Wczoraj późnym popołudniem jechaliśmy do domu, nagle TZ powiedział, że na poboczu leżał kot, ale miał podniesioną głowę. Zatrzymaliśmy się, podeszliśmy do niego.
Przerażony syczał na nas, usiłował wstać, ale ruszał tylko jedną łapą.
Wzięłam go na ręce, biegłam do samochodu tak szybko jak mogłam.
Nie zdążyłam.
Miałam jeszcze nadzieję, że on stracił przytomność, otuliłam, żeby nie tracił ciepła.
Na nic.
Mogłam tylko zstawić jego ciało do kremacji.
Pierwszy raz w życiu widziałam śmierć.
Myślałam, że on się wyrywa, a to był już koniec.
Kiedy go niosłam, mówiłam do niego, starałam się go uspokoić.
Czy mnie słyszał?
Czy w ostatniej chwili poczuł, że komuś zależy?
Był piękny, duży, czarny.
Proszę, pomyślcie o nim choć przez chwilkę.
Może nikt inny o nim nie pomyśli.
[*]