Jump to content
Dogomania

Ashen

Members
  • Content Count

    1
  • Joined

  • Last visited

About Ashen

  • Rank
    Newbie

Recent Profile Visitors

The recent visitors block is disabled and is not being shown to other users.

  1. Cześć wszystkim, post stricte na zabicie czasu, bo jestem zmęczony już płaczem. Chciałbym, abyście podzielili się swoimi spostrzeżeniami nt. całej historii leczenia psa. Wszystko zaczyna się 29 sierpnia, dzwoni do mnie mama. Pies się nie rusza, leży, płacze i wyje. Mieszkam w innym mieście w ogóle i do tego była późna godzina (mama wróciła z pracy i tak psiaka zastała). Zobowiązałem się wziąć urlop i przyjechać w piątek, ale finalnie brat powiedział, że może przyjechać też z innego miasta, a ja przyjadę jak będzie potrzeba w kolejnym tygodniu. W piątek pies był u 3 weterynarzy, w tym 2 odmówiło przyjęcia psiaka, mimo że wył naprawdę solidnie. Dawaliśmy mu polopirynę za poradą znajomego lekarza. W końcu ten trzeci weterynarz zobowiązał się przyjąć Jackiego i powiedział, że trzeba zrobić RTG, ale dziś już za późno i zaprasza dopiero w poniedziałek - czyli 2 dni czekania. W tym czasie przepisał na zastrzyki przeciwzapalne, znieczulające i coś jeszcze (nazw niestety nie znam, bo są na karcie, ale jeszcze nie byliśmy u weterynarza po tym wszystkim, nie jesteśmy w stanie) W poniedziałek narkoza (robienie narkozy do RTG to normalne?), RTG i oczekiwanie na wyniki. W załączniku zdjęcie, ktore sam robiłem. Diagnoza, złamanie kości - weterynarz zaczął mówić o różnych wariantach i zdecydowaliśmy się operację. I teraz tak - zamówili płytki ze szlachetnego metalu oraz sprzęt do operacji z Niemczech, który miał iść priorytetowo 4 dni, a był po ....... 1,5 tygodnia. Dramat. W tym czasie oczywiscie pies dostawał zastrzyki. Kiedy pies został zawieziony na operację to wyniki krwi były dramatyczne i nie można było przeprowadzić operacji - został mu przypisany Vitacon 5 tabletek x 3 dziennie. Co 2 dni jeździliśmy na badania krwi i w końcu po tygodniu w końcu mozna było operować. Do tego czasu pies zaczął chodzić na 3 łapach, jadł, pił, załatwiał się, mało się ruszał- ale starał się robić kółka na podwórku. Operacja miała miejsce w miniony piątek (20 września). Było okay, wszystko się udało. Co nas niesamowicie zdziwiło, kazali zabrać psa do domu 6h po operacji. W załączeniu zdjęcie nogi po operacji. Przypisali nam tabletki: a) osteogenon b) dalacin C c) Vitacon d) octenisept na bliznę operacyjną Pies po wybudzeniu z narkozy wył, płakał, nie jadł,, nie pił, nie spał. Komunikacja do weterynarza 1 dnia po operacji - wszystko okay, ładnie się goi, tak musi być -psa po prostu boli. Dostał zastrzyk znieczulający, dzięki któremu był spokój na 30 minut. Pies ciągle wyje, całe dnie, całe noce - nadchodzi niedziela (22 września) - znów dzwonimy do weterynarza, mówimy że pies cierpi, boli go, wyje - a lekarz na to "Tak musi być. Świeżo po operacji. Był krojony to musi go boleć.". Telefon miał miejsce po godzinie 10.00. Godzina 13:54 pies zaczyna mdleć, wyje coraz ciszej, zamknął oczy, zgon. Ciągle do mnie to nie dociera. Czy to było zaniedbanie ze strony weterynarza czy po prostu reaguje emocjonalnie i nie dociera do mnie, że to miało prawo się wydarzyć? Co warto dodać to Jackuś po śmierci był zimny, ale noga która była operowana - była gorąca. Jackie [*] 22.09.2019
×
×
  • Create New...