Jump to content
Dogomania

scoooty

Members
  • Content Count

    7
  • Joined

  • Last visited

  1. scoooty

    Każdy spacer, to męka i stres

    Dziękuje pięknie za porady, będziemy ćwiczyć!
  2. scoooty

    Każdy spacer, to męka i stres

    Dziękuje za te słowa <3 Dzisiaj było jakby trochę lepiej po południu. Pochodziłyśmy sobie, daleko od wszystkiego co straszne, około 1,5 h, w międzyczasie przewijało się kilka osób i dość ładnie reagowała na słowo "zostaw", a potem na odbieganie razem. Najfajniejsza jest wtedy kiedy chodzi na całej długości tej 5 m taśmy i przychodzi na zawołanie, albo chętnie biegnie razem ze mną, wtedy czuję z nią jakieś połączenie.
  3. scoooty

    Każdy spacer, to męka i stres

    Dziękuję, zaraz poczytam :) Pewnie jest to do wypracowania, 1000 powtórzeń, że człowieka nie należy obszczekać, bo nie niesie nic złego... Tylko jest to bardzo frustrujące, muszę jej zakładać kaganiec dla własnego i ludzi bezpieczeństwa i non stop muszę pilnować, aby ignorowała każdego, kto nadchodzi, a większość osób odskakuje w bok ze strachem niż chce podjąć współpracę i dać się obwąchać. Ona dobrze wie kto jest znajomy, a kto nie, więc szybko załapie, że kogoś już kojarzy i nie jest potencjalnym zbrodniarzem. Co do windy - nadal boi się chodzić po schodach i klatce schodowej, robi to, ale w przerażeniu, tak więc windy na razie nie próbowałam. No i co, jeżeli ktoś w tej windzie będzie, a nie daj boże z psem... A zapsioną okolicę mamy bardzo. Właśnie ktoś mi mówił o zylkene, tylko, że jest strasznie drogi tak na pierwszy rzut oka. Muszę bardziej zgłębić temat. Na pewno mądrego i doświadczonego w tego typu sytuacjach behawiorystę musimy poszukać. Martwię się też, zwyczajnie po ludzku, o siebie, czy ja sama temu podołam, czy ten nieustanny stres, napięcie i szarpanina nie odbiją się na mnie, bo nie bardzo ma mnie kto wesprzeć z domowników. Co do chodzenia - rzadko kiedy chodzę ścieżkami, tylko wtedy kiedy widzę, że jest pusto za mną i na horyzoncie. Często chodzimy trawnikami, z daleka od ścieżek i stamtąd obserwujemy "obiekty" - ludzi, psy. Wtedy ją uspokajam, obserwuje i widać, że chciała by wyrwać, ale się tonuje. Do czasu, aż obiekt nie zbliża się zbyt blisko...
  4. scoooty

    Każdy spacer, to męka i stres

    No tak, to prawda. Zrobię dzisiaj długi spacer, wezmę ze sobą może taki aport ze sznurka, można tam upchnąć małe kosteczki, które lubi. I tak jak mówię, wobec psów jeszcze jestem w stanie nad nią zapanować, lepiej lub gorzej, to zależy. Jednak jeśli chodzi o ludzi, to jest horror, muszę się rozglądać, czy aby na pewno nikt nie idzie zbyt blisko, albo jak spotkam kogoś na klatce to też się zatrzymuje, próbuje uspokoić, ale ona ujada i tak na 11 pięter, w kagańcu, czy bez. Czasem ktoś bardziej odważny przystanie i po moim krótkim prologu decyduje się dać się jej obwąchać, ale większość ludzi jest tym psem przestraszona i nie ma się co dziwić. Dlatego te spacery są tak traumatyczne, bo nie sposób uniknąć ludzi. To samo się tyczy samochodów i strasznie ciężko mieć w sobie niesłabnący optymizm względem tego jej szkolenia i siłę tytana, bo 3-4 spacery dziennie wyczerpują mnie jak ciężki trening na siłowni, a poprawa jest znikoma i bardzo wybiórcza.
  5. scoooty

    Każdy spacer, to męka i stres

    Tak, jestem z Warszawy. Hmm tylko obawiam się, że nie zaspokoję jej potrzeby ruchu tym dreptaniem na smyczy, jak biega z psami widać w niej energię i od razu ma szczęśliwą mordkę, w domu traci entuzjazm, choć może już za dużo ją obserwuje i przesadzam... Jeśli chodzi o przekierowanie uwagi, to ona nie traktuje zabawek jako atrakcję, rzadko kiedy udaje mi się zachęcić ją w domu do zabawy. Najlepiej, w sytuacjach konfrontacji, kiedy obiekt nie jest zbyt blisko, działa zmiana kierunku i wtedy np. "w nagrodę" biegnę z nią kawałek i widać, że sprawia jej to radość.
  6. scoooty

    Każdy spacer, to męka i stres

    Ją średnio interesuje jedzenie na zewnątrz, czasem jak jej się udaje podejść do mnie na zawołanie, to wtedy zjada smaczka, ale ilość bodźców i zapachów przewyższa wartością jakiekolwiek jedzenie. Najbardziej dokuczliwa jest jej chęć obszczekania każdego w zasięgu wzroku i ciągniecie mnie w stronę ludzi, czasem fizycznie nie daje rady ustać na własnych nogach. Słyszę wokół rady, że powinnam stosować kolczatkę, ale ona na każde moje bardziej siłowe reakcje reaguje jeszcze większym nakręceniem i skutek jest odwrotny.
  7. scoooty

    Każdy spacer, to męka i stres

    Od dwóch tygodni opiekuję się suczką, ok. 2 letnią, adoptowaną ze schroniska. Gabarytowo i wizualnie wygląda na miks labradora i owczarka niemieckiego. Nic o niej nie wiem oprócz tego, że znaleziono ją w parku, w schronisku była krótko więc nie zdążyli jej dogłębnie poznać, tylko tamtejszy weterynarz pokusił się o lakoniczne określenie jej "wariatką". W domu pies jest aniołem - przesypia noce, nie zdarzyło jej się załatwić, nie robi niepotrzebnego hałasu, lubi każdego z domowników, pozwala sobie "manipulować" przy misce (dorzucić coś, przesunąć ją), odebrać zabawkę. Jednak ogromny problem stanowi świat zewnętrzny. Problemy pojawiły się już od pierwszego wspólnego spaceru po adopcji, jednak przez te pierwsze dni zrzucałam to na karb stresu, nowej sytuacji, może niedoświadczenia w chodzeniu na smyczy, ale im dalej tym robi się gorzej. Pies jest silny, suka waży teraz ok. 28 kg., czasem jest mi ciężko ją utrzymać, każdy spacer to moje maksymalne skupienie, muszę być o krok przed nią i rozglądać się, czy aby na pewno nie biegnie za nami jakiś biegacz, albo nie nadjeżdża rower. Wszystko, co się porusza, co jest nieznane, co ma ogon i cztery łapy, albo dwa koła, albo cztery - jest wyrywaniem do przodu. Suka wyrywa ze szczekaniem, często na dwóch łapach wręcz - do przechodniów, na widok dziecięcego wózka, na widok kruków, kaczek, rowerów, ludzi z walizką, dzieci, samochodów i psów oczywiście. Przy bardzo ruchliwej ulicy, do której zbliżyłyśmy się ostatnio dla testu, żeby sprawdzić jej reakcje - chowa ogon w tyłek i widać, że się boi hałasu samochodów, ale są też momenty, kiedy specjalnie biegnie do auta (ostatnio podczas gonitwy z psami, odłączyła się i specjalnie pobiegła za dużym suvem - rzucała się z zębami do przednich kół, wyskakiwała przed maskę, była to na szczęście powolna dróżka gruntowa, a wł. samochodu wykazał się rozsądkiem i się zatrzymał, po iluś wołaniach wróciła do mnie sama z pokorą). Często widząc światła auta już się na niego "czai". Mówię jej wtedy mocne, ale spokojne "zostaw" - czasem udaje jej się stracić dzięki tej komendzie skupienie i odpuszcza samochód, ale najczęściej dzieje się to wtedy kiedy jest on stosunkowo daleko od nas, im jest bliżej - tym staje się bardziej głucha i zafiksowana na realizacji swojego celu. To samo dotyczy psów. Kiedy widzi jakiegoś psa, nawet z 50 m zaczyna się pisk, piruety na smyczy, szczekanie i ciągnięcie. Chodzę z nią teraz na 5 m lince, której długość dozuję, staram się, aby była luźna, co jakiś czas wołam ją do siebie i daje nagrodę. Kiedy widzę na horyzoncie psa również mówię "zostaw", ale ona wtedy głuchnie - napręża się, merda ogonem, czasem jeży sierść, podnieca i już jest w swoim świecie, kucam wtedy i staram się zainteresować ją sobą, mówię do niej uspokajająco - rzadko kiedy się udaje, a kiedy się uda i np. zmienimy kierunek - suka i tak piszczy żałośnie, że nie udało jej się podejść i ogląda się za psem. Do tej pory nie znałam jej relacji z psami i nie wiedziałam jakiej reakcji się spodziewać, dlatego dopiero kilka dni temu poznałam ją z suczkami mojego znajomego, wtedy też pierwszy raz spuściłam ją ze smyczy - bawiły się przez 2 godziny, dzisiaj tak samo + spotkałyśmy dzisiaj dużo przypadkowych psów i było w porządku. Nie wiem jak zachowuje się bez smyczy w stosunku do rowerów, czy biegaczy, bo chodzimy z psami na odległe od drogi tereny, ale podejrzewam, że tak samo jak w stosunku do samochodów, za którym ostatnio się puściła. Natomiast, kiedy nie jest na smyczy, to obcy ludzie nie są obszczekiwani (chociaż może dlatego, że zajęta jest psami i ganianiem z nimi). Dzięki tym znajomym psom mogę ją nareszcie porządnie wybiegać - jest to ok 1,5h szaleństw dziennie plus 2x półgodzinne spacery, ale wbrew temu co sobie wyobrażałam, to "spuszczenie" z niej energii podczas tych szaleństw wcale jej nie pomaga i nadal rwie się do zwierząt i nadal wszystko obszczekuje. Zaczęłam zakładać jej kaganiec, bo nie sposób wyjść z klatki bloku rano, kiedy jest duży ruch, bo ludzie zwyczajnie się jej boją i jest to nieodpowiedzialne, żeby tak duży pies skakał ujadając na każdego przechodnia. Pies chodzi w szelkach, na obroży tak szarpała, że aż miała siny język, dusiła się i była jeszcze mniej sterowalna. Przed wyjściem przez każde drzwi każe jej czekać, bo ma skłonność do drapania łapą w drzwi ze zniecierpliwienia, przed podaniem miski musi usiąść i siada, ale kiedy mówię siad przy zakładaniu szelek, albo przy innej okoliczności w domu, to suka się kładzie na plecy, tylko kiedy mam coś super smacznego, to potrafi normalnie usiąść i nie kłaść się brzuchem do góry. Ma kilka zabawek, ale w jej głowie termin zabawy nie funkcjonuje najlepiej - czasem pobawi się ze mną piłką - wygląda wtedy jak szczeniak, albo sznurem, ale niechętnie odpowiada na moje propozycje zabawy, w domu jest w ogóle dość apatyczna, jedynie na jedzenie wyraźnie się ożywia, albo po wyjściu na dwór. Podejrzewam, bo tylko tyle mogę, że była psem, który biegał samopas, po ogrodzonym terenie i stróżowała, a cały świat zewnętrzny za tym płotem był przerażający i nadający się tylko do wściekłego obszczekania, człowieka miała obok siebie, bo nie ma urazu w stosunku do ludzi, ale ten człowiek niczego jej nie nauczył. Rozważam oczywiście konsultację z behawiorystą, najlepiej takim, który specjalizuje się w tego typu wyskokach, ale w międzyczasie zastanawiam się, czy każdy taki przypadek jest uleczalny, ile może człowiek naprawić i zdiagnozować i jakim kosztem, bo oprócz psa trzeba mieć też na uwadze własną kondycję i nie można w tym szaleństwie zajechać się na śmierć... Bardzo się staram z nią pracować każdego dnia, ale zwyczajnie i po ludzku - tracę siłę każdego spaceru, po którym mam spuchnięte dłonie od przeciągającej się przez nie smyczy i zakwasy w ramionach...Złoszczę się na ludzi, którzy olali jej socjalizację, złoszczę się na siebie i na tego bogu ducha winnego psa, w którego wstępuje demon poza drzwiami mieszkania, a potem ten sam pies patrzy na mnie w domu z taką delikatnością i jakimś smutkiem w oczach, że pęka mi serce od tego dysonansu, który w sobie mam...
×