Witam
Wiem, że to stary wątek, ale znalazłam się tu przypadkiem, a temat jest mi bliski. Przeszłam z moim psem usunięcie mięsaków z dwóch tylnych łap. Guzy były duże, pomiędzy ścięgnami w śródstopiu i operacja była trudna, ale doktor, który operował spisał się na medal i usunął wszystko pięknie. Diagnozę po badaniu histopatologicznym postawiono 3 lata temu... mój pies ciągle żyje i ma się nie najgorzej..Opowiem nasze doświadczenia, może komuś się przyda, choć nikomu nie życzę...
Zaczęło się od małych guzków na łapach...pierwszy lekarz stwierdził, że to odciski i kazał smarować witaminą A, drugi ładował w niego antybiotyki-nie pomagało, kolejne wizyty, badania, oględziny u kolejnych weterynarzy nic nie dawały, a pies czuł się coraz gorzej, doszedł kaszel, opuchlizna opuszków, trudności w chodzeniu i ogólne osłabienie. Dodam, że jestem z Wrocławia, gdzie poziom weterynarii stoi wysoko...Zawiodłam się na wielu lekarzach, doktorach, profesorach...Przechodząc do sedna, jak już wiedzieliśmy, co to za świństwo, pies dostał Encorton-steryd, który natychmiast postawił go na nogi. Decyzję o operacji lekarz zostawił mi, bo pies czuł się bardzo dobrze, a miał już 10 lat, czyli młodzianem nie był. Usunęliśmy guzy, pies nadal zostawał na Encortonie i czuł się świetnie, jak przed chorobą, badania wychodziły dobre. Próbowaliśmy zrezygnować stopniowo ze sterydu, ale pies od razu źle się czuł, więc wracaliśmy i postanowiliśmy podawać mu najmniejszą dawkę przy której stan się nie pogarsza, do końca życia. Jak już pisałam, pies już 3 lata żyje po operacji, ale niestety nikt mnie nie ostrzegł przed skutkami stosowania Encortonu i wątroba jest w stanie opłakanym...Z opóźnieniem zaczął dostawać Zentonil i dietę wątrobową i poprawiło się! Jezu, jak się cieszyłam! Brał Zentonil i dietę nadal, aż w tym roku, po badaniu usg okazało się, że są przerzuty na wątrobę. Zdawałam sobie sprawę, że to może się stać, w końcu to nowotwór złośliwy. Na szczęście reszta organów ok. Leczenie jest kontynuowane nadal: Encorton, Zentonil, Esseliv, dieta wątrobowa. Kosztuje to majątek, ale warto, bo pies mimo wszystko, mimo choroby, mimo wieku, czuje się świetnie. Ma chęć do zabawy, spacerów, ma apetyt, macha ogonem. Ciągle liczę, że to jeszcze będzie trwało, że to leczenie, w gruncie rzeczy już paliatywne podtrzyma jego życie jeszcze trochę.
Chcę podtrzymać na duchu osoby, których czworonożny przyjaciel zapadł na ta straszną chorobę-to nie musi być natychmiastowy wyrok śmierci. Mojemu psu, po diagnozie tak mniej więcej pół roku życia dawali. Jejku, ile ja łez wylałam żegnając się z nim w duchu, zwłaszcza, gdy miał gorszy dzień i myślałam, że to koniec.
Zdaję sobie sprawę, że ta chwila nadejdzie, powoli się z tą myślą oswajam, bo jednak stopniowo jego stan się pogarsza, ale póki on się cieszy życiem, to ja razem z nim.
Nie zdecydowałam się na poddanie psa chemii, za sugestią lekarza zresztą, który stwierdził, że jego stan kliniczny jest świetny i szkoda byłoby go męczyć, bo nieudana chemioterapia to męka dla psa, a doktor stwierdził, że mój pies chyba szybciej zdechnie z powodu wieku niż raka.
Podsumowując mój przydługi wywód (choć i tak w wielkim skrócie), nie poddawajcie się, pies z nowotworem, odpowiednio leczony, systematycznie badany i otoczony opieką może jeszcze długo żyć, tak, jak mój kundelek. I nie zdawajcie się tylko na jednego lekarza, warto iść do kilku, pytać, samemu się dowiadywać, sprawdzać, być natrętnym i upierdliwym, a także zdać sobie sprawę, że jeden lekarz weterynarii nie może wiedzieć wszystkiego...Gdybym ja to wszystko wiedziała, co wiem teraz...byłoby jeszcze lepiej.
Powodzenia w leczeniu! Pozdrawiam