Wczoraj nadeszła chyba najgorsza chwila w moim i nie tylko moim życiu, podjęliśmy z mamą decyzje o uspieniu naszej suni jamnika :(. Przeżyła z nami ponad 15 lat. KIlka lat temu przeszła operację, miała guzki, była rozcięta właściwie od tylnej łapki aż po samą szyję. usunięte wszystkie sutki z jednej strony, lekarza nie dawał jej więcej niż pół roku, żyła jeszcze ok 4. Weterynarz mówił, że przerzuci jej się to na wątrobę lub na płuca. ponad pół roku temu zaczął jej się kaszel, diagnoza : woda na płucach, leczyliśmy ją przez ostatnie kilka alt na serduszko, bo miała niewdolność doszedł furosemit na odwodnienie, chodziliśmy z nią po 5-6 razy na dzień na dwór, po prostu taki był harmonogram wszystko ustalone jak w zegarku. Od 3 dni miała bardzo duży problem z oddychaniem, trzymała cały czas łebek w górze bo tak było jej wygodniej oddychać. Nie mogliśmy już tak, pojechaliśmy wieczorem, pani wet powiedZiała, że woda dostała się już także do brzucha, że mogliby ją może z tego wyciągnąć ale za tydzień będzie to samo :(. Stało się, dostała zastrzyk z narkozą, zapadła w sen, pani wet kazała nam się pożegnać i wyjść, chciałem zostać z nią do końca ale poweidziała, że lepiej może jak ją zapamiętamy jeszcze taką. Jestem 27 letnim facetem i popłakałem się jak dziecko, wiem jedynie, że miała dobre życie i że była kochanym pieskiem, szczerze wpółczuję wszystkim którzy przeszli przez to, mam tylko nadzieję, że jest jej teraz dobrze.