Hej. Nie wiem, czy ktoś tu jeszcze wchodzi ani czy dobrze podejrzewam, ale jeśli w tym wątku rozmawiałyście o Robciu z Józefowa k. Legionowa, wystawianym przez Pomorską Rottkę (wstawiam zdj. z czasów schroniska, dla jasności), to adoptowałam Go w grudniu 2010r. Za kilka godzin minie rok, odkąd odszedł. Zmarł na serce. Zdiagnozowano u Niego kardiomiopatię, ale miał z nią jeszcze pożyć. Zaczął brać leki, ale nie skończył nawet jednego opakowania :( Nie sądzę, żebym była kiedyś w stanie pogodzić się z tym, bo wywrócił moje życie do góry nogami i trudno ułożyć je na nowo.
Przez pierwsze lata miał straszliwy lęk separacyjny. Behawioryści rozkładali ręce. Jeden sugerował nawet uśpienie. Ćwiczenia miały odwrotny skutek - mimo nagród, jeszcze bardziej się nimi stresował. Chodził za swoim człowiekiem wszędzie - do wc też. Po czasie nauczył się zostawać pod drzwiami, ale jeśli kąpałam się za długo, zaczynał szczekać :) każdej nocy kilkukrotnie budził liżąc po twarzy albo waląc łapą - trzeba było się odezwać, bo musiał mieć pewność, że jest się na miejscu. Kiedy jego ukochany "tato" wrócił z zagranicy, Robcio zachowywał się jak dziecko rozwiedzionych rodziców. Nigdy nie był do końca szczęśliwy, jeśli nie siedziało się przy nim we dwoje. Tzn. ja miałam być, ale On i tak wpatrzony był w "tatę". Ale jeśli wyszłam, to zaczynało się popiskiwanie. Ze względu na pracę, "tato" pojawiał się tylko w weekendy, więc Robcio postanowił odejść w niedzielę rano, żeby jeszcze wcześniej nacieszyć się rodziną w komplecie. Przewrócił się kilka minut po 6 rano, zaczął się dusić. "Naszego" weterynarza nie było w okolicy, żaden inny nie zgodził się na wizytę o tej godzinie w Niedzielę Palmową. Mówili, że może musi tylko odpocząć... Ale było coraz gorzej. Ostatecznie 4 osoby reanimowały Go przez niemal 2 godz. Kiedy wreszcie ktoś nas przyjął, powiedział, że Robcio nie żyje już od dłuższego czasu :(
Po Robciu została potworna pustka. Niedokończone studia, bo nie pozwolił zrobić mgr :) niespełnione marzenia, bo nie pozwolił wyjechać do UK (choć miał paszport). Zostało też prawo jazdy - w życiu bym nie zrobiła, gdyby nie wymagał zabierania Go wszędzie ze sobą i Jego samochód (nie kupiłabym, gdyby nie On, a teraz auto stoi, bo tak ciężko nim jeździć bez Robcia). Ale przede wszystkim pozostawił silną wolę uzbierania środków potrzebnych do otwarcia hospicjum dla psów.