Jump to content
Dogomania
PIK_POK

Na czym polega uśpienie psa??

Recommended Posts

Czytam Wasze historie, i lecą łzy. Też mam za sobą takie przypadki (dokładnie dwa, i wierzcie że drugi był o wiele gorszy).
W pierwszym przypadku piesio miał chore serce. Złapanie oddechu było dla niego mega wysiłkiem, i cóż decyzja z trudem podjęta tym bardziej że pierwszy raz miało się z taką sytuacją do czynienia. Usnął w spokoju.
Drugi raz był o wiele gorszy. Wspomnę o tym, że weci nie wiedzieli co jej dolega. Podejrzewali wirusa ( objawy: wymioty, jęczenie psa, wzdęty brzuch, stan psa z minuty na minuty pogarszał się, z trudem pobrali krew do badania). Jeden z wetów stwierdził że nie uda się uratować psiaka. Drugi że powinniśmy poczekać godzinę ( dwie) i czy stan się poprawi.Ja byłam cała w panice, nie myślałam logicznie, pustka w głowie. Wet odwiózł mnie z psinką do domu, dał wskazówki co mam robić, ostrzegł że może wymiotować. I że za godzine przyjedzie sprawdzić stan zdrowia. I zę gdyby coś się działo nie tak mam natychmiast dzwonić do niego.W domu już był koszmar, musiałam odizolować dwa psiaki od chorej.... masakra. Psina nie miała siły wstać, zabezpieczyłam łóżko i połozyłam ją na nim , przykryłam kocykiem i obserwowałam. Przytomna była ale kompletnie bez życia. Nagle się zerwała i zaczęła wymiotować, potem znowu się polożyła - brzuch się robił co raz to bardziej wzdęty :/ :/ - horror !!! Dalej obserwowałam, mówiłam do niej, przytulałam ją... eh po czasie zaczęła dziwnie drgać, zajrzałam do pyszczka jej. Jęzorek, biały tak samo dziąsełka. Wiedziałam już że jest bardzo bardzo źle, upewniłam się gdy dotknęłam dłonią serce. Ledwo co biło + płytki oddech. Chwyciłam za telefon i zadzwoniłam do weta żeby przyjeżdżał jak najszybciej bo z psiną jest gorzej i że kolega jego miał rację. Patrzyłam jak psina umiera !!!! Jak łapie z trudem powietrze. wdech .. dłuższa chwila i wydech ... wdech jeszcze dłuższa chwila i wydech.. umierała bidulka :/ widziałam w jej oczach wolę życia, złapałam ją za łapkę,zaczęłam płakać. Wet po 4 minutach przyjechał, słyszałam jak już wchodzi do domu a psinka w ten czas wydała ostatnie tchnienie.
Do tej pory gryzie mnie sumienie , że mogła odejść bez bólu, w spokoju..... a tak to przez tą moją głupią nadzieję ...umarła w ten masakryczny sposób. Nigdy więcej nie pozwolę na to.


Edit. Psiak poddany został sekcji. Powodem śmierci był skręt jelit :( Edited by adinaa25
uzupełnienie historii

Share this post


Link to post
Share on other sites
Bardzo mi przykro... :( a wetów bym pogoniła na zbity ryj, za przeproszeniem, objawy były wskazaniem do natychmiastowej diagnostyki obrazowej, lub po prostu otwarcia psa. To, ze pies odchodził w bólu to jedna straszna rzecz, gorzej, że mógł być może żyć..... :(

Share this post


Link to post
Share on other sites
Witam. Przeczzytałam cały wątek i znalazłam odpowiedzi na moje pytania. Jutro będę żegnać moją kochaną 12 letnią Funię:( Przygarnelismy ją ze schroniska jako szczeniaczka, jest kochanym wdzięcznym psiakiem. Wiadomość o jej stanie zdrowia spadła na nas tak nagle... Funia zawsze była okazem zdrowia, ale ostatnio zaczęła mieć problemy (biegunka, wymioty, brak apetytu). Dodam jeszcze, że około miesiąca czy dwóch temu miała problemy z wypróżnianiem, ale wet podał jej leki i było wszystko dobrze, aż do tego tygodnia :( Pierwszy wet do którego udaliśmy się w zeszlym tygodniu nie stwierdził niczego poważnego. Kiedy wizyty nie dały rezultatu poszliśmy do innego weta. Pani zrobiła USG, na drugi dzień prześwietlenie i okazła się, że Funia jest na prawdę poważnie chora :( Nowotwór na wątrobie, niewydolność nerek i cukrzyca. Wet powiedziała nam, że można podować insulinę, ale sunia będzie się coraz bardziej męczyć. Decyzja była szybka.. Kochamy Funię i ciężko będzie się rozstać, ale jeszcze ciężej patrzyć na cierpienie. Najgorsze jest to, że zachowywała się normalnie, bawiła się, chętnie chodziła na długie spacerki i wciąż tryskała życiem, nawet nie przyszło mi do glowy, że może być tak schorowana. Dopiero w tym tyg zaczęła być spokojna, prawie cały czas leży i jej oczy mówią wszystko :( Początkowo nie chciałam być przy TEJ chwili, ale podjęłam decyzję, że będę z nią do samego końca bo na to zasługuje. Wzywamy wet do domu aby nie narażać jej na dodatkowy stres. Moja mama jest okropną panikarą dlatego nie będzie przy tym, brat przeżywa to gorzej niż ja więc zdecydowałam się być przy Funi kiedy zamknie oczka. Mimo, że płaczę okropnie na samą myśl mam nadzieję, że nie rozkleję się i Funia spokojnie zaśnie. Nie mogę sobie darować, że w zeszłym tyg trafiliśmy do złego weterynarza, a Ona cierpiała :(

Share this post


Link to post
Share on other sites

Za długo się zbierałam, żeby napisać tutaj o moim piesku, ale nie potrafiłam sklepić żadnej w miarę uporządkowanej wypowiedzi. Mój 13-letni spanielek ponad 2 lata temu zaczął mieć problemy ze stawami, z trudem się podnosił, spadał ze schodów. Po leczeniu, suplementacji, przeniesieniu psiny na najniższe piętro domu, gdzie miał łatwy dostęp do ogrodu i wszystkie niebezpieczne kąty zostały zabezpieczone, stawy udało się opanować. Jednak szybko zaczął postępować proces starzenia. Weterynarz podejrzewa zmiany starcze w mózgu, psina w kółko chodzi bez celu, obija się o wszystko, wchodzi w każdy kąt, nie potrafi się wydostać i przeraźliwie wyje. Wyniki badań krwi sprzed 2 tygodni  nie najgorsze (jeden parametr wątrobowy trochę podwyższony), ale psina dużo schudła. W usg stwierdzona atonia żołądka, nie wiadomo jak wygląda wchłanianie leków i składników odżywczych. Podawaliśmy mu leki poprawiające krążenie mózgowe, przeciwbólowe i przeciwzapalne. Do niedawna sporo jadł, ale zauważyliśmy, że ma problem z pobieraniem pokarmu. Niestety zaniedbaliśmy jamę ustną, czego sobie nigdy nie wybaczę. Koluś w niedzielę przestał jeść, ze względu na ból spowodowany stanem zapalnym w jamie ustnej. Jedynym wyjściem jest operacyjne usunięcie kłów, co wiąże się ze znieczuleniem ogólnym i ryzykiem. Alternatywą jest eutanazja. Karmienie przez sondę i kroplówki nie wchodzą w grę, umęczę go jeszcze bardziej, a problem pozostanie. Dziś mam zdecydować!!! Nawet jeśli pies przeżyje operację, boję się, że narażę go na dodatkowe, niepotrzebne cierpienie. Jeśli umrze, będzie to moja wina. Nie wyobrażam sobie tego momentu. Nie chcę go skazywać na śmierć, ale z drugiej strony nie chcę, by cierpiał dłużej niż to konieczne. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Boże, to jak dotąd najtrudniejsza decyzja, jaką muszę podjąć :placz: nie potrafię zdecydować. nie chcę skazywać mojego psa na cierpienie, na dodatek nie jestem jedyną właścicielką i tylko ja mam jeszcze nadzieję, chociaż nie wiem na co. Może psina przetrwa operację, ale boję się powikłań, jego bólu. No i co dalej? Starości nie uleczę, Koluś będzie chodził w kółko i się obijał o meble, a zimą trzeba będzie ograniczać jego wędrówki po ogrodzie i będzie się męczył w domu. Już jakiś czas temu właściwie straciliśmy z nim kontakt, prawie do nas nie przychodzi, tylko krąży - raczej bez celu. Czasem pogłaskany po główce zasypia, ale tak poza łóżeczkiem już nie reaguje na pieszczoty, tylko wyrywa się do przodu. Dzisiaj, mimo że tak wychudzony i słaby, cały dzień chodzi. Boże, jak mogłam nie zauważyć tych zębów, skupiłam się na mózgu, stawach, a teraz mój piesio ponosi konsekwencje mojej ignorancji i zaniedbania. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Moja psinka kochana już za TM. Cały dzień wędrował niespokojnie, uderzając co chwilę główką o ściany, drzwi, meble, płoty. Na chwilę położył się w łóżeczku, wyjechałam do sklepu, a jak wróciłam i weszłam do pokoju, cicho płakał z noskiem wciśniętym w poduszkę. Wiedziałam, że w nocy będzie cierpiał. Zadzwoniłam do weta i za pol h byłam w gabinecie. Nie byłam pewna tej decyzji, ale działałam jak automat. W samochodzie piesio leżał spokojnie, na moich kolanach. W gabinecie jak nigdy położył się i leżał cichutko na stole. Dostał głupiego jasia i zasnął. Leżał spokojnie. Weterynarz obejrzał mu oczy i jamę ustną i może, by rozwiać moje wątpliwości, stwierdził zażółcenie świadczące o żółtaczce. Ja byłam w jakimś szoku, niewiele do mnie docierało. Potem podał ostatni zastrzyk i moja żabka umarła cichutko, spokojnie, bez drgnięcia. Ale teraz myślę, mimo, że serduszko przestało bić, czy na pewno nie żyje, czy na pewno nie cierpiał (choć nic na to nie wskazywało). Dałam radę, byłam z nim cały czas, nie umarłam ze strachu i z żalu, choć tydzień temu, gdy rozważaliśmy taką możliwość, myślałam, że właśnie tak będzie, wpadnę w histerię, zemdleję. Nie wiem, może to szok. Jego już nie ma, ale to jeszcze do mnie nie dociera. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Dziś uspilam Jogę.Była z nami 13 lat.to była mądra sunia.pamiętam jak biegała do jeziora za patykiem siedziała z córką kiedy byla mala,kiedy urodzila male,kiedy gryzlami książki i buty).teraz zostaną wspomnienia.dzis swiecilo slonce i bylo cieplo.byl ladny dzien choc zalany lzami.nie cierpiala. lekarz dał głupiego Jasia a potem narkoze na wieczność.glaskalam ja.oczka te małe dwa wegliki same traciły blask z minuty na minutę.ważne że nie cierpi już.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Piszę dopiero teraz,bo nie byłam wstanie wczesniej nawet o tym spokojnie myśleć.2 m-ce temu pomogłam odejść naszemu WARIEMU.Dwa olata temu dowiedzieliśmy sie o jego chorobie PNN,miał wtedy rok.Dwa lata walczylismy o niego..dzień w dzień.Była dioagnoza i był wyrok przesunięty w czasie.Nie wyobrażałam sobie chwili kiedy będe musiała podjąc tą decyzję i ,,być,,z nim w takiej chwili.Do końca łudziłąm się ,że odejdzie sam w śnie.Tak sie jednak nie stało.Życie i sytuacja z musiła mnie wkońcu do podjęcia decyzji.W jednej chwili przestałąm myślec o naszym bólu i strachu,a o jego cierpieniu i tym co dla niego najlepsze.Dla mnie do teraz to ,,wyrok,,i jakoś nie jest mi z tym lżej,że wiem iż on się już nie męczy,nie cierpi....Nasza wetka kiedy usłyszałą mój zapłakany głos w słuchawce ,wiedziała o co prosić będę...poprosiłąm jeszcze aby zrobiła to w aucie z racji tego ,że chciałam mu juz w ten ostatni dzień oszczędzić wizyty w lecznicy(jeżdził codziennie na kroplówki)poza tym to duży pies owczarek niemiecki...Poczekałam aż decyzje podejmie syn,pożegna się córka(mąż zdezerterował,bo nie chciał widzieć naszych łez i bólu)Pies wsoczył chętnie do auta jakby czekał na to mimo ,że nie mógł już chodzić.Weterynarka już czekałą z zestawem,spytałam ze strachem w oczach czy bedzie go to bolało,powiedziała ,ze absolutnie nic nie poczuje,zaśnie pod silną dawką narkozy.Pani wet podała szybko w mięsien narkoze i zostawiła nas ze słowami ;tulcie go,kochajcie i mówcie ,że go nie zostawiacie,on na was poczeka gdzieś tam.....Tak tez było...przeprosiłam mojego psa,że nie mogłam już mu pomóc w chorobie,że sie poddaliśmy.Wari zasnoł,przyszła pani wet ,poprosiłą abyśmy odeszli na 10 minut(długie ,okropne,paniczne,nie do wytrzymania  10 minut)potem słowa,,juz odszedł spokojnie...,,Kiedy wróciliśmy do niego zalani łazami ;leżał z uchylonymi powiekami,wyciągniętym końcem języka,odrobiną odchodów,bez życia .Przerażajacy widok.Długo zastanawiałam się CO ONA MU ZROBIŁA?CZY RZECZYWIŚCIE NIE CIERPIAŁ.Znalazłam tylko wkłucie na przedniej łapie.Może i dobrze ,ze nie widziałam tego,bo nie wiem czy bym nie wpadła z histerie kiedy mój pies miałby jakieś konwulsje.Odczytała bym je jako próbę ratowania się lub coś innego.Jestem osobą bardzo słabą psychicznie,ale znalazłam siły aby pomóc odejść naszemu psu,do tego przejść przez żałobę naszym dzieciom(nie wiem co było trudniejsze)Tak trzeba,tak musimy.Skoro byłąm przy nim kiedy sie rodził,musiałam być przy nim kiedy odchodził.To mój obowiązek i chęć bycia z nim na dobre i złe.Kiedyś się spotkamy i spojrzę w te cudne ślepia mojego psa,mam nadzieję ,ze odczytam w nich ,,rozgrzeszenie,,Biorąc na siebie odpowiedzialność za posiadanie psa,musimy też wziąć na siebie obowiazek bycia przy nim do końca,bo to nasz przyjaciel i członek rodziny,a kochajacych się nie zostawia w takich chwilach...

Cytuj

r

 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Witam!Ja w tym tygodniu uśpiłam u weta mojego siedemnastoletniego pieska.Nie daję sobie rady z tym.Piesek był chory,niewydolność krążenia,niewydolność nerek i jak to Pani Doktór powiedziała wylew.Szłam z nim na rękach,aby go ratować,jego główka zwisała na mojej ręce.Wspólnie z mężem ustaliliśmy przez tel co jest dla niego dobre w porozumieniu z lekarzem wet,Jego rokowania były niekorzystne.Sytuacja mnie zaskoczyła.Nie byłam przy nim wtedy,wyszłam,potem też mi go nie pokazano dla mojego dobra,Szok.Tak bardzo go kochaliśmy.Teraz żałuję,czy on mi to wybaczy,,,,,,

Share this post


Link to post
Share on other sites

cako...na pewno wybaczy.Nie skazalas go na cierpienie I ból,bo egoistycznie chcialaś,'oby tylko zył'.

Był kochany,zadbany,leczony,miał na pewno dobre,radosne,bezpieczne psie zycie.Możesz być dumna,że był z Tobą 17 lat...

współczuję...pamiętam swój ból...moja sunia miał 19 lat...wiedzialam,ze juz nie ma innej drogi.

I Ty tez wiesz,że to była słuszna decyzja.Ta decyzja uratowała go przed cierpieniem,pamiętaj o tym....

Share this post


Link to post
Share on other sites

Witam was serdercznie.
Nigdy nie byłam na takim forum, w sumie na żadnym. Przeczytałam większość historii i poczułam, że to idealne miejsce w tym momencie dla mnie, że tu znajdę wsparcie. Otóż za kilka godzin jadę uśpić psa. Podjęłam tą decyzję, bo już dłużej nie moge patrzeć co się z nim dzieje, ale może zacznę od początku.

Mój pies ma 16'ście lat. Znalazł go mój tata, kiedy miałam cztery lata. Widzicie mój tata jest wędkarzem, często jeździ na zawody i kiedy miałam cztery lata (teraz mam 20ścia) znalazł worek z niespodzianką. Ktoś był bardzo bezduszny, bo wrzucił zaledwie trzymiesięcznego szczeniaka z kotami do worka i do rzeki. Niestety kotom się nie udało, a mój tata kiedy wyłowił worek, który zahaczył mu się o siatkę z rybami, postanowił przygarnąć psiaka. Mój pies zawsze był radosny. W sumie.. nie raz był przy mnie kiedy płakałam. Jest bardzo czuły i kiedy płakałam wskakiwał mi na łóżko i lizał po policzku, albo tulił mi łebek w kolana. Co prawda nie raz wściekałam się, kiedy kradł mi zabawki z półki, ale myślę że jest najlepszym co mi się przytrafiło. Nawet kiedy krzyknęłam na niego, a on z fochem uciekał do łazienki. Bardzo go kocham. Rok temu w wakację pojechaliśmy do lekarza, kiedy miał problemy z kręgosłupem. Myślałam, że to koniec. Nie dało się go dotknąć i okazało się, że no niestety, naszemu psu wyskakuje dysk i bardzo to odczuwa. Dostał lekarstwo, które do dziś mu podaję, kiedy zaczyna go boleć kręgosłup. Wydaje mi się, ze jest to po prostu lek który o wymieszaniu z wodą uśmieża ból. I tak jest, wtedy mniej go boli. Mimo, że ma 16ście lat, kocha biegać, bawić się. Niestety od pewnego czasu zaczął w nocy piszczeć. Wyprowadzałam go na dwór myśląć, że po prostu chce mu się siusiu bądź to drugie. Nie ukrywajmy, w wieku 16stu lat nie ma się już tak dobrego wypróżniania. Niestety po tygodniu bardzo mu spuchła prawa, przednia łapa. Ma ją mocno spuchniętą, nie jestem lekarzem ale to co zaobserwowałam to to, że nie rusza nią. Czasem się oprze, ale nie rusza. Niby nie boli go, bo nie raz mu masuje ją dokładnie, to podejrzewam że jest to martwica. Po prostu krew mu nie dochodziła. Byłam w piątek u weterynarza i powiedział mi wprost, że noga do amputacji, ale musze się dobrze zastanowić, bo pies może nie przeżyć, a nawet jeśli amputujemy to nie za bardzo będzie miał jak się podpierać. Wczoraj było jeszcze gorzej, zaczął wymiotować, ale nie jedzeniem a krwią. Ta krew była czarna. Nie chodzi, nie załatwia się, zatem postanowiliśmy dziś jechać do całodobowego weterynarza i go uśpić. Mam jednak wrażenie, że jestem okropna. Czuje się jak kat. Cholernie przeraża mnie, że mój psiak nagle przestanie czuć cokolwiek, przestanie czuć że jestem obok. Momentami tak patrzy się na mnie, jakby obwiniał mnie za decyzję. Mimo to, nawet etraz kiedy to pisze jest obok, a właściwie leży obok mojej nogi. Czuje się okropnie, bo zupełnie nie wiem czy podejmuję dobrą decyzję, ale wiem jedno.. Że jeśli będzie trzeba go uśpić, to ja z nim zostanę. Chociaż by miał mieć padaczkę od nerwów, bądź posikać się, bądź cokolwiek innego, będę tam z nim. Nie mogę dopuścić, aby odszedł sam. Będę tam i będę go trzymała za łapkę, aby wiedział że jestem obok niego i że go bardzo mocno kocham.

Share this post


Link to post
Share on other sites
31 minut temu, Sowa napisał:

Olciak, to jedyna możliwa decyzja. Oszczędzasz psu umierania w cierpieniu. Mów do niego, kiedy będzie zasypiał na zawsze.

 

Zamierzam. Chce by czuł w ostatnich chwilach, że jestem przy nim i zresztą mój tata i moja mama też. Właśnie na 20stą jadę do miłej Pani Weterynarz, więc spędzam z nim ostatnie chwile.

Swoją drogą podziwiam weterynarzy. Ja przy każdym psie, którego musiałabym uśpic chyba bym się zapłakała. ;(

Share this post


Link to post
Share on other sites

Skoro masz 12 lat,wszystkie decyzje podejmą rodzice.Ty (w razie takiej konieczności) pożegnaj się z Przyjacielem i o niczym więcej nie myśl...

Ze wszystkim poradzi sobie weterynarz,a Ty tylko wiedz - że piesek nie będzie cierpiał,że nic go nie zaboli.

Wspólczuję Ci bardzo....

Share this post


Link to post
Share on other sites

Dwa dni temu, 28marca około godziny 18 spotkał mnie najbardziej przykry i najokropniejszy moment mojego życia - śmierć mojej wiernej przyjaciółki... 17-letnia Nela.. Była ze mną od 7 roku życia, wspierała mnie w najtrudniejszych momentach, pomagała mi dojrzeć, poznała moje pierwsze koleżanki, pierwszego chłopaka, pierwsze wzloty i upadki, dorastała ze mną. W ciężkich chwilach w psi sposób pocieszała mnie i podnosiła na duchu. Nie, to nie jest moment kiedy jestem gotowa aby o tym pisać, nigdy chyba nie będę gotowa na przyjęcie do wiadomości czegoś takiego, po prostu potrzebuje rady, pocieszenia, skarcenia, czegokolwiek, chce coś usłyszeć od osób które jak ja musiały przechodzić przez coś takiego. Może dostane odpowiedź jak się z tym pogodzić? jak w ogóle dalej z tym żyć.. Jak przystało na jej sądny wiek moje biedactwo było już bardzo schorowane. Jej problemy zaczęły się około 3 lat temu. Najpierw niedowład w tylnich nóżkach, wyleczony zastrzykami , następnie rozdrapana rana na jej najukochańszej mordce która jak się okazało spowodowana była niezdrowym ząbkiem (bolało, drażniło aż stopniowo rozdrapywała bolące miejsce z zewnątrz) wiele wizyt u lekarzy, zabiegi, gwarancja ze będzie dobrze po wyrwaniu ząbka (jedynego jakiego straciła do końca swojego życia) ale nie było do ostatnich dni miała niegojącą się ranę (pewnie ze względu na wiek krzepliwość krwi nie była w najlepszym stanie tak jak zresztą gojenie) . Kolejna przypadłość - ropień na nóżce, momentalnie urósł, wystarczyła jedna noc aby utworzył się ropień który następnego ranka po prostu pękł, wizyta u weterynarza, narkoza, zabieg, ciągnący się czas rehabilitacji ale zakończony sukcesem, nóżka była całkowicie zagojona i sprawna. W między czasie zaczęły tworzyć się małe guzki na jej brzuszku które w bardzo szybkim tempie postępowały i rozsiewały się po całym ciele. Oczywiście skonsultowaliśmy się z weterynarzem co robić jak tego uniknąć jak jej pomóc. Każda jej choroba i cierpienie była dla mnie ciosem ale to co wtedy usłyszałam było największym "Państwa pies ma raka, z każdym dniem będzie coraz bardziej chudła, będzie więcej piła niż jadła, powoli to wszystko będzie postępować..." moja psinka jak to pani weterynarz powiedziała w wieku 15 wtedy lat miała serce młodego 5 letniego psa, jedynie to utrzymało mnie w nadziei ze wszystko będzie dobrze i jakoś się ułoży. Guzki były operacyjne jednak pani weterynarz stwierdziła, że żaden weterynarz nie podejmie się tak obszernego zabiegu, gdyż jedyną opcją byłoby wycięcie dwóch płatów skóry od szyi aż po nóżki, jeśli w ogóle przeżyłaby zabieg to rehabilitacja byłaby tak uciążliwa, że męczyłaby się życiem, lepiej było zostawić ją w takim stanie aby spokojnie mogła przeżyć starość, tak też zrobiliśmy. Nie miała objawów, nie męczyła się, jednak tak jak powiedziała pani weterynarz choroba zaczęła postępować, chudła, miała problemy z wypróżnianiem, nie chciała wychodzić na dwór, ciągle spała na zmianę z jedzeniem i piciem. Mimo tego, że dużo jadła wciąż chudła coraz bardziej. Na sam widok chciało się płakać jednak widząc, że się nie męczy chcieliśmy jej pomagać jak najdłużej. Przez ostatnie miesiące choroba zaczęła bardzo dawać o sobie znaki. Po oczkach było widać, że ślepnie, zaczęła też głuchnąć. W ostatnich dniach swojego życia przestała panować nad trzymaniem moczu, nawet nie wiedziała kiedy to robi, wymiotowała.. W dzień przed podjęciem najtrudniejszej decyzji w moim życiu przestała mieć czucie w nogach, nagle upadała na mordkę, oddech był płytki i nierówny, w nocy zastanawiałam się czy ujrzę ją kolejnego dnia i chciałam jak najbardziej odwlec ta chwile.. Niestety popołudniu zdecydowaliśmy, że nie możemy jej dłużej męczyć. Najgorsze było pytanie do samej siebie kto się bardziej meczy, moja psinka która nie daje znaków o bólu a jej oczy mówią, że chce żyć jednak widać było, że dzieje się coś strasznego czy ja egoistka która chce utrzymać psa jak najdłużej przy życiu, a może to nie egoizm tylko wiara w to, że będzie lepiej.. Co rusz nasuwały się kolejne pytania na które nie znałam i już nigdy nie poznam odpowiedzi. Przed wyjazdem do weterynarza, w trakcie jak i na miejscu szlochałam niemiłosiernie jednak wiedziałam, że nie mogę jej zostawić samej w takiej chwili, chociaż tyle mogłam dać od siebie po 17 latach przyjaźni wiernej i oddanej przyjaźni i miłości, podejrzewam ze jedynej szczerej w moim życiu. Zostałam z nią do końca, do momentu kiedy usnęła na zawsze. Mam do siebie ogromny żal, czuję, że odebrałam życie przyjaciółce która była mi oddana i bezgranicznie mi ufała, czuje że zrobiłam coś niewybaczalnego, coś z czym nie pogodzę się do końca życia. Dzień w dzień noc w noc zastanawiam się czy to było jedyne wyjście. Wiem że przedłużanie na siłę jej życia w mękach tylko pogorszyłoby sytuacje nie tyle moja co jej.. Kiedy zasypiała i spojrzała mi w oczy nie widziałam ulgi tylko żal, żal do mnie ze do tego dopuściłam, że nie zabrałam jej i nie uciekłam daleko tylko z nią, ale czy to by coś dało? Czy da się odwlekać ten straszny moment w nieskończoność? Powiedzcie mi błagam czy popełniłam niewybaczalny błąd czy to była jedyna opcja ratunku przed śmiercią w mękach, czy to ja jestem katem który zabił a nie pomógł.. Teraz siedzę w naszym ulubionym miejscu, pisze, wspominam i płacze, płacze tak jakby to miało zwrócić zdrowie i życie mojemu pieskowi, mojej ukochanej Nelce.. Błagam Was doceniajcie każda najdrobniejszą chwilę ze swoimi pupilami, doceniajcie tak abyście mogli tak jak ja w ostatni sądny dzień wspólnie mieć świadomość jak piękne było wasze wspólne życie razem.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Bardzo mi przzykro ale i tak zazdroszczę tego wieku, moje nigdy tyle nie dozywały, zabijał je przeważnie rak. Wiem, że mimo wszystko cierpisz ale czas goi ból a lekarstwem na tęsknotę będzie nowy piesek,ktoremu dasz dom  i serce.

Share this post


Link to post
Share on other sites

I mnie przyszło trafić na ten wątek.. co prawda ja jestem jeszcze przed... ale wiem, że ten dzień zbliża się raz mniejszymi a raz większymi krokami. To nie będzie pierwsza eutanazja z jaką przyjdzie mi sie zmierzyć... ale człowiek w różnym wieku różnie to przechodzi.... z wiekiem świadomość i odpowiedzialność rosną przez to dając zupełnie inny wachlarz odczuć, emocji, wniosków.... 

Maszka ma teraz skończone 12 lat, a że to malamut (w sensie duży pies), więc wiek już słuszny. Na razie wspomagamy się środkami przeciwbólowymi, w najbliższym czasie czeka nas wizyta u weta w celu dokładnej diagnostyki. A ja co... latam z aparatem na każdy spacer i łapię w kadr ostatnie szczęśliwe chwile mojego psa... 

Ja jako były pracownik służby zdrowia staram się mieć dystans, ale nie pozbawiony empatii wobec własnego zwierzaka, przyjaciółki, towarzyszki doli i niedoli... To bardzo delikatna współzależność... wiem, że ode mnie zależy jak będzie wyglądała ta ostatnia prosta mojego psa. Wiem na pewno, że nie pozwolę by cierpiała, nie chcę jej narażać na  mało rokujące próby jej ratowania , na siłę nie będę przedłużać życia, które miało by się wiązać ze stresem, strachem i tak czy siak z bólem. Do tej pory miała godne i szczęśliwe życie i nie chcę tej końcówki upadlać..

Zasadniczo na starość nie ma lekarstwa, Maszka ma to szczęście, że dopiero teraz jej zdrowie zaczyna się sypać w sposób znaczący....  

Póki co żyjemy z dnia na dzień, wzrusza mnie jej sen, jej leniwe poranki, i wybrzydzanie przy misce. Doceniam po stokroć jej miny i wszystko mówiące spojrzenia... celebruję każdy dotyk i wtulanie się w jej miękkie, misiowate futro,  dbam by każdy dzień był pogodny, nie pozbawiony pieszczot, i uwagi... tyle mogę. 

a to zdjęcia z dzisiejszego spaceru..

 

DSC_0025.JPG

DSC_0069.JPG

DSC_0071.JPG

DSC_0255.JPG

Share this post


Link to post
Share on other sites

Rozumiem co przeżywasz bo przeszłam przez to wiele razy a teraz mam tak samo jak ty - moja sunia ma 12,5 roku, na razie nie cierpi ale ma coraz słabsze łapiny i też martwi mnie jedno - żeby nie przestała chodzić bo to jest rottka więc na ręce jej nioe wezmę a poza łapkami nic jej nie dolega, nic nie boli, ma humor, apetyt i to dla mnie jest najgorsze bo kiedy umierały mi psy na raka z czystym sumieniem skracałam im męczarnie i umieranie w bólu ale teraz modlę się, żeby usnęła zanim przestanie chodzic. A tak odeszła mi tylko jedna sunia - wieczorem się położyła spać a rano już nie żyła, odeszła we śnie bez bólu, chorowania.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Maszki łapy też pozostawiają wiele do życzenia, ... skrawki podłogi bez dywanów często sprawiają, że łapy jej się rozjeżdżają na wszystkie cztery strony i psina ląduje na brzuchu.... najbardziej niedomaga tył... pilnuje dywanów jak tylko może ...  ale z tym nie walczę  bo wiem, że to proces nieodwracalny i postępujący .... tak jak mówiłam wcześniej, to jest starość i tego nie da się wyleczyć. Ja ze swojej strony mogę tylko podtrzymać doopkę w odpowiednim momencie, pomóc wstać, położyć jeszcze jeden dywan....

Share this post


Link to post
Share on other sites

No właśnie, mojej też na śliskim łapki się rozjeżdżają, porozkładałam gdzxie się dało dywany i chodniki i też pilnuję, żeby podeprzeć w porę. Na spacerach czasem się potyka na przednią łapkę i podpiera nosem choć od kiedy daję jej taką odżywkę dla seniorów jest dużo lepiej. To jest LUPO Cox GRA dla seniorów, djaje efekty bo potykanie zdarza się jej bardzo rzadko a wcześniej to podpierała się czołeml ;ub padała na pupę i z trudem się podnosiła a teraz jej się to nie zdarza.

Ale też wiem, że na starość nie ma rady, ona i tak żyje mi najdłużej ze wszystkich rottków a mam je 35 lat.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Widze ze nie tylko ja mam tu smutna opowiesc ktora chce sie podzielic:

Moj pies Sonia ktora miala DOPIERO 6 lat byla bardzo szczesliwa i slodka sunia...do czasu

Pewnego dnia gdy moja mama pojechala do mojej siostry we wroclawiu cos sie psu zaczelo dziac, nie jadla, nie pila, wymiotowala, po paru godzinach NIE MIALA juz czym wymiotowac wiec wymiotowala sama woda. Myslelismy ze jej przejdzie ale nie...

Bylo coraz gorzej (miala wrodzone ataki padaczki) ale tabletki jej pomagaly...Nie tym razem. Miala te ataki coraz czesciej i trwaly one dluzej. Potrafila je miec 6 razy dziennie.

Weterynasz do nas przyszedl. Okazalo sie ze miala AZ 3 chroby jednoczesnie:

zoltaczka

niewydolnosc watroby

niewydolnosc  trzustki

Pies lezal ciagle pod kroplowkami, praktycznie caly dzien spal, nie mogl chodzic, jesc dostawal rzadko (zeby nie wymiotowal), picie tak samo. 

Byla opcja operacji ktora nie miala 100% szans na udanie, moglo to ja po prostu zabic.. a ze nie chcielismy zeby sie meczyla postanowilismy ja uspic. 

Ja bylem w domu. Mama i tata poszli ja uspic. Po wszystkim tata pojechal z jej zwlokami do lasu by je zakopac. Nie moglem tego wytrzymac. Dwa dni plakalem. 

A teraz tylko wspominam jakim slodkim byla pieskiem. Byl to pies jamniko-podobny. Teraz mamy 3,5 miesieczna Lene tez kundel. Mimo ze sie juz do niej przywiazalismy to nie mozemy (albo nie chcemy) zapomniec o Sonii. Mialem ja od wieku 7 lat... Mama przychodzila z nia po mnie do przedszkola. Obecnie jestem w 7 klasie. Fainie ze gdzies na internecie mozna komus sie wyzalic i opowiedziec swoje smutne historie. Szkoda ze tak sie musi dziac ze psy choruja (czasami umieraja). 

Koniec

Share this post


Link to post
Share on other sites

Kiedy wiadomo że to jest już ten czas aby dać odejść pieskowi?

Od 6 lat mam cudownego psa, mieszańca, znajdę zabraną z ulicy która skradła serce całej naszej rodzinie. Nie żartuje, jestem przekonana że moi rodzice kochają go bardziej niż mnie. Dwa lata temu psiak zaczął mieć problemy w wchodzeniem po schodach, tyle łapy przestawały działać. Przeszliśmy po kolei zmianę diety, suplementację, leki przeciwzapalne, sterydy, prześwietlenia itp. itd. Z czasem było coraz gorzej, niestety nie potrafiliśmy długo trafić do dobrego specjalisty. Znaleźliśmy w końcu takiego 500 km od domu, który nie jednego psa postawił na nogi i jeździliśmy do niego co dwa tygodnie. Niestety leki i rehabilitacja nie pomagały, bada za to potwierdziły nowotwór. Wet dał mu wtedy 2-3 miesiące, minął rok a psiunia jest z nami. Tylko coraz częściej zastanawiam się czy to dobra decyzja, czy moje samolubstwo bo nie wyobrażam sobie rozstania z nim...

Piesio nie chodzi już wcale, ma bezwład całego ciała, nie czuje i nie kontroluje fizjologi. Jest przez nas noszony, obracany i pielęgnowany, a mimo to widzę że już coraz ciężej jest mu poruszyć nawet łebkiem. Wiem, że będąc na jego miejscu błagałabym o eutanazję bo bycie zależny ze wszystkim od kogoś to straszne doznanie. Widzę, że jemu tez jest źle już nic go nie cieszy, boi się zostać sam nawet na chwilę (wiek też mu już uszkodził wzrok i słuch). Wiem, że zrobiłam wszystko co mogłam, ale nie potrafię zrobić tego co powinnam. 

Jak się z nim pożegnać? Co zrobić, żeby nie było to dla niego stresujące? I przede wszystkim jak samemu to przetrwać?

Dodatkowo mamy też drugiego psa, też znajdę która pojawiła się znikąd. To jego istny obrońca i opiekun, są nierozłączne i widać jak troszczy się on o tego chorego i go pilnuje. Co zrobić, żeby ta strata nie była tak bolesna dla drugiego psa? Jego resocjalizacja zajęła nam bardzo dużo czasu, dopiero po 3 latach uwierzył że jest bezpieczny i kochany, boje się jak zniesie śmierć przyjaciela.

Straciłam już dwa psy w swoim życiu ale odeszły same, pierwszy raz to ja muszę podjąć decyzję i bardzo przydałaby mi się porada kogoś kto to przeżył.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Spróbuj odpowiedzieć na pytanie,co pies ma z życia...co mu sprawia radość...jest coś takiego?Pies cierpi psychiczne (I zapewne fizyczne) męczarnie,bo sam nic nie może zrobić...a przede wszystkim nie moze sie poskarzyć...Niby to wszystko wiesz,a jeszcze się zastanawiasz I stawiasz swoje dobro na pierwszym miejscu.(" I przede wszystkim jak samemu to przetrwać? ")To jest w tym momencie,a przynajmniej powinna byc - sprawa drugorzędna...na pierwszym miejscu jest pies.Więc okaż się prawdziwym przyjacielem,kochającym opiekunem I skróć cierpienie tego stworzenia,które Tobie ufa najbardziej,nie zawiedz go,spraw,żeby nie cierpiał.Zdecydowana większość forumowiczów musiała się zmierzyć z taka decyzją,to oznaka prawdziwej miłości do psa.W przeciwnym razie,to tylko ochrona I podbudowywanie własnego ego...mozna to tez nazwać egoizmem.

Drugi pies...zwierzęta inaczej pojmują śmierć.Pies jakis czas będzie tęsknił,ale fakt odejścia kolegi nie sprawi,że straci poczucie bezpieczeństwa.

Roxi...nie po raz pierwszy przywołam tu powiedzenie,że skrócić cierpienie zwierzęcia lepiej jest o godzinę za wcześnie,niż o minute za późno...Rozważ to I - trzymaj się,bądz silna.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Create an account or sign in to comment

You need to be a member in order to leave a comment

Create an account

Sign up for a new account in our community. It's easy!

Register a new account

Sign in

Already have an account? Sign in here.

Sign In Now

Announcements

×