzdurą, efektem przypadkowego splotu okoliczności. Dlatego też podejmuję temat z dwóch powodów - po pierwsze, żeby z mojego przykładu nikt nie wyciągnął fałszywych super-hiper-optymistycznych wniosków, że: A) byle dureń (np. ja) i amator (np. też ja) może sobie wziąć świra po przejściach i wyprowadzić go na psy, B ) pies może się groźnie zachowywać w schronisku, bo to schronisko, ale w ciepłym i kochającym domku od razu rozkwitnie, C) pies może się źle zachowywał w poprzednim domu, ale to na pewno wina durnych właścicieli, na pewno znęcali się nad nim, a w mądrych rękach to zupełnie co innego. Po drugie, zakładam ten wątek, ponieważ szukam dodatkowych danych. Nigdzie - z ręką na sercu, przekopałam cały Internet - NIGDZIE nie znalazłam żadnego case study, który sygnalizowałby, że gdzieś jeszcze na świecie istnieje podobny psi przypadek. I tak mi przyszło do głowy, że może ktoś coś takiego przeżywa/przeżywał/słyszał, ale niby po co ma pisać o tym na forum internetowym? Jeśli więc masz psa, który się Ciebie nie boi i nie lekceważy, i dogadujecie się dobrze, ale który atakuje Cię zawsze, kiedy targają nim silne emocje (złość, frustracja, histeria, podniecenie), nie da się go w żaden sposób "wytrącić" z ataku, a kąsając i szarpiąc nakręca coraz bardziej... I powiedzmy, że wolałbyś go nie usypiać... ...to nie jesteś sam. Odezwij się do mnie. PS Malibu zmienił imię już dawno temu. Nowe życie, nowe imię; teraz nazywa się Duma. PS 2 Berek ma rację, głupsze fragmenty zostały wyedytowane.
×
×
  • Create New...