Jump to content
Dogomania

aleshua

Members
  • Content Count

    79
  • Joined

  • Last visited

1 Follower

About aleshua

  • Rank
    Advanced Member

Converted

  • Biography
    Kobietą ;-)
    Psią fanatyczką, kochającą nieodpowiedzialnie i szukającą sposobu na nauczenie się miłości odpowiedzialnej.
    Maniaczką poprawności ortograficznej i językowej. Maniaczką dobrych manier i pewnie masy innych rzeczy, które doprowadzają ludzi do szału. Dobrze, że mam piesa (gdybym miała człowieka, szlag by go trafił) ;-)
  • Location
    Ciechanów
  • Interests
    Literatura, sztuka, muzyka... i trochę innych.
  • Occupation
    Żona i mama dwulatka :) a także psia mama póki co jednej suczki Tajgi.

Recent Profile Visitors

The recent visitors block is disabled and is not being shown to other users.

  1. Ryss, tak jak pisze Kalai, te są nauczone. By nauczyć kota robić do toalety potrzebna jest nakładka, do której wsypuje się żwirek. Z czasem wyjmuje się kolejne "pierścienie" tego wynalazku aż do momentu gdy kot robi bez niego - wypraktykowana może nie jestem, ale zorientowana jak najbardziej. Żwirek biodegradowalny, czyli drewniany się rozkłada i nie zapycha kanalizacji i tylko taki się nadaje. No chyba, że miałabym ochotę sobie oczyszczalnię zabetonować... ale nie, nie mam.
  2. Ryss, 1. By nauczyć kota korzystać z toalety, musi korzystać ze żwirku biodegradowalnego, czyli drewnianego zdaje się. Jak już pisałam, kociuchy go nie akceptują. Więc zacięcie zacięciem, sztuczki sztuczkami a praktyka praktyką. 2. Damą wobec tego nie jestem, bo pieniędzy nie mam. Mam tylko nadmiar zwierząt, na które mnie nie stać. Kalai! Rada z kartonem okazała się zbawienna! Póki co jakieś 3 dni za nami, psy powąchały i póki co (tfu, tfu!) odpuściły. Nie próbują wtykać łbów :D Dostałam takie pudła archiwizacyjne, idealnie pasujące do kuwet, nakrywane z góry. Jak psy za bardzo zaczną węszyć, to jeszcze przystawię dziurą do ściany - zwlekam z tym bo to wymaga odsunięcia grajdołu od ściany i zwęzi mi przejście, ale z dwojga złego jak przyjdzie konieczność to wolę to niż chorego psa czy kupy na podłodze. Piesy też szczęśliwe po powrocie do domu, dostały kąpanko i gratisowe czesanko i wszyscy póki co nadal jesteśmy szczęśliwi :D Także ściskam mocno i bardzo bardzo dziękuję! Uratowałaś psy przed podwórkiem, mnie przed wyrzutami sumienia, a koty... koty mają wszystko w nosie ;)
  3. Kalai, rady bezcenne! Sama pod wpływem wyrzutów sumienia uruchomiłam wyobraźnię i wpadłam jeszcze na to, żeby postawić obok kuwet taki płotek ogrodniczy rozkładany wysokości ok. 70cm - kot przejdzie przez "oko" a pies nie (chyba, ze łapą prze ogrodzenie pokopie...). Niemniej najpierw spróbuję z tymi kartonami, potem pudełka i zobaczę co z tego będzie. Bardzo bardzo dziękuję za rady! Chesti, rozważałam BARF ale szczerze mówiąc z czystej wygody wolę karmę. Dawałam im żwacze wołowe, teraz dostają suszone paski mięsa a i tak się posilają. Przy czym ta pierwsza już od szczeniaka jadła to co znalazła na dworze, tarzała się w tym itd. U Kamy to z kolei pierwsza taka sytuacja, bo nigdy nie jadła na dworze. Jeżeli o kuwetę chodzi, to może dla swojego egzemplarza później rozważę, co dla czterech to rzeczywiście spory wydatek. Ley, bez szans na eksmisję kotów. To jest gospodarcze, z którego z łatwością wyjdą przez szpary, plus tego wejście nie ma jak zamknąć, nawet drzwiczek nie ma. No i są to kociaki chowane na domowe futerka niewychodzące, kontakt z podwórkiem mógłby popsuć trochę plany, tym bardziej, że miałyby kontakt z matką - kotką łowną - a to totalnie odpada. Reasumując: zacznę od testów z kartonami i pudełkami, potem płotek i mam nadzieję, że to da efekt. Jeżeli nie... e, nie dopuszczam takiej myśli! :) Oczywiście dam znać jak poszło ;-) Bardzo Wam dziękuję :)
  4. Beatrx, mam od początku dwa, no prawie... od 4 lat :D Tylko nie pisałam o tej pierwszej bo nie miała problemu z kotką i kociętami - zaczęła je nawet karmić i tak karmi chyba już od miesiąca ;-) Absolutnie nie pozwalałam, fuj! Karciłam, obrzydzałam, bez rezultatu - znaczy był rezultat, robiła to ciszej... Podwórko lubią bardzo, ale nas też. Tajdze w sumie jest to obojętne, ona w ogóle jest psem obojętnym - a przynajmniej takie wrażenie sprawia. Kama lubi tak podwórko jak nas, przylepa, łazi za nami wszędzie ale tyle samo radochy ma z godzin spędzonych na podwórku. Czy pcha się do domu... wieczorem już chce włazić, ale kiedy otwieramy drzwi równie chętnie chce wychodzić. Mogłabym w sumie spróbować z tym dworem, tylko co z nocą? Zostawić ją i zobaczyć co będzie? Mam pomieszczenie gospodarcze z wejściem otwartym, taka dziura 50x50, może by im tam zrobić tymczasowo jakieś posłanie? Atrakcyjne to to nie jest, ale zawsze jakieś schronienie i mniej irytacji dla nas i stresu dla psów (i brak ryzyka dla zdrowia). W domu raczej nie chcę wydzielać. Tajga sobie poradzi ale Kama ma b.duzy uraz do zamykania (była przetrzymywana w zamknięciu). Raz musiałam ją zamknąć przez dwa dni na kilka godzin w osobnym pokoju, to wygryzła sobie do gołej skóry sierść z prawie całego ogona. Wolę więcej juz nie próbować. A to obrzydzanie kuwet? Co masz na myśli? Może by spróbować...
  5. Mam na tymczasie koty, sztuk 4 a więc i kuwet jest dużo, bo 3 duże. Stoją w przedpokoju na podłodze bo to jedyne możliwe miejsce. Mam dwa psy, najpierw wyżerał jeden - pół biedy, dało się to jakoś ogarnąć (ruszała tylko kupy i tylko nie zakopane) ale teraz zaczęła wyżerać druga suka. Odchodzę już od zmysłów i mam ochotę je rozszarpać... jedna wyżera i robi syf w samej kuwecie bo rozdrabnia mi te kupska, druga wyciąga kupy i siki i zżera na podłodze, dywaniku, raz przyniosła i delektowała się na dywanie w pokoju plus przekopuje sobie kuwety i wywala połowę zawartości kuwety (dosłownie, pół żwirku wykopuje) na ziemię i roznosi wszędzie. Nie zamontuję drzwiczek do łazienki bo tam co najwyżej pół kuwety wejdzie, do wiatrołapu to samo, kuweta kryta bez sensu bo łeb wsadzi (wsadzi, jestem przekonana bo drzwiczki mają 20x20 cm i mniejszych nie znalazłam), półka czy podwyższenie odpada bo nie mam gdzie tego zamontować (nad kuwetami jest kaloryfer) poza tym psy są duże więc kuwety musiałyby być na około metrze wysokości jak nie lepiej, bo swobodnie potrafią ściągać ze stołu. Kompletnie nie wiem co robić. Jeden kot zostanie u mnie, ale wtedy jedną kuwetkę wrzucę do wiatrołapu i zamontuję drzwiczki - problem solved. Zanim to się stanie, pozostałe 3 koty muszą znaleźć domy, a do tego jeszcze "chwila". Mam zwierzyniec chwilowo, wiedziałam że jakieś problemy z tego będą, kocie wariactwa, więcej syfu ale przecież nie mogę żyć z dosłownie g*wnem rozsmarowanym kilka razy dziennie po połowie domu ;( Nie wiem co robić, a poziom irytacji i frustracji (a czasem smrodu) sięga zenitu. Latam do tych kuwet po 5 i więcej razy dziennie, doszło do tego że budzę się w środku nocy i sprawdzam czy psy się nie posilają - zaczyna to pod paranoję podchodzić! Psy są w 100% domowe i nawet bud czy kojca dla nich nie mam na dworze, jako, że teren jest ogrodzony i mamy lato to większość czasu spędzają na dworze - tu w sumie jedyne rozwiązanie, które mi przychodzi do głowy: póki jest ciepło, nie wpuszczać ich do domu. Da się? Nie rzuci im się to na psychikę za bardzo, że nagle z domku i dywanów wylądowały na dworze (tymczasowo oczywiście!)? Mam nadzieję tylko, że do czasu ochłodzenia koty znajdą domy, bo jak nie to nie mam pomysłu co zrobię... chyba sobie pościelę przy tych kuwetach. No tak... jeszcze problem tego typu, ze używam żwirku bentonitowego. Przez pierwszy miesiąc psy uwagi na kuwety nie zwracały, a potem już się koty przyzwyczaiły do bentonitu i do drewnianego - podejrzewam mniej szkodliwego - robić nie chcą. Raz juz jedna z suk się obżarła żwirku i karmy po czym puściła pięknego pawia złożonego z bentonitu i karmy na środek dywanu - nie przesadzając było tego objętościowo z kilogramową torbę mąki i tylko się cieszę że sobie nie zapchała jelit (tak.. bo jeszcze latam za nimi i kupy sprawdzam, czy robią i jakie). Czytałam o jakichś uzupełniaczach z bakteriami gnilnymi czy jak to się nazywało, ale opinie są zgodne, ze jest to nieskuteczne i psy po prostu to lubią i jak jedzą, to jeść będą - nawet wiec nie próbuję. Tym bardziej, że finansowo nie mogę sobie pozwolić na nieskuteczne eksperymenty. W życiu bym psów nie oddała, ale ta sytuacja czyni ze mnie inną, złą osobę bo moje marzenia zaczynają krążyć wokół domu bez zwierząt. Ktoś? Coś? Jakieś rady, pomysły? Przekopałam internet i w sumie liczę bardziej na odpowiedź w sprawie pobytu moich psów na dworze dla ich własnego dobra i bezpieczeństwa. Bo chyba naprawdę nic innego do czasu oddania kotów nie da się zrobić :S
  6. Tak jak obiecałam, najnowsze wieści z placu boju :D Kama odżyła po tym jak przestałam wpuszczać kota do domu, przestała się bać zupełnie a po kilku dniach przestała też ignorować kociaki. Dzisiaj łapała razem z nimi mysz z wędki, trąca je nosem i zachęca do zabawy. Rodzi nam się tutaj psio-kocia przyjaźń chyba :) Pozdrawiam! Rada okazała się bezcenna :-)
  7. Nie miałam innego wyjścia, dlatego są u mnie - bezpieczne i na tyle na ile to możliwe pod opieką matki, z perspektywą na znalezienie domu, który będzie je szczepił i wykastruje. Pytałam co zrobić i jak pomóc psu, a nie czy moje postępowanie względem kotów jest właściwe. Na tyle na ile mogę, pomagam tym kotom w uniknięciu losu ich matki, czyli stania się żywą łapką na myszy, ewentualnie utopienia przez "właścicieli". Dodam, że łapką, która je to co sobie złapie, żyje z tasiemcem i robalami (żyła, bo już to zwalczyłam), wyleniała i wychudzona. Gdybym miała możliwość, rozwiązałabym to inaczej. Czasem warto powstrzymać osądy, gdy nie ma się pełnego obrazu sytuacji i zamiast tego podzielić się wiedzą czy doświadczeniem a nie moralizować. Beatrx, dzisiaj kot trzeci dzień ma zakaz wchodzenia "na pokoje" jak to określiłaś i to chyba rzeczywiście o to chodzi. Obserwuję Kamkę, za kilka dni napiszę co i jak. Przestała się pchać póki co do łazienki z położonymi uszami, a jak wejdzie to wychodzi kiedy ją wołam - no zobaczę co z tego będzie :) Problem moskitier rozwiązany - zdjęłam.
  8. Cały dzień ćwiczeń z Kamą, jakoś przeżyliśmy. Ostatecznie dostała tabletkę, pomogło, rozluźniła się trochę. Za to z kot mimo że pół dnia spędził z małymi i tak się wiesza po oknach :/
  9. Beatrx, w sumie wczoraj ją ściągnęłam przy pomocy smyczy. W zasadzie nie musiałam się wysilać, bo kiedy Kama widzi smycz to szaleje ze szczęścia - uwielbia być prowadzona. Nie powinna chyba jej zacząć kojarzyć negatywnie? Prawdopodobnie jej nerwy są potęgowane tez przez moje, nawet jeśli nie do końca uzewnętrznione. Sytuacja frustrująca i w sumie nagła, ale się ogarnęłam już i powinnam działaç na spokojnie. Zastanawiam się czy by nie podać jej 10mg Hydroxizinum by przerwać to "pasmo nerwów" u niej, zeby sie wyciszyła i odpoczęła? Obserwuję to to moje i jak na szpilkach siedzi no i szkoda mi bestii. Liczyłam, że może to jakieś chwilowe zachwianie. Rzeczywistość jest mniej kolorowa, no ale "Co nas nie zabije..." :) Odstresuję piesę i pogodzę towarzycho i koniec! ;-) Dziękuję za bezcenne rady, strasznie fajnie, że Ci się chce :)
  10. Mysle, stad pomysl czestszego wpuszczania, zeby czesciej byla z mlodymi. Problem kotki jest dramatyczny, tak samo jest dramatyczny problem psa ktory nie wie o co chodzi i smiem twierdzic ze nasz tez, z powodow wymienionych w poscie wczesniej. Dlatego poprosilam o sensowne rady albo pomysly bo krytyka (pomijajac konstruktywna) wiele tu nie zmieni. Odnosnie psa: wieczorne cwiczenia poszly bardzo dobrze. Budze sie, patrze a obok na miejscu meza spi pies, ktory nigdy nie mial pozwolenia na wchodzenie na lozko. Oczywiscie zlezc nie chciala... eh.
  11. Dziękuję za odpowiedź, tak to jest jak się jest głupkiem niedoświadczonym :/ chciałam dobrze, a wyszło jak wyszło. Zatem kot do domu już wstępu nie ma, tylko przedpokój + ćwiczenia, które w sumie dziś już rozpoczęłam bo odwrócenie uwagi działa. Karmienie kociaków z misek przy niej będzie ok? Czy w jednym czasie jej też coś dawać? Do tej pory robiłam tak, że jak koty skończyły jeść i odeszły od misek rozdzielałam resztki między obie psice. Kama bez pozwolenia misek kocich nie rusza i respektuje stanowcze "nie" w tej sytuacji. Problem z kotką bo zaczęła mi się po moskitierach wspinać próbując dostać się do młodych - są jakieś sposoby, odstraszacze... cokolwiek? Trochę egoistycznie/materialistycznie podejdę ale kosztowało to trochę i jedną już mi zniszczyła w ten sposób :( Jeżeli o sterylkę chodzi, to działam w temacie. Czekam aż przestanie karmić i przy wsparciu kociej fundacji będzie sterylizowana. Edit: czesciej bede wpuszczac kotke na przedpokoj, rzadziej bedzie czula potrzebe skakania na moskitiery - pomysl nr 1, calkiem oczywisty. Spsikalam probnie 1 moskitiere octem, acz pewnie i tak szybko wywietrzeje - pomysl nr 2.
  12. Sprawa jest pilna o tyle, ze już się dzieje. 2 tygodnie temu przyszły do mnie na tymczas 4 koty w wieku około 4 tygodni. Ich matka była czasami wpuszczana do domu (kot sąsiadów, którym się nie zajmują), Kama ją tolerowała acz robiła sie lekko niespokojna, kot to samo. Zgadzały się do 20 cm od siebie. Od 2 tyg są u mnie jej małe, którymi się zajmuję. Kotka przychodzi kilka razy dziennie karmić. Na początku psa nie zamykałam ale doszło do kilku konfliktów przy małych i musiałam zacząć je izolować. By było sprawiedliwie, czasem pies szedł do sypialni (gdzie ma swoje posłanie), czasem kotka szła na przedpokój. Do małych Kama nie wykazuje agresji, na początku ciekawość, iskała je, trącała nosem, była podniecona. No i bez większych zmian przez te dwa tygodnie, ale od wczoraj jakby jej odbiło. Zaczęła chować się w łazience, w której chowa się zawsze gdy czegoś się bardzo boi (huki w sylwestra, głośne krzyki). Zaczęła też włazić do kojca kotów i pchać się na kanapę, na której koty śpią czy się bawią - bo zasypiają w przypadkowych miejscach. Na kanapę była wpuszczana ale tylko gdy dostała wyraźne pozwolenie i kiedy się mówiło "złaź" albo "sio" to schodziła. Gdy nie chciała się słuchać, wystarczyło spojrzeć w oczy i patrzeć wytrwale, wtedy ulegała i robiła to czego od niej się wymaga. Od dwóch dni nie ma na nią siły, kompletnie się nie słucha. Nie zauważyłam, byśmy jakoś inaczej ją traktowali, tyle tylko, ze codziennie kilka razy czyszczę kuwetę, karmię koty, biorę na ręce ale ona też otrzymuje swoją dawkę zabawy i pieszczot. Paradoksalnie im więcej, tym gorzej się zachowuje. Dalej nie widzę agresji w stosunku do kotów, ale na nas potrafi warczćy kiedy siłą ją wyrzucamy z kanapy czy kojca kotów (problem o tyle poważny, że waży 35 kg i nie patrzy czy koty w kojcu są czy nie, jednego prawie zgniotła). Kama jest u mnie od 4 lat, pies po przejściach, zamykany sam, głodzony, bity, po tym jak się oszczeniła na jej oczach zabito jej szczeniaki. Przez te 4 lata wykazuje raczej dominację - mamy drugą sukę też z problemami, uległą - ale nigdy nie było z nią (Kamą) problemów, bo jest psem łagodnym i bardzo rzadko warczy, nigdy nie używa zębów na nas. Jedyne sytuacje, gdy rzucała się na drugą to przy jedzeniu, przy bardziej smakowitych kąskach. Boję się, że ten upór może zmienić się w agresję w stosunku do domowników lub kotów. Bardzo proszę o rady, bo nie mam pojęcia co robić. To co robię instynktownie, wywiera chyba odwrotne skutki i jedyne co teraz przychodzi mi do głowy to ją odizolować. Co prawdopodobnie też będzie miało tylko negatywne skutki. Chciałam też jednego malucha zatrzymać ale w takiej sytuacji nie wiem czy to dobry pomysł.
  13. Długo mnie nie była i po prawdzie wpładłam z nowym "dziwacznym" problemem :) Muszę jednak napisać, że trochę konsekwencji z mojej strony i stanowczości, a Kama już "otrzeźwaiała" i na komendę "puść" oddaje ukradzione jedzienie i na polecenie idzie na swoje i siedzi, póki jej nie zawołam. Coś gładko poszło... rokowania jak na moje oko są pomyślne.
  14. Siadania Tajga uczona była też przy pomocy smakołyków, konkretnie kawałków kiełbasy, gdy miała ponad 4 miesiące (trafiła do nas, gdy miała 4 miesiący i chyba tydzień). Mówiąc siad przykładałam jej rękę do zadu i lekko naciskałam, a ona bez oporów siadała. Załapała b.szybko. Nie tylko na 'siad' tak reaguje ale na każdą inną komendę (na leżeć wywala się od razu na plecy i podnosi nogę tylną - uczyłam ją kłaść się zbliżając smakołyk do ziemi aż się położyła a później była wielce entuzjastyczna reakcja z mojej strony, jak zresztą na każdą prawidłowo wykonaną rzecz). Ona od dnia w którym do nas trafiła tak się zachowywała. Do czasu, kiedy przyszła do nas Kama, Tajga bała się jeść z misek, pić wody i potrafiła odmawiać picia do czasu, aż wzięłam miskę do ręk i jej dałam. Próbowaliśmy z różnymi miskami, z ręcznikami pod miskami, gazetami itd i nic z tego nie było. Nie bała się jeść i pić tylko na dworze, kiedy nikogo obok niej nie było. Jako, że się tak przyzwyczaiła jeszcze przed przyjściem Kamy, to do tej pory obie są karmione na dworze. Może to i nie najlepsze, ale przynajmniej Tajga normalnie jeść zaczęła. Ogólnie pies był trzymany w pomieszczeniu gospodarczym razem z resztą szczeniaków i matką, a w domu praktycznie nie przebywał i z ludźmi miał niewiele kontaktu. Gdy pojechaliśmy po psa to się okazało, że Tajga totalnie ignorowała ludzi i od początku sprawiała wrażenie wystraszonej. Podsumowując napiszę, że Tajga boi się wszystkiego co "ludzkie" a wszystko co psie przychodzi jej najnaturalniej na świecie. Teraz po przygodach z Kamą z psami już nie ma problemu.
  15. To po kolei :) - skoro więc losowe ćwiczenie komend nie jest bez sensu, to ćwiczymy :) Od wczoraj ćwiczenia są zintensyfikowane i częstsze (a przynajmniej częstsze niż były) - wypada 2x dziennie po około 10-15min + te bardziej losowe. Póki co zaczęliśmy od znanych komend wykonywanych najczęściej seriami ale ze zmienną kolejnością samych komend - nagrody dostają po wykonaniu całej serii bezbłędnie, albo w trakcie za wykonanie pojedynczych poleceń. Wprowadziłam też "wstawanie na komendę" że tak powiem i obie załapały w locie, chociaż Kama mniej chętnie współpracuje. Poza tym próbuję uruchomić swoją wyobraźnię i nauczyć je szukania, na początek smakołyka pod poduszką. Stopniowo pokombinuję więcej, zaopatrzę baby w kongi (moglibyście poradzić co jest solidne i czego nie zjedzą? bo one szczapy drewna na podwórku w drobny mak roznoszą). W tej kwiestii jeszcze jedno pytanie: czy chociażby w przybliżeniu moglibyście określić ile takiej "pracy" z psem powinno być? Nie będę z zegariem w ręku oczywiście stała i czekała końca, ale taki szacunek bardzo by mi się przydał :) - chwilowo kradzieży bułek brak, więc nie miałam (na szczęście) okazji przerestować handlu na smaczka. Raz próbowała gwizdnąć mi spod ręki ale wygnałam bestię na jej posłanie. - myślę, że ostre "NIE" plus wyproszenie jej z pokoju (lubi z nami przebywać w jednym pomieszczeniu, zawsze przy moim fotelu leży) powinno byc odpowiednią karą. Tylko tutaj też mam wątpliwość: wyganiam ją na jej miejsce, idzie grzecznie po czym po kilku sekundach sama wraca. No i pytanie czy powinnam ją wypraszać do oporu, pozwolić wrócić czy zastosować jeszcze inne rozwiązanie? - o bezproduktywnosci miziania juz wiem :) - zmieniamy pomalu proporcje miziania i ćwiczeń. - podwórko = sajgon. Nie potrafię zapanować nad psami i dzisiaj się pozbyłam wszelkich wątpliwości. Wychodzimy, psy szaleją, biegają jak opętane, bawią się. Ja przywołuję "do mnie" i Tajga ledwie człapiąc podchodzi do mnie a Kama mając mnie w głębokim poważaniu łapie Tajgę za łapy, szturcha i ogólnie ją molestuje. W rezultacie przychodzi do mnie tylko dlatego, że zabawa nie pozwala jej się odczepić od dużo posłuszniejszej Tajgi. Wygląda to tak, jakby Tajga ciągnęła Kamę na jakimś sznurku do mnie. W tym miejscu nawet nie pytam o radę - zdaje się, że muszę sama poszperać i poczytać jak w ogóle ten problem ugryźć. - do kłód pochodzi na przykurczonych nogach (Tajga) jak już biegniemy to z rozpędu przebiegnie obok tej kłody ale wyraźnie się jej obawia. Generalnie nie chce skakać i kłodę raczej omija. W innym wątku pisałam o jej nadmiernej strachliwości, z którą do tej pory zresztą walczymy. Generalnie tego psa nie da się skarcić, nawet wydanie prostej komendy przywołuje ją o mdłości i pies kurczy się w sobie. Kiedy mówię "siad" to ogon leci totalnie w dół, łeb w dół, pies się garbi i po kilku przestąpieniach z nogi na nogę siada. Bardziej chyba nie da się opisać jej strachu przed wszystkim. - myślę, że do Warszawy to nie byłby aż taki problem :) Zasugerowałam się raczej tym, że szkoleniowiec powinien zobaczyć jak to żyjemy z psami u nas w domu - ten dom i otoczenie psa wydało mi sie istotne w ocenie problemu. Zadzwonić jednak i zapytać nie zaszkodzi :) w końcu specjalista wie lepiej, czego mu będzie potrzeba do pracy ;-) Póki co nastawiłam się bardziej optymistycznie i staram się zaufać Kamie. Bardzo, bardzo dziękuję za wszelkie rady, z których już od wczoraj staram się sumiennie korzystać.
×
×
  • Create New...