Jump to content
Dogomania
INA

KTO MIAŁ LUB MA PSA CHOREGO NA NERKI ?

Recommended Posts

Marto nie ma poprawy...jest pogorszenie.Dziś pojechaliśmy z myślą ,że to jest ten dzień aby pozwolić naszemu ukochanemu przyjacielowi odejść.Pies zaparł się;nie chciał wejść,ja się rozpłakałam,a vetka podała kroplówkę z nadzieją ,że  ,,może,,.....ale jeżeli do jutra stan WARIEGO ,,jakoś,,nie ulegnie zmianie;pomożemy mu odejść.Nie mamy już siły,ani my ,ani pies.To jest ,,nieludzkie,,Takich katuszy psychicznych nie życzę nikomu.Nie możemy już być ,,samolubni,,i musimy zrobić to co do nas należy...Jest nam cholernie przykro,jestem zła i bezsilna.Nie chciałam wierzyć,kiedy padła diagnoza ,,choroby nerek,,i kiedy vetka powiedziała ,że z tego się nie wychodzi,że to kwiestia czasu,bo przeciez pies jadł,biegał,bawił się,był okazem zdrowia...Jednak miała rację..choroba nerek to ,,WYROK,,przesuniety w czasie....

 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Nie wyobrażasz sobie jak bardzo mi przykro;( Myślałam o Was w święta i płakałam za moim maluszkiem. Pestka a może transfuzja w Waszym przypadku pomoże? Ja nie zdecydowałam się na eutanazję. Wiem,że to samolubne, ale do ostatniej minutki miałam nadzieję - nadzieję na cud. A może skontaktujesz się z dr. Neską z Warszawy może coś poradzi. Ja u niej byłam , ale było już za późno :( A jakie ma wyniki? jak czerwone krwinki?

Share this post


Link to post
Share on other sites

Marto sprawe transfuzji przegadałyśmy z vetką już dawno.To ma jakiś sens kiedy wyniki są lekko podwyższone.U nas to był,,strzał,,z wysoka.Z Neską wymieniłam sie meilami,ale wstawić trzeba się osobiście,a odległość nam na to nie pozwala.U niektorych psów mocznik podwyższa się stopniowo lub nieznacznie,a u nas mimo leczenia,diety,płukania;podniósł się do stanu krytycznego.Obecnie ma anemię ,a mocznik zaatakował stawy i nasz Wari kuleje na przednią łąpę.Godzine temu wrócilismy od vetki z Warim.Nie uśpiliśmy go :),bo stan się poprawił,lekko ,ale jednak.Trochę zjadł,nerki zaczęły pracować,pies się ożywił,kulawizna łapy jest nieznaczna.Ogólnie wywołaliśmy wybuch radości,bo tak jak pisałam,na dziś przygotowaliśmy się na najgorsze,a tu proszę..Warcisław dumnie wkroczył ,,na salony,,i od razu śmignął do pokoju kroplówek i uwalił się na materacu.Wszyscy odetchneli z ulgą,ale pewnie ,,na chwilę,,Ta niepewność jutra i wahania jego samopoczucia są okropne.Niczego nie planujemy,o niczym nie myślimy.Wszystko kręci się wokół Wariego.Może jutro znów bedzie gorzej,może jutro będziemy musieli sie poddać,a może na jakiś czas sytuacja się unormuje....Nikt tego nie wie.Ten pies scala całą naszą rodzinę.Jest nierozłączny z moim synem,wszystko robią razem.Dziadkowie szaleją za tym psem,my świata poza nim  nie widzimy;jest dla nas ważny.Może dla tego tak o niego walczymy i tak bardzo trudno nam się z nim rozstać.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Ojj Pestka to najlepsza nowina od bardzo długiego czasu, aż mi łzy same pociekły. Może będzie jeszcze długo długo dobrze. Wiem co to znaczy. U mnie mija 42 dni jak odszedł Guciu i powiem Ci , że zamiast troszeczkę lepiej to jest coraz gorzej. Nie ma dnia żebyśmy nie ryczeli:,( Wolałabym latać po wetach i na siłę wciskać choćby okruszki, żeby tylko był i żebym go mogła przytulić. Dlatego walcz o każdą wspólną chwilkę , bo później jest jeszcze gorzej. Proszę pisz co jakiś czas jak sytuacja. Całym sercem i myślami  jestem z Wami i Warim. Trzymajcie się i walczcie.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Pestko,

dokładnie tak, jak piszesz - w niewydolności nerek koszmarna jest ta huśtawka emocji: jednego dnia po psie nie widać, że jest chory, a kolejnego wydaje się, że to koniec.. mnie wymęczyło to strasznie... bo za każdym razem, gdy wydawało mi się, że wychodzimy na prostą - następował atak choroby, który odbierał mi resztki nadziei... mam nadzieję, że uda Wam się przeżyć z Warim jeszcze sporo wspólnych, pięknych chwil... walczcie póki możecie..

u mojego Szamana oprócz nerek zaczęły się problemy z sercem... totalny brak sił...do tego stopnia, że nie miał siły chodzić... robił 2 kroki, zatrzymywał się i chwiał na łapach... na schodach musiałam mu pomagać, zatrzymywał się na każdym stopniu, gdy schodził - musiałam go asekurować, bo zjeżdżał na dół na przysłowiowy pysk... nie zapomnę ostatniej nocy, gdy wyszliśmy dosłownie koło klatki, bo dalej nie miał siły iść, zrobił 2 kroki i stanął... oparł się o mnie całym ciężarem, chwiał się, a ja zalana łzami tuliłam go z całych sił i czułam jak jego serduszko trzepocze... ;( i choć pamiętam tamten moment, choć wiem jak było z nim źle, choć pamiętam słowa weta "tak naprawdę to jest najlepsze, co możecie dla niego zrobić..." - ciągle odczuwam wyrzuty, że może jednak za szybko się poddałam...

 

Marta,

rozumiem Cię doskonale.... u mnie minęło 5 miesięcy... a ja ciągle rozpamiętuję nasze ostatnie miesiące, tygodnie, dni.... ciągle przypomina mi się coś, co powoduje, że w momencie zalewam się łzami (nawet teraz..) Mnóstwo jest sytuacji, w których odczuwam jego nieobecność... Nawet banalna sprawa jak planowanie kwiatków na balkonie - to było nasze miejsce... może nawet bardziej jego niż moje... przesiadywał tam całymi dniami, jak tylko zrobiło się na tyle ciepło, że można było otwierać balkon.. Ciągle nie mogę się pozbierać... Niesamowite, że zwierzak może tak wypełniać nasze życie... Straszna jest ta pustka. Zostawił krater w moim sercu.

ciekawe jaką decyzję podjęła Diesel...

Share this post


Link to post
Share on other sites

Szamanko

Mam tak samo i w tym roku nie posadzę żadnych kwiatów przed domem. Nie dam rady:( Guciu ze mną zawsze sadził, kopał swoimi malutkimi łapakami szczekając przy okazji na ćwierkające wróbelki. Ciągle przeglądam wszystkie wyniki opisy, sprawdzam podawane lekarstwa i patrzę co zrobiłam nie tak. Nie ma dnia żebym nie płakała, a ze stresu zaczęły mi wypadać włosy. Najdziwniejsza sytuacja zdarzyła mi się w poranek wielkanocny. Nie wiem może pomyślicie , że oszalałam, ale to co się stało było bardzo dziwne. Przyszłam z rezurekcji około godz. 8 rano. Zrobiłam sobie kawę, córka jeszcze na chwilkę się położyła , a ja usiadłam przy stole i sączyłam kawę. nie wiem czy na chwilkę przysnęłam ale na moich kolanach zobaczyłam Gucia leżał ,tak jak często to robił tylko, że nie odczuwałam jego ciężaru tylko go zobaczyłam. Wrzasnęłam wołając córkę i nagle nic nie było :( Wczoraj znowu córka znalazła na środku pokoju jakby odcięty pukielek włosków Gucia - nie strzygłyśmy go przez zimę i codziennie się odkurza . Nie wiem czy nasza rozpacz go przyciąga czy to już nasz obłęd:(

Szamanko trzymaj się . Jak Ci będzie smutno to pomyśl o nas albo napisz.

Też jestem ciekawa co u Diesel no i co z Warim, tak bym chciała bardzo żeby mu się udało

Share this post


Link to post
Share on other sites

Witaj Izabello. Strasznie mi przykro :( Wiem jak się czujesz. Mój Guciu odszedł 18 lutego po 10 miesiącach walki. Powiedz jak udało Ci się utrzymać Zuzię 3 lata? za każdy dodatkowy miesiąc ba dzień oddałabym wszystko:( minęło dzisiaj 50 dni, a ja jestem w strasznej rozsypce nie daję już rady. Te 10 miesięcy w porównaniu z 50 dniami to istny koszmar, milion przebiegających przez głowę myśli co zrobiłam nie tak i wspomnienia.......  :,,( nie daję po prostu rady

Share this post


Link to post
Share on other sites

Dziś mija tydzień kiedy pożegnaliśmy WARIEGO.Nie moge w to uwierzyć,że nie ma go z nami.Szukam go wzrokiem,mam wrażenie ,że za chwile wyskoczy zza rogu ogrodu,że podbiegnie do płotu,zaszczeka...,ale cisza i smutek.Niechcący zerknełam na syna laptopa,a tam WARI na tapecie...i znowu ten straszny ból....Serce mi pękało tydzień temu kiedy żegnalismy naszego psiaka i pomagalismy mu spokojnie zasnąć w naszych ramionach,kiedy widziałam klęczącego syna nad ciałem jego ukochanego psa,kiedy rękoma delikatnie go zakopywał,kiedy zamknoł się w pokoju i płakał w głos...On ma 23 lata i jest już dorosłym facetem ,ale to go przerosło.Tego nie da sie opisać,to jest nieludzkie,nikt nie powinien przechodzić takich cierpień.Przez ostatnie dni życia WRIEGO woziłam go ze strachem ,że nasza vetka oznajmi nam ,że ,,to już ten czas,,a jak sie potem okazało sami musieliśmy podjąc tą decyzję i powiem ,że z jakimś spokojem ją podjeliśmy choć było trudno.Tak bardzo go kochalismy,że nie moglismy miu pozwolić żeby cierpiał(co było bardzo widoczne)

To co teraz napisze ,może wydać się komuś dziwne,ale dzień przed odejściem Wariego,kupiliśmy małego owczarka,po to aby się poznały,aby pobyły ze sobą.Myśleliśmy ,że będzie im dany dłuższy czas.Wari natychmiast zaakceptoewał..małego,,a on chyba czuł ,że jego starszy przyjaciel jest bardzo chory,bo tulił się do niego,lizał go i przynosił zabawki.Niestety na drugi dzień stan Wariego tak bardzo się pogorszył,że nie mógł stać już na nogach..przewracał się...Teraz jest BARY,który nam skutecznie odwraca myśli,zajmuje czas kopiąc i demolując ogródek.Nie jest mu lekko zająć miejsce Wariego i pewnie mu sie to nie uda,ale...to terapia i potrzeba dla nas.Pustego kojca by nasza rodzina nie zniosła.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Oj Pestko tak się martwiłam, że nic nie piszesz. Na pewno  Bary złagodzi cierpienie, odciągnie Wasze myśli, bo będzie wymagał poświęcania mu więcej czasu tak jak nasz Guciu ukoił ból po swoim poprzedniku. Ja już nie chcę, nie mogę  , nie  zniosłabym kolejnej straty:( Teraz pamiętaj o badaniach przynajmniej raz w roku , trzeba dmuchać na zimne. Życzę Wam wiele, wiele wspaniałym radosnych wspólnych lat. I pisz czasami o małym Niuńku.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Piszę tutaj z nadzieją, że mimo tego, że mojej Rosie nie udało się już pomóc to może chociaż pomogę innemu czworonogowi. Mam do oddania leki dla nerkowców: Semintra (ponad połowa opakowania- na białkomocz), Lotensin, Acard i Alugastrin. Zostało mi też troszkę Ipakitine. Jeżeli komuś mogłabym pomóc to proszę o kontakt.  

Pestka i Izabella, łączę się z Wami w bólu, też straciliśmy naszego małego aniołka 31 marca... Tak się cieszyłam, bo jeszcze w Święta wydawało nam się, że jest duża poprawa, Rosa biegała, szczekała, bawiła się i mieliśmy nadzieję, że wychodzimy na prostą i nagle taki atak, że nie miała siły chodzić. Nie dało się już nic zrobić i musieliśmy skrócić jej cierpienie. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Lady Ji współczuję Ci bardzo. Wiem co to znaczy , bo 18 lutego odszedł mój najukochańszy maluszek. Długo , od rozpoznania choroby, żyła Rosie? Pytam, bo ciągle zadręczam się, że nie wszystko zrobiłam , że mój Guciu mógł jeszcze żyć :(.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Marta E, też bardzo często wyrzucam sobie, że mogłam zrobić więcej albo inaczej... 

Wcześniej, w czasie choroby Rosy często zaglądałam na forum, ale dopiero teraz, kiedy opadły trochę emocje jestem w stanie napisać, jak było u nas. 

Moja Rosa była yorkiem, miała dopiero 6 lat. W sierpniu zeszłego roku nagle zaczęła się źle czuć, była apatyczna, nie chciała jeść, bardzo schudła i przede wszystkim ciągle się trzęsła. Po zrobieniu badań okazało się, że ma złe wyniki. Poziom moczniku wynosił ok 200, ale kreatynina była jeszcze w normie. Weterynarz zdiagnozował przewlekłą niewydolność nerek i twierdząc, że dieta to podstawa kazał przestawić ją na karmę Royal Renal i za ok 3 miesiące powtórzyć wyniki. Nie dostała wtedy żadnych leków. W listopadzie miała lepsze wyniki, mocznik spadł do 100 i weterynarz przypisał jej Furosemid, który miała brać przez miesiąc. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że Furosemidum jeszcze bardziej wyniszcza nerki, bo zmusza je do pracy mając moczopędne działanie. Do marca tego roku czuła się dobrze, a potem znowu te same objawy. Zmieniłyśmy weterynarza, Rosa w końcu miała zrobione usg nerek, z którego wynikało, że nerki są małe, a jedna z nich ma zatartą strukturę. Wyniki były bardzo złe: Mocznik ok 200, a kreatynina prawie 5 oraz bardzo silny białkomocz. Weterynarz powiedział nam, że można go zbić jedynie kroplówkami i codziennie dwa razy dziennie jeździłyśmy z nią na kroplówki NaCl. Wtedy już wiedziałam co to znaczy i że PNN to wyrok... Od czasu jak dowiedziałam się o chorobie Rosy przeczytałam setki artykułów, dziesiątki forów i wiedziałam, że można jedynie walczyć o każdy dzień, który będzie z Nami, ale rokowania są złe i choroba jest śmiertelna. Po dwóch tygodniach kroplówek kreatynina spadła do 3, a mocznik do 130. Dostała Ipakitine oraz Enarenal. Niestety zaczęła jej się zbierać woda w brzuszku i została ściągnięta. 11 marca byłyśmy na wizycie u dr Neski w Warszawie, cudowna osoba, polecam ją każdemu, kto ma pupila chorego na nerki. Wizyta trwała ok godziny, Doktor dokładnie ją zbadała i dostała dużo leków, ale już wtedy miała bardzo złe wyniki, kreatynina- 5,1, mocznik- 214. Dodatkowo przez 10 dni jeździłyśmy z Rosą na kroplówki podskórne do weterynarza w naszym mieście, ponieważ nie jesteśmy z Warszawy. Dalsze leczenie miał prowadzić weterynarz od nas, oczywiście wszystko pod wytyczne i w kontakcie z dr Neską. Po wizycie u Pani Doktor zdawało Nam się, że wszystko będzie dobrze, bo Rosa wyglądała dużo lepiej, biegała i zachowywała się normalnie. W święta znowu zebrała jej się woda w brzuszku i zaczęła się gorzej czuć, we wtorek byłyśmy u weterynarza, miała ściągniętą wodę, dostała Furosemidum, żeby jej zeszła reszta wody z brzuszka i wieczorem miała atak mocznicy. Nie była w stanie utrzymać się na nogach, przewracała się. W środę miała zrobione badania: kreatynina- 5,5 i mocznik- 297. Od razu dostała kroplówki, ale nie było żadnej poprawy. W nocy była już w agonalnym stanie, nie chodziła i nie było z nią żadnego kontaktu. Cały czwartek leżała w szpitalu w lecznicy i niestety wieczorem musiałyśmy podjąć decyzję o uśpieniu, bo to już była agonia. 

Też wyrzucam sobie, że może gdybyśmy od razu w sierpniu tamtego roku poszły do innego weterynarza, może gdyby już wtedy dostała jakieś leki to byłoby inaczej i dzisiaj byłaby z Nami... Ale weterynarz wielokrotnie mówił Nam, jak nieprzewidywalną chorobą jest PNN, że jednego dnia pies jest wesoły i nie widać po nim choroby, a następnego dnia następuje załamanie... 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Witajcie.Nie wiem czemu tu wchodzę..pewnie dla tego ,że sa tu osoby ,które przeżyły to co ja i doskonale wiedzą co to znaczy walczyć do ,,upadłego,,a mimo to stracić swojego ukochanego przyjaciela.Ja też wyrzucałam sobie,że ,,być może ,,mogłam więcej,ale teraz kiedy czytam to co piszecie i to co mówiła do mnie vetka,a co wtedy do mnie nie docierało w ogóle;wiem ,że zrobiłam wszystko co mogłam.Po wynikach ,,sprawdzających,,które wysłano do Warszawy,wiedzieliśmy na 100% ,że jest to choroba nieuleczalna i mamy się powoli oswajać z myśla ,że będzie coraz gorzej.Mogliśmy tylko przedłużać komfort i długość życia naszego psa,ale wtedy było to zupełnie niezrozumiałe dla nas.JAK TO MOŻLIWE SKORO PIES WYGLADA I ZACHOWUJE SIĘ NORMALNIE ,a jest taki chory....Tak jak Lady,przekopałam inetrnet,sprowadzałam leki z zagranicy,byłam w ciągłym kontakcie z vetem(120km nie miało żadnego znaczenia)Życie jak w amoku.Liczył się tylko pies.Żylismy nim ,jego chorobą,płakaliśmy kiedy było żle,płakaliśmy kiedy było dobrze.Nie wiem skąd wszyscy bralismy siły na to.Pies codziennie na kroplowkach po 4 godziny(włacznie z dojazdem),my kompletnie oderwani od rzeczywistości,vetka postawiona w stan ,,czuwania,,Nic to nie dało,nic nie pomogło....Mój pies umierał z głodu,Nic nie jadł,a to co postaraliśmy się mu wepchnąć..wymiotował.Kupowaliśmy mu płynną karmę w puszce,którą jadł przez 3 dni(tylko)Z 3 letniego owczarka stał się 10 letnim schorowanym ,wychudzonym psiakiem.W ostatni dzień już nie miał z nami stałego kontaktu,uciekał od nas,chciał być sam,przewracał się,szedł przed siebie nie kontrolując niczego,nawet zjadł spory kawał surowego pokrojonego w kostkę mięsa(co mu się nie zdarzało już od dawna)Kiedy łapczywie zjadł cieszyłam sie ,ale podejrzewałam ,że to już jest po prostu bezwolne zachowanie,którego mózg nie kontroluje.Nie myliłam się;po chwili nastapiły wymioty i pies przewrócił się....Nie na taką śmierć sobie zapracował i zasłużył.On chyba wiedział,że jedziemy mu pomóc ,bo mimo kłopotów z utrzymaniem równowagi,wskoczył nam do samochodu i spokojnie się położył,a na miejscu pożegnał sie z nami spokojnie...

Nie możemy sobie wyrzucać,że czegoś nie zrobiliśmy ,skoro tak bardzo się staraliśmy,bo to nie pomoże...to nas zabija i nie pozwala żyć.Dotarło do mnie kiedy rozmawiałam z vetką,która powiedziałą nam ,ze tylko nasza determinacja sprawiła ,ze pies tak długo zył z tak wysokim mocznikiem(prawie500) sąsiedzi po wiadomości ,że Wari odszedł,też nas wspierali dobrym słowem,że w życiu nie wodzieli tak oddanych właścicieli,że pies miał u nas ,,,raj,, i opiekę jaką niewiele psów ma....Może to niewiele ,ale spojrzenie innych ludzi na całą sytuację pomaga nam się jakoś pozbierać i otrząsnąć.Boję się,że teraz zaczniemy świrować jeszcze bardziej i z byle czym bedziemy pędzić do veta z naszym nowym psiakiem.

Wracając do choroby PNN najważniejszą sprawą jest uświadomienie właścicielowi ,że z tą chorobą sie nie wygra,że tylko od nas zależy jakość i długość życia psa.Na odejście psa nie można się przygotować ,ale można się przygotować na komplikacje zwiazane z chorobą,na koszty,na to co nas może czekać,jak to może wyglądać.Niestety to trudny temat nawet dla veta,bo tak na prawdę każdy pies jest inny i każdy reaguje inaczej na leczenie.Jęsli nie ufamy vetowi,możemy szukać pomocy gdzie indziej ,ale jesli widzimy ,że robi wszystko co może,a nawet więcej,to co nam pozostaje???Nam i Wam pozostała pustka,ból,tęsknota.Słabo mi się robi kiedy pomyśle ile rodzin w tym czasie dowiaduje sie,że ma chorego psa na PNN ,lub jest w trakcie leczenia,czego będą musieli doświadczyć,z czym się zmierzyć...

Wariego nikt i nic nam już nie zwróci,ale nauczylismy się wiele.Scalił naszą rodzinę,wiemy ,że możemy na siebie liczyć,że oddamy wszystko żeby nasza rodzina była szczęśliwa i zdrowa.Wiemy ,że potrafimy zrezygnować z wielu rzeczy,wiele sytuacji jest już nieistotnych i mało ważnych.Może ktoś powie ,że to był tylko pies,ale to był AŻ PIES i żył PO COŚ!!!!

Share this post


Link to post
Share on other sites

Pestko

Prawda, pies to zesłany nam ANIOŁ , który uczy nas miłości, wierności i przemijania. 

 

LadyJi

Mój Guciu to też york. Odszedł mając 8 lat. Walczyłam o niego 10 miesięcy. Za późno dowiedziałam się o dr Nesce, byłam u niej 4 dni przed jego śmiercią. Mój wet okazał się zwykłym konowałem(post na str 268). Nie wiem czy kiedykolwiek poradzę sobie z jego odejściem:(

Share this post


Link to post
Share on other sites

Od paru miesięcy nie mogę sobie poradzić z wyrzutami sumienia z powodu uśpienia Szamana... jednak gdy Was czytam, mam wrażenie, że oszczędziłam mojemu psiakowi wiele cierpienia... jemu, ale na pewno nie sobie... 

nie ma się co czarować - przewlekła niewydolność nerek to straszna choroba.... tak, jak już wspominałyśmy tu wszystkie: jednego dnia po psie nie widać, że jest chory, kolejnego wydaje się, że to koniec.... rzuty choroby są straszne i odbierają wszelką nadzieję... ja dałam się oszukać, bo przez dłuższy czas nic się nie działo.. myślałam, że mam wszystko pod kontrolą... tak jak wy - nigdy sobie nie wybaczę, że nie zareagowałam wcześniej, szybciej, konkretniej... do niedawna wyrzucałam sobie, że nie walczyłam dłużej, że trzeba było próbować kroplówek.... ale czytając Wasze historie stwierdzam, że być może poprawiłoby się na chwilę, dzień lub dwa, a koniec i tak by nadszedł...

pustka w domu nadal jest straszna... cierpię na nadmiar czasu.... teraz dni coraz dłuższe, więc na siłę szukam sobie zajęć... z zazdrością zerkam na znajomych psiarzy, którzy jak co dzień każdego dnia spacerują ze swoimi podopiecznymi... w piątek pożegnała swojego psa moja przyjaciółka z pracy, bardzo to przeżywa, a mnie przed oczami stają wszystkie kadry z ostatnich chwil z Szamanem...

ten wątek również jest świadectwem, że z PNN nie można wygrać... strasznie dużo naszych psich aniołów odeszło w ostatnim czasie... :(

Share this post


Link to post
Share on other sites

Szamanka, tak mi przykro, bardzo Ci współczuję... Ale nie miej żadnych wyrzutów sumienia! Jestem pewna, że każda z Nas zrobiła wszystko co tylko było w Naszej mocy. Ja też nie mogę się z tym pogodzić, też się zadręczam, że mogłam zrobić więcej, chociaż walczyłam z całych sił, ale w niektórych kwestiach jesteśmy po prostu bezsilne... Nie myśl o tych kroplówkach, nie każda mocznica reaguje na kroplówki. 

Tak jak pisałyście, każdy przypadek jest inny. Jak czytałam posty, w których dziewczyny podawały wynik badań na poziomie 10 kreatyniny to myślałam, że przecież nie jest tak źle, bo Rosa ma około 5, ale to jest złudne, bo każdy organizm jest inny. Pestki Wari, tak jak pisała miał mocznik 500, a moja 300 i nie można było już nic zrobić. 

Mimo, że minęły dwa tygodnie od odejścia mojego maluszka to nie potrafię jeszcze spokojnie o tym mówić. Tak wiele łez mnie kosztowało, żeby założyć tutaj konto i podzielić się z Wami naszą historią. Bardzo się bałam, że będę pamiętała Rosę tylko z tych ostatnich dni choroby, kiedy z puszystej kulki zmieniła się w skórę i kostki, ale teraz wiem, że tak się nie stanie. 

Moja Rosa podobnie jak Wari Pestki bardzo schudła, chociaż miała apetyt i chętnie jadła, co napawało Nas nadzieją, że może jakoś się ułoży, że może pobędzie z Nami jeszcze kilka miesięcy. I mimo tego, że jadła ze smakiem to nadal chudła i pod koniec ważyła niecałe 2 kg. 

Dla Rosy jedynym ratunkiem mogła być hemodializa, bo już w ogóle nie reagowała na kroplówki. Ale było już za późno, bo jej stan od nocy ze środy na czwartek był agonalny. Poza tym, o ile przy ostrej niewydolności nerek hemodializy się sprawdzają, o tyle przy PNN ich skuteczność i celowość jej dyskusyjna. Nie było żadnej gwarancji, że byłaby jakakolwiek poprawa, a jeśli by była to tylko na chwilę... No i najważniejsze, Roska była po prostu za mała. Nasz weterynarz obdzwaniał lecznice, w których przeprowadzają dializy i dowiedziałyśmy się, że wskazane jest, aby pies ważył minimu 3-4 kg. 

Tak, jak Wy nie mogę się pogodzić z tym, że jej już nie ma, że dom jest bez Niej taki pusty... Może Nam jest trochę łatwiej się pogodzić ze stratą, o ile w ogóle można tak to określić, bo został Nam drugi psiak. To takie nienaturalne, że były we dwie, wszystko robiły razem, razem się bawiły,  jadły i spały, a teraz jednej z nich zabrakło...

Tak jak pisze Szamanka, PNN jest nieuleczalna i trzeba sobie z tego zdawać sprawę, jak złe są rokowania, ale... Zawsze mamy nadzieję, zawsze Nam się wydaje, że mój pies będzie wyjątkowy, że może akurat Nam się uda oszukać chorobę chociaż trochę dłużej niż wskazują na to statystki długości przeżycia. 

Mam nadzieję, że może ktoś przeczyta nasze posty i to sprawi, że zrobi swojemu pupilowi badania kontrolne. Kiedy nerki zaczynają dawać objawy to znaczy, że są uszkodzone w ok 75%. Wczesne wykrycie PNN daje możliwość szybkiego wdrożenia diety oraz leczenia i na pewno może przedłużyć życie naszemu czworonogowi, a nie kosztuje wiele. Także badajmy swoich przyjaciół tak, jak robimy badania kontrolne sobie! 

Pestko, życzę Ci z całego serca dużo zdrówka dla Twojego Bary'ego! Niech Wam się zdrowo chowa! :) Dawaj znać, jak się mały sprawuje :)

A Wam dziewczyny życzę dużo siły i miłych wspomnień Waszych kochanych istotek... 

 

Diesell jesteście cudownymi ludźmi! Podziwiam Cię i trzymam za Was mocno kciuki! 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Dializa jest bardzo bardzo ryzykowna. Jak dzwoniłam do kliniki we Wrocławiu to powiedzieli mi, że może jej nie znieść. Guciu był malutkim grubaskiem , do początku stycznia ważył 3,8kg a w połowie lutego już tylko 2,4kg. Poza tym na kilka dni przed końcem strasznie wypadały mu włoski,aż miał łyse place na bokach, a na prawdę miał zawsze gęste i błyszczące. 

LadyJi , Rosie też była yorkiem, czy też jej wypadały włoski?

Guciu w ostatni dzień nawet nie zareagował na transfuzję zaleconą przez dr Neskę :(

Tyle rzeczy mnie męczy:(

 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Marta E, niestety bardzo jej wypadały. Rosa też była grubaskiem, zawsze się z niej z mamą śmiałyśmy, bo była taką kuleczką. Ważyła ok 4 kg, a pod koniec już tylko niecałe 2 kg... Poza tym to Rosa zawsze miała bardzo ładną błyszczącą sierść, a z postępem choroby robiła jej się coraz bardziej matowa. Ostatniego dnia, kiedy stan był już krytyczny to na pyszczku miała łyse placki i dosłownie jakby spuchła. Spuchł jej języczek tak, że wystawał z pyszczka. 

Tego widoku nie zapomnę do końca życia... Będzie mnie to zawsze ,,prześladowało". 

Share this post


Link to post
Share on other sites

LadyJi, właśnie mnie też:( Nie potrafię myśleć i wspominać naszego Tłustusia, bo tak go nazywaliśmy jak był taki grubiutki, jak był zdrowy, wesoły i z lśniącymi włoskami , a mam widok samych żeberek i łysych placków na bokach , na pupie i na pyszczku:,(. A czy Rosa też robiła czarne kupki?

Share this post


Link to post
Share on other sites

Marta E, raczej nie, kupę robiła normalną. Mam tak samo jak Ty, te wspomnienia są tak bolesne, że odsuwam je jak najdalej, żeby zapamiętać ją z okresu sprzed choroby, kiedy była szczęśliwą kulką ciągle dokuczającą Naszemu drugiemu psiakowi. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Create an account or sign in to comment

You need to be a member in order to leave a comment

Create an account

Sign up for a new account in our community. It's easy!

Register a new account

Sign in

Already have an account? Sign in here.

Sign In Now

Announcements

×