Jump to content
Dogomania
INA

KTO MIAŁ LUB MA PSA CHOREGO NA NERKI ?

Recommended Posts

Dziś też nasz ,,nowy,,psiak wyszedł z synem na pierwszy spacer,no i gdzie poszli?w miejsce gdzie chodzili z Warim...Widziałam ,że syn płakał.Nie da się zapomnieć choćby bardzo się tego chciało,a może my wcale nie chcemy...

Czytam Wasze wpisy dziewczyny i serce się kroi,bo nasze psiaki miały na prawdę kochające domki i oddanych właścicieli,a i tak musiałyśmy przegrać tę walkę.

Pytałam vetki czy mogłam zapobiec tej chorobie gdybym robiła badania krwi co jakiś czas,bo przecież inaczej nie jesteśmy wstanie zauważyć choroby;ukazuje się nam kiedy jest już zaawansowana i co się okazało;że badania owszem ,mogą coś tam wykazać jakieś anomalie,które wskazywały by na ,,nerki,,ale ten typ choroby ujawnia się nagle i jest nieprzewidywalny w skutkach(czasowo).Jeśli chorobę wykryje się we wczesnym stadium,wtedy oczywiście natychmiast przechodzi się na dietę nerkowa ,ale skutki tej choroby są takie same,czyli być może śmierć przesunieta jest w czasie,choć też nie wiadomo,bo tak na prawdę dieta veterynaryjna bardzo wyniszcza organizm....

Share this post


Link to post
Share on other sites

Pestko,

ja też bardzo często zastanawiam się co przegapiłam i kiedy tak naprawdę mój Szaman zachorował... przez lata do weta chodziliśmy tylko na szczepienia, zawsze się chwaliłam, że mój pies to okaz zdrowia... niestety, gdy miał jakoś 8-9 lat zaczął mieć krwotoki z dróg moczowych... nie jakieś tam nachlapanych kilka kropek, ale kałuże, które przyprawiały mnie o zawał serca.... natychmiast byliśmy u weta, okazało się, ze na prostacie ma cysty. Dostawał antybiotyk i inne leki, krwotoki znikały... ale przeważnie po niedługim czasie sytuacja się powtarzała. Potem była historia z odparzonymi jajkami... Szaman przysnął sobie na balkonie w słońcu i poparzył jądra... znowu wet, leki, maść do smarowania, okłady... niestety w jednym jądrze zrobił się wodniak i konieczna była kastracja. Wszystko ładnie się zagoiło, ale niestety po 3 miesiącach Szaman zaczął popuszczać mocz. Znowu weci, badania... okazało się, że jedyną rzeczą, która pomagała Szamanowi na nietrzymanie moczu były zastrzyki z testosteronu... żeby już go nie stresować ciągłymi wizytami u weta - nauczyłam się robić je sama. I jeszcze jedna rzecz - nie pamiętam od którego momentu, ale Szaman miał bardzo wysoki poziom białka w moczu. Hmmm...może zbadaliśmy to, gdy zaczął popuszczać? nie pamiętam.. :( cokolwiek byśmy nie robili - nie dawało się zbić tego białka. Próbowaliśmy leczyć to popuszczanie - i nagle po lekach przeciwzapalnych Szaman po prostu zemdlał mi na spacerze... ratowaliśmy go tydzień.... okazało się, że ma 1/3 parametrów krwi...po prostu wykrwawił się do środka - do żołądka... weci stwierdzili, że to cud, że żyje... nic po nim nie było widać, aż po prostu zemdlał...  znowu leki, masa zastrzyków, transfuzja krwi... odzyskaliśmy go, ale wtedy było już wiadomo, że wyniki nerek są kiepskie... wtedy pierwszy raz usłyszałam o niewydolności nerek.... jednak weci dawali nadzieję, mówili, że najważniejsza jest dieta nerkowa, że jest szansa, że nie jest to przewlekła niewydolność... wyniki poprawiły się minimalnie.... ale wynik białka w moczu nie drgnął... nadal brakowało na niego skali... tak było do końca, mimo diety nerkowej... potem było tylko gorzej...

reasumując: nie wiem czy na nerki wpłynęła narkoza podczas kastracji (miał wtedy 9,5 roku), czy może był to skutek tej "zapaści", którą miał po lekach przeciwzapalnych... nie wiem kiedy się to zaczęło. Nie pamiętam też czy kiedykolwiek wcześniej badałam mu kreatyninę i mocznik... nie mam siły zerknąć w jego książeczkę... Mam sobie bardzo dużo do zarzucenia, ale tak chyba ma każdy, kto czuje się odpowiedzialny za czyjeś życie... i śmierć...  Z pacjenta, który bywał u weta raz do roku, Szaman stał się stałym bywalcem... czasem nawet mąż mówił mi, że chyba przesadzam, że ciągle wożę tam Szamana... cóż... sama przed sobą się usprawiedliwiam, że opiekowałam się nim naprawdę dobrze, a że finał był taki a nie inny... kto by to przewidział... zwłaszcza, że uważam, że jeździłam do najlepszych wetów w moim mieście i nie raz czekałam po 2 h w kolejce, żeby zbadali Szamana..

cóż... chyba muszę zaakceptować to, że myśl, że jednak nie zrobiłam wszystkiego już zawsze będzie mi towarzyszyć... a może z czasem to minie... na chwilę obecną tak właśnie myślę i każdą komórką odczuwam brak mojego psiego Przyjaciela...

Share this post


Link to post
Share on other sites

Szamanko...wiem,co czujesz.Każdy ,kto stracił Przyjaciela,Obrońcę...to tak jakby stracił pół siebie.Ja sie zawsze pocieszam tym,że dla Nich - to lepiej ,ze to my Ich żegnamy,dramat jest nieporównywalnie większy,kiedy to Im zabraknie nas...

(Szamanko - b.potrzebuję się z Tobą skontaktować,proszę - może napisz do mnie,podaj jakiś zwrotrny adres,bo do Ciebie napisać nie można.Pozdrawiam,M.)

Share this post


Link to post
Share on other sites

Bou, coś w tym jest... ostatnio spotkałam się z sytuacją, gdy u znajomych trzeba było uśpić psa.... i nikt z domowników nie chciał z nim iść do weterynarza... rozmawiałam z właścicielką, ale było nieugięta, nie chciała i już... tak samo jej mąż i córka...  tłumaczyłam, że to przecież członek ich rodziny, że są mu to winni... oczywiście oni go bardzo kochali, i chyba z tej miłości żadne z nich nie chciało iść do lecznicy... wysłali zięcia... którego ten pies się bał i czuł przed nim respekt... ale nawet zięć stchórzył i nie wszedł do gabinetu.... dla mnie to straszne... i choć koszmarny był dla mnie tamten dzień, cieszę się (o ile można tak powiedzieć), że Szaman odszedł w moich ramionach....

bou, wysłałam priv, miałam przepełnioną skrzynkę..

Share this post


Link to post
Share on other sites

SZAMANKO u nas nerki odezwały się nagle.Właściwie nie umieliśmy uwierzyć w to ,że pies jest tak chory,bo przecież ,,TYLKO,,nie miał apetytu i był ospały,a trwało to tylko 2 dni i byliśmy u veta.Nie chorował ,nie brał narkozy...Nie wiem....im dłu żej o tym wszystkim myślę to nachodzą mnie różne myśli;z myślą ,że pies został sprzedany z hodowli już z jakimiś wadami,ale....na to nie mam dowodów i nie mam siły rozgrzebywać tej sytuacji,bo z tego co wiem hodowla nie ma już matki naszego psa(wycofana z hodowli) a co z reproduktorem...hmm nie chce grzebać.Fakt jest taki ,ze pis jest (był) zbyt młody na tak chore nerki...

Share this post


Link to post
Share on other sites

Dziewczyny

Z moim Guciem od szczeniaczka ciągle jeździłam do wera, ktory był kolegą mojego brata. To usuwanie mleczaków i przy okazji zauważona narośl na dziąśle, to częste sztywnienia całego ciała( wyglądało to jak objawy padaczkowe), które pojawiały się bardzo często. Wet myślał że to jakiś uraz po po jakimś upadku. Zrobiono Guciowi na moje polecenie wszystkie badania łącznie z prześwietleniem i okazało się że to niby depresja. Antydepresanty pomagały, brał je długo. Wet powiedział mojemu braty że jestem histeryczką źe z byle czym do niego przyjeżdżam. Później jakiś czas było dobrze, ale co dwa miesiące pojawiały się wymioty, boegunka. Wet znów że przesadzam. Mówiłam że Guciu więcej pije i bardzo dużo siusia, ale nie zrobił żadnych wyników, a ja myślałam że faktycznie jestem przewrażliwiona. Kiedy rok temu stan Gucia praktycznie z dnia na dzień zrobił się krytyczny zrobiono mu badania i było wiadomo że to pnn - a przecież mówiono mi że przesadzam. Udało się jednak wyprowadzić Gucia z tego na 10 miesięcy. W styczniu doszło zapalenie trzustki a potem zapalenie przyzębia (okropne). Jednego nie mogę sobie wybaczyć, że byłam tak głupia że postawiona przez weta pod "mur" , zgodziłam się na usunięcie ząbków w stanie w jakim był. Wet mi powiedział- chce pani żeby umarł z głodu- jak mogłam tego chcieć? Powiedziałam że jest za słaby i usłyszałam - jak pani tego nie zrobi to będzie słaby. Okłamano mnie zamiast narkozy wziewnej na jaką się umówiłam dostał infuzyjną. Po operacji wyziębili go tak że do śmierci nie unormowała mu temperatura. Poddali go wolniejszej eutanazji, a ja zgadzając się na tą operację też się do tego przyczyniłam. Nie dosyć, że cierpiał z powodu pnn to jeszcze taki ból po operacji. Nigdy sobie tego nie wybaczę , nie potrafię:,,,(

Share this post


Link to post
Share on other sites

Marto to straszne co piszesz..Nie miałam pojęcia jak bardzo Twój przyjaciel cierpiał , Ty razem z nim.Ufamy naszym vetom(sprawdzonym),ale jak widać to my ,,rozdajemy karty,,i to my musimy żądać ,wymagać i upierać się nad zrobieniem badań dodatkowych.Poza tym przecież vet nie robi tego za darmo.Płacimy olbrzymie pieniądze w gabinetach,aby naszym zwierzętom było dobrze.Dobrze ,ze napisałaś tego posta.To pomoże wszystkim nam być bardziej czujnym i jeśli tylko coś nam ,,nie gra,,uciekajmy jak najprędzej.Ja mam w mojej miejscowości veterynarię,do której absolutnie nikt mnie już nie zaciągnie,ze względu na traktowanie zwierżat,włąścicieli i niewykwalifikowaną kadrę,która nie ma zielonego pojęcia O NICZYM.14 km. ode mnie jest trzech vetów.Byłam u każdego z kotami i nigdy więcej.....Masówka i zawracanie d....lekarzowi(jak to wyczułam) Jeżdzę 120 km.Vetka wyciagneła mi kociaka z chorobą nerek i przewodu moczowego i mimo ,że nie udało jej się wyleczyć Wariego;ona i jej zespół bardzo walczyli o niego.wspierali nas,ściągali najróżniejsze specyfiki,konsultowali badania,poza tym na każde złe samopoczucie psa,byli gotowi(nawet w niedziele) nas przyjąć.Jechałam uśpić Wariego tyle km...bo nigdy w życiu nie dała bym zrobić tego innemu vetowi.Vetka nawet słyszeć nie chiała o tym ,że chcę zapłacić za eutanazję.Naszego nowego psiaka powierzyłam jej także,bo jej ufam i wiem,że zrobi wszystko co najlepsze dla psa.Dodatkowo zawsze mogę się z nią skonsultować i telefoniczniei meilowo i przez centrum vet. na fb. Co mnie zawsze mile zaskakiwało to to,że ta vetka zawsze kiedy nie może odebrać tel.bo ma pacjenta;oddzwania sama.Naogladałam się i nasłuchałam w veterynarii sporo kiedy tak siedziałam dzień w dzień po 4 godziny na kroplówkach,a do kliniki przychodziły co róz to inne przypadki i za każdym razem odnosiła się ciepło i z oddaniem...

Share this post


Link to post
Share on other sites

Pestko , prawda- są weci z prawdziwego powołania, którym zależy  na zdrowiu naszych pupili i na naszym i wykonują swoją pracę  z wielkim sercem a nie z wielką kieszenią. My , którzy kochamy zwierzęta  nie patrzymy na nie jak na przedmiot, tylko jak na najwierniejszych, oddanych nam przyjaciół .Nie liczymy się  wtedy z pieniędzmi, bo miłości  nie da się  na nie przeliczać ,a to właśnie  w nieuczciwy sposób jest wykorzystywane. Sama się o tym przekonałam i dlatego przestrzegam innych, żeby nie zostali tak omotani jak ja.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Lady Ji,Szamanko,Marto....Jesteście bardzo dzielnymi dziewczynami.Serce się kroi jak się czyta te NASZE -WASZE wpisy,pełne cierpirnia...

Minął miesiąc,a nam nadal ciężko...Wszystko nam przypomina Wariego.W radio leciała piosenka  ,,gdzie jesteś teraz,,..kiedy już wracaliśmy ,,SAMI,,choć jeszcze z nim...Za każdym razem kiedy leci ten kawałek w radio serce nam się rozrywa ponownie...

 

Share this post


Link to post
Share on other sites

A ja doskonale pamiętam ostatnią kroplówkę Szamana... gdy siedziałam z nim na zapleczu u weta, a w tle leciała piosenka, w której refren brzmiał "how deep is your love?".... siedziałam tam, patrzyłam na mojego przyjaciela, łzy kapały mi na spodnie, a w głowie coraz głośniej huczały właśnie te słowa... czy kocham go tak bardzo, by pozwolić mu odejść...

 

Share this post


Link to post
Share on other sites

U mnie dzisiaj mija 81 dni jak odeszło moje SZCZĘŚCIE. Mówi się - Czas leczy rany - nie prawda ,czas je pogłębia:(  coraz gorsza jest ta cisza, a  wróbelki, żabki, kwiatuszki mówią, że już nikt na nie nie reaguje:( nie pobiegnie za piłeczką i czule nie przywita:( 

Share this post


Link to post
Share on other sites
O 9.05.2016 o 11:51, Marta E napisał:

U mnie dzisiaj mija 81 dni jak odeszło moje SZCZĘŚCIE. Mówi się - Czas leczy rany - nie prawda ,czas je pogłębia:(  coraz gorsza jest ta cisza, a  wróbelki, żabki, kwiatuszki mówią, że już nikt na nie nie reaguje:( nie pobiegnie za piłeczką i czule nie przywita:( 

Marta,

u mnie jest dokładnie tak samo... :( Mamy wiosnę, wszystko zbudziło się do życia.... ale wiosna nie cieszy tak, jak kiedyś... ostatnio byłam z mężem na spacerze, on zachwycał się zielenią, słońcem i stwierdził, że mamy piękną wiosnę.. odpowiedziałam tylko: "a Szamanek tego nie widzi.... nie doczekał"... smutno, strasznie smutno... nie wiem czy kiedyś przestanie boleć... tęsknię nieustannie... ;(

Share this post


Link to post
Share on other sites

Nie wiem czy czas leczy rany..być może lekko uciszy.Mówi się ,że najlepszym lekiem na stratę przyjaciela jest drugi psiak.To prawda,może to nie lek,bo nie zapomina się nigdy,każdy ruch ,każde zachowanie nowego psiaka przypomina nam o Warim.Ciągle go porównujemy,co robi on ,a czego nie robił Wari.Kiedy jest komuś z nas smutno i ukrywamy lecące łzy..wiadomo,że to WARI...Nowego ,,malucha,,uczymy tego samego,wychowujemy go tak samo.Skutecznie zawraca nam głowe i czas brojąc niemożliwie.Chwilami mi to przeszkadza,że nie jest taki jak Wari,bo nigdy nie będzie,ale taka jest nasza terapia.Nie zniosła bym pustego kojca na ogrodzie,pustego kocyka w domu.Nadal nie moge uwierzyć ,że nasza przygoda i nasze życie z Warim tak szybko i po tak bolesnych przejściach musiało się zakończyć.Nie tak przecież miało być...:(

A to nasze obecne 4 łapy szczęścia.Ma 3m-ce i waży 19kg

20160429_201650.jpg

Share this post


Link to post
Share on other sites

Pestko,

cudna ta Wasza pocieszka :) 19 kg i 3 miesiące?? wow!!! toż to kolos będzie :))  mój Szaman w porywach ważył jakieś 25 - 26 kg.

wierzę, że nowy psiak to najlepszy lek na złamane serce psiarza... gdyby to ode mnie zależało - już dawno miałabym nowego przyjaciela... niestety w moim przypadku to niemożliwe.. :( na pewno nie da się uniknąć porównań z Warim, robi się to odruchowo... poza tym to jednak dwa różne psy, dwa różne charaktery... jak u ludzi - każdy jest inny... niech się "maluch" ;) chowa zdrowo, bo to najważniejsze...

mogę opowiadać o Szamanie, wspominać śmiejąc się przy tym, mogę oglądać jego /nasze zdjęcia. Nie potrafię jednak mówić o jego ostatnich dniach, tygodniach, a już na pewno nie o ostatnim poranku.... te wspomnienia są najżywsze i najbardziej bolą... niby świat kręci się dalej, ale jest inaczej... ciągle czuć pustkę... każdy husky automatycznie zatrzymuje mój wzrok.... a każda podobna mina, ruch, machnięcie ogona sprawia, że zaciska mi się gardło, a w oczach stają łzy..

Share this post


Link to post
Share on other sites

Pestka śliczny jest ten "maluszek" - jest 5 razy cięższy od mojego Gucia, kiedy był grubaskiem. Niech się zdrowo chowa.

Szamanko

U mnie tak samo myśli skupiają się na tych ostatnich dniach. Nie mogę o nich przestać myśleć. Dlaczego nie potrafię wspominać czasu kiedy było dobrze? Zadręczam się ciągle, a jak widzę na ulicy yorka to łzy spływają mi strumieniem. Nie chcę już innego, bo to był mój malutki synuś:( kiedy go tak wołałam zaraz przybiegał- nie mogę więc go zamienić na innego:,(

Share this post


Link to post
Share on other sites

....i ja mam przed oczami obraz z ostatnich dni,a nawet mam zdjęcie jak dwoje leżą sobie na słoneczku.Nie wiedziałam,że ta fotka będzie jego ostatnią.Nie planowałam(...)do ostatniej chwili..Nadal nie potrafię tak jak Wy mówić o tym co się stało,bo to dla nas niepojętemimo ,że doskonale wiedzieliśmy jaki będzie finał tej choroby.Każdy wyjazd z nowym psem i podjeżdzanie pod klinikę gdzie na parkingu musiałam wydać wyrok na naszego przyjaciela;sprawia mi ogromny ból,serce się rozrywa i chciała bym krzyczeć.Słabo mi się robi jak pomysle ile ludzi w tej chwili dowiaduje się o chorobie pupila,ilu zmaga się z chorobą robiac sobie nadzieje,łudząc sie ,że będzie lepiej,bo przecież MUSI BYĆ LEPIEJ,a jak się potem okazuje ..wcale nie musi..jest tragedia,pustka ,żal .wyrzuty sumienia i ta ch..a .niesprawiedliwość.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Dzień dobry lub dobry wieczór. Ehh boję się tego dnia kiedy będe musiała pożenać się ze swoim psim przyjacielem :(

Przepraszam, że wtrącam w Waszą rozmowę taki lakoniczny post.

Ja też mam psa z pnn a na dodatek dopadł go cushing. Walczymy o niego (minęły 2 lata od diagnozy pnn i ok 1,5 roku od cushinga). Nie wiem ile jeszcze życia mu pozostało. Chciałabym powalczyć jeszcze o jego nerki wyłapytaczem fosforu :Renvelą.

Czy  macie doświaczenie w stosowaniu tego leku?

Share this post


Link to post
Share on other sites

Nie wiem co to jest Renvela. Ja mojemu Guciowi dawałam Lespewet. Najlepszy jest Azodyl, który zaleca dr Neska z Warszawy. Ja o pani doktor dowiedziałam się za późno , byłam u niej 3 dni przed śmiercią mojego maluszka, więc nic już się nie dało zrobić:( Pani doktor jest cudotwórczynią i każdemu ją będę polecać. Warto naprawdę warto do niej pojechać. Po wizycie można z nią mailować i w ten sposób daje zalecenia. Chyba stan Twojego Skarbka nie jest taki poważny skoro od stwierdzenia pnn minęło 2 lata?

Share this post


Link to post
Share on other sites

Dziękuje Marta E za poradę. :)

Do Pani Doktor Neski jeździliśmy. To ona zdiagnozowała u mojego Dyzia PNN (faza 1-wsza). Dyzio ma też białkomocz.

Teraz opiekuje się nim też dobry doktor. Czasem jak są wątpliwości co do metody leczenia to z Dr Neską się konsultuje albo z innym wetem zaznajomionym w danej chorobie/organie wewnętrznym. Za to go m.innymi bardzo szanuje.

Dyzio ma narazie parametry nerkowe w miarę ok.  Robię prawie wszystko  żeby żył komfortowo, cieszył się z psiego życia.

Renvela to nowoczesny lek  do obniżania fosforu-okropnie drogi. Dyziowe parametry -szczególnie potas ostatnio lekko podskoczyły.  Chciałam się podpytać doświadczonych w boju czy ewentualnie Renvela nie wpływa negatywnie na ten pierwiastek- albo na coś innego co w ulotce nie jest zapisane.

 

Share this post


Link to post
Share on other sites

..ja też nie miałam do czynienia z RENVELEM(Ą) U nas była PRONEFRA,RUBENAL i RENEEL który przywiozłam z Niemiec,bo u nas nie do zdobycia.Zostało mi 500szt,tabletek w oryginanie zapakowanych pudełkach.To preparat homeopatyczny wspomagający pracę nerek i nasilający działanie leków.Pisze to ,bo może ktoś potrzebuje,a u mnie stoi...

Share this post


Link to post
Share on other sites

Ja też nie znam tego leku. Myślę, że Dyzio jest w najlepszych rękach... po prostu - ciesz się wspólnym czasem i doceniaj każdą chwilę... życzę, by jego stan nie pogarszał się jak najdłużej..

Share this post


Link to post
Share on other sites

Witam wszystkich bezgranicznie kochających swoje pieski!

Mam yorka który niedawno skończył sześć miesięcy.

Od kilku dni zachowywał się jakby stracił energię której do tej pory miał w nadmiarze (za którą nota bene tęsknię jak cholera:( 

Wczoraj zrobiliśmy morfologię i okazało się, że ma niski poziom erytrocytów. Dziś powtórzyliśmy badanie i okazało się, że poziom wrócił do normy ale za to leukocyty poszybowały w górę. Zrobiliśmy usg i okazało się, że jest zapalenie nerek! i szaleńczo wysokie ciśnienie w nerkach, prawdopodobnie przez toksynę. Piesek dostał leki i wytyczne co do dalszego postępowania. Jesteśmy dobrej myśli bo trafił na fachowców którzy szybko postawili właściwą diagnozę. 

Moi kochani! Głęboko zachęcam do bacznego obserwowania Waszych pupili. Nie dajcie się zwieść chwilowej poprawie, lepiej raz za dużo odwiedzić lekarza niż raz za mało. 

Wszystkim którzy stracili swoich członków rodziny, bo niewątpliwie nasze zwierzęta nimi są, serdecznie współczuję. Ja jestem bardzo związana z moim pieskiem, choć jest ze mną dopiero od czterech mc nie wyobrażam sobie życia bez niego. Czasami egoistyczne myślę, że mogłam nigdy nie zdecydować się na jego posiadanie bo gdy dojdzie do najgorszego to mam wrażenie, że się nie pozbieram. Bardzo przeżywam jego każdą przypadłość i świetnie rozumiem co przeżywacie.

Trzymajcie kciuki, będę pisać na bieżąco o postępach w leczeniu. W razie pytań służę pomocą

Share this post


Link to post
Share on other sites

Create an account or sign in to comment

You need to be a member in order to leave a comment

Create an account

Sign up for a new account in our community. It's easy!

Register a new account

Sign in

Already have an account? Sign in here.

Sign In Now

Announcements

×