Wpadłam powiedzieć, że żyjemy :P
Wczoraj byłyśmy na szczepieniu przeciw wsciekliźnie, no i trochę stresu niestety było... Jak wiecie, historia jojowych szczepień jest dosyć ciekawa, wsztrząs po szczepieniu przeciw zakźnym pięknie przyczynił się do powstawania nowych alergii, ale wścieklizna zawsze była tą bezpieczną. Była...
Trafiłyśmy na wetkę u której byłyśmy podczas ostatniej choroby, jojowa została dokładnie przebadana - po infekcji ślad nie został (no dobra - został. Pozostało jej gryzienie granulek karmy, a nie połyklanie po 3 na raz :P ) i młoda (kogo ja oszukuję, gdzie ona młoda? xD) została zaszczepiona. W domu zaczęły się problemy - zaczęła się troche drapać i saneczkować, pysk delikatnie spuchł, ale na tym się zatrzymało. Reakcja pozostała na poziomie delikatnej alergii na żarcie, niejednorazowo bywało 10 razy gorzej po tym jak coś zjadła i obywało się bez weta. Tu jednak miałam wątpliwości, no bo to jednak szczepienie, a nie żarcie. Wzięłam jednak na wstrzymanie (zwłaszcza, że alergie po zakaźnych objawiały się inaczej, co też mnie uspokoiło), stale ją obserwowałam i byłam gotowa na jazde do weta (nawet brata przyszykowałam, że jak coś to ma mnie zawieść :P ). Potem jednak było dużo lepiej, dosłolwnie po 15 minutach drapanie ustało, po godzinie opuchlizna zaczęla schodzić :) Dalej oczywiście miałam (albo raczej mam) ją na oku, ale raczej mamy już to za sobą :D
A no i w końcu mamy wakacje! :D W poniedziałek wyjeżdżam z Beatą do Ostrowa, Joja zostaje z mamą (dostanie dokładną instrukcję opieki nad psem :cool1: ), a potem tydzień w domu i zlot :D