Juz w niedziele wieczorem ok 22.czulam,ze COS sie zbliza...to cos to byl skurcz,niby znajomy ale jakby calkiem inny....Mielismy gosci,wiec nie mowilam nic ale jakos chyba zaczelam swiecic albo co bo B. sie zorientowal....
Poszlismy spac ok polnocy a jakas godzine pozniej obudzil mnie kolejny skurcz,spokojnie lezalam,wpatrzona w ciemnosc i czekalam....Po pol godzinie kolejny....I wtedy juz wiedzialam,ze to wlasnie dzis na swiat przyjdzie NASZ syn,nasz wyczekany,wymodlony cud....
Ok.2ej w nocy wstalam,bo wiedzialam ze juz nie zasne,zrobilam sobie herbate,naszykowalam zegarek,kartke,dlugopis,przykrylam sie kocem,wzielam ksiazke i czekalam....Od 4ej rano skurcze mialam juz co 10 minut,chodzilam po mieszkaniu,oddychalam jak kaza madrzy ludzie,przed 7a obudzilam delikatnie B. Powiedzialam,mu zeby sie pomalu budzil bo to na pewno nie falszywy alarm i chcialabym aby ze mna byl,zeby potrzymal za reke i masowal krzyz....Skurcze stawaly sie coraz silniejsze ale ciagle do wytrzymania,najgorsze byly te bole krzyzowe,pomagalo mi zgiecie sie,oparcie o sofe,blat,parapet i ucisk B.Zaparlam sie,ze do szpitala pojedziemy dopiero jak skurcze beda co 5 minut,bo wolalam sobie stekac w zaciszu domowym....To bylo takie dziwne....Nawet sie chyba nie balam,czulam sie taka spokojna....Tylko ten bol...ale mimo wszystko,udalo mi sie nawet zasnac na pol godzinki kiedy B. masowal mi plecy....Skurcze byly coraz czestsze,co 8 minut,co 7 minut...Nagle ok.13ej zaczely sie powtarzac co dwie minuty..tak wiec juz nie bylo na co czekac tylko krotki telefon do poloznej i jazda....I chyba zaczely mi sie trzasc nogi....
Dotarlismy na porodowke,polozna juz na nas czekala,sala byla przygotowana,palily sie swiece,grala muzyka...I juz za chwilke pierwsze badanie i pierwszy szok! I moj i poloznej,bo zapieralam sie nogami caly czas ,ze chce rodzic ze znieczuleniem a tu okazuje sie,ze dojechalam do szpitala z rozwarciem na prawie 7cm!!!Czyli mowiac krotko: podobno najgorsze za mna....Tak wiec zrezygnowalam z ZZO...Podpieli mnie pod bezprzewodowe KTG,zazadalismy herbaty i wyslalam B. na papierosa...Bo potem juz bym go nie puscila....
I sie zaczelo....Skurcze jeden za drugim,zmiana pozycji co dwie minuty,sikanie co chwila i bo,bol,bol....ciagle jednak wydawalo mi sie,ze powinno bolec bardziej...Skurcze krzyzowe owszem byly okropne,ale te takie ''z brzucha'' faktycznie dawalo sie rade zniesc i jakby regulowac za pomoca oddechu...Moj dobry ,kochany,wspanialy maz byl ciagle ze mna....On,ktory nie znosi widoku krwi,nie toleruje ''zapaszkow'',nienawidzi szpitali....Chodzil,ze mna do toalety,zmienial wklady,masowal,prowadzi za reke,podawal wode,zabieral wode i milczal kiedy sie na nim wyzywalam...Glaskal czule,podawal rece do miazdzenia...Calowal i odgarnial wlosy z czola....Po prostu BYL,byl jak nigdy dotad....Krotko przed 17ta,badanie i te slowa piekne,cudowne: 9cm,jeszcze chwilka i maly bedzie z Wami....Na tym etapie bol byl juz obecny bez przerwy,co jakis czas stawal sie silniejszy ale praktycznie nie odpuszczal nawet na chwile...w koncu poczulam ze ..MUSZE,MUSZE przec,dostalam pozwolenie i....lekka ulga,ktora na mnie splynela,szybko zostala zastapiona blyskawica bolu nie do wytrzymania....Padlam na kolana,opierajac sie rekami o lozko i parlam...i parlam....parlam....Nie czulam zadnej ulgi,czulam tylko wszechogarniajacy bol...Bolalo mnie chyba wszystko....Zdazylam zauwazyc spojrzenia wymieniane przez polozna i lekarke,i poczulam sie zdenerwowana....Juz czulam ze cos idzie nie tak....Lekarka,kazala mi sie polozyc do badania....Badala i badala i badala....po badaniu wyszla na chwilke,kiedy wrocila miala bardzo powazna twarz i poinformowala nas,ze wezwala szefa na konsultacje....Wtedy zaczelam sie bac,pomimo tego ze widzialam caly czas,ze akcja serca Okrusia jest w porzadku,to zaczelam sie trzasc ze strachu....Tak cholernie sie balam o niego.....Po chwili,przyszedl szef wraz ze swoim zastepca,zbadal mnie i uslyszalam,ze jest problem....Rozwarcie w dalszym ciagu na 9 cm,maly zaklinowany w kanale i niestety obrocony glowka w bok....Kazali mi polozyc sie na boku,podpieli oxy i kazali przec....To bylo ok 18ej....Parlam jak moglam najmocniej,zeby pomoc malemu...Niestety....ani drgnal...W koncu nie wiem nawet o ktorej,bo stracilismy juz rachube czasu szef podjal decyzje,ze nalezy malemu pomoc....Obrocic glowke kleszczami i jesli to nie pomoze to wyciagnac za pomoca proznociagu....Ja bylam juz tak slaba,ze szeptalam tylko...nie dam rady...nie dam rady....nie mam sily....pomozcie mu....ja nie dam rady....Nagle wokol nas zrobil sie tlum,dwie polozne,trzech lekarzy,z tylu za mna B.Zmiana pozycji lozka na zwykle ginekologiczne,szybkie przebranie sie lekarzy,brzek narzedzi,powaga na twarzach wszystkich.....
Nie jestem w stanie opisac bolu,ktory czulam....Nie ma takich slow....Nie ma tez slow,ktorymi moglabym wyrazic wdziecznosc mojemu mezowi....Bylam pewna,ze teraz juz wyjdzie....chyba nawet nie mialabym do niego zalu o to...Zostal,trzymal za rece,odrywal moje wlasne palce od moich zebow....Bolalo tak,ze nie kontrolowalam tego co robie i usilowalam sobie odgryzc palce....B.pilnowal mojego oddychania,kazal zamykac oczy i buzie kiedy parlam..mial przy tym taki spokoj w glosie,jakby byl ze stali...Lekarz wcisnal we mnie kleszcze,musial oczywiscie naciac krocze ale tego to juz nie czulam,obrocil malego ale nie dalo to za wiele...parlam ale maly stal w miejscu....Parlam bez konca zdawalo mi sie,i zdawalo mi sie tez z mych ust wydobywa sie ryk...Myslalam,ze wrzeszczalam bez przerwy,ale potem B. powiedzial mi ,ze tak naprawde ryknelam tylko dwa razy...Wlasciwie to byl skowyt....Zaczelam tracic swiadomosc i nagle w mojej glowie pojawila sie mysl,ze umre....ze strace zycie w zamian dajac je mojemu synowi....i wtedy poczulam silne szarpniecie,taka jakby ulge i na moim brzuchu polozono mi naszego melgo synka...Nie oddychal...Zabrano go zaraz i za kilka sekund uslyszalam ten najwspanialszy pierwszy krzyk.....Przyniesiono go raz jesczze...Trzymalam mojego meza za reke i powtarzalam jak oszalala : dziekuje,dziekuje,dziekuje....Nie wiem za co,nie wiem komu ale dziekowalam bez konca.....Calowalam glowke mojego synka,dotykalam malenkich raczek i nie wierzylam,ze tak cudowna istota wyszla z mojego ciala...Ale tak naprawde w tym momencie czulam przede wszystkim ogromna ulge,ze to koniec...B. wraz z polozna zajeli sie Alexem a mna zajeli sie lekarze,roboty bylo na dwie godziny....Jestem popekana na zewnatrz,w srodku,wzdluz i w poprzek....
Alex przyszedl na swiat o godz. 20:40 11 stycznia 2010 roku,wazyl dokladnie 3830 i mial 51 cm...Po tym nielatwym rowniez dla niego przyjsciu na swiat ma slad na glowie w postaci wielkiego guza...Mam ciagle nadzieje,ze nie bedzie zadnych komlikacji zdrowotnych,dzis idziemy na USG glowki....Prosze,kto moze niech pomodli sie aby obylo sie bez problemow...Ten guz sie wchlonie ale czy uzycie tych narzedzi,ten stres nie odbije sie na jego zdrowiu????
Na razie nasz synek jest spokojnym spioszkiem,zarloczkiem,ktory wrzeszczy co sil w plucach tylko jak jest glodny...czyli co jakies 2-3 a bywa i 4 godziny.....
Patrze na niego i ciagle nie wierze....ze mozna tak...ze mozna tak bezwarunkowo,ze mozna z usmiechem i jednoczesnie lzami kochac....
Patrze na mojego meza i widze prawdziwego mezczyzne..ale widze tez jak on patrzy na mnie...ma w oczach podziw...Ja podziwiam jego i jestem z niego tak dumna,ze brak mi slow....Rozmawiamy wedle zalecen poloznej o naszym porodzie....Musimy,bo widze ze B. przezywa to strasznie,nie mowi nic ale to nie ten sam facet co przed tygodniem....O naszym porodzie mowic sie bedzie jeszcze dlugo w tym szpitalu...My wiemy jedno...naprawde : nigdy wiecej........