Jump to content
Dogomania
UlaFeta

Praskie kociaki słodziaki, czyli czym się kończy chodzenie na "skróty"

Recommended Posts

Zacznę od początku :)

Na początku sierpnia, biegnąc (na skróty) do tramwaju zobaczyłam na sąsiednim podwórku dwa malutkie kociaki, tak na moje oko dwumiesięczne. Stanęłam jak wryta. Nigdy tam kotów nie widziałam, ale też na skróty nie chodziłam :) 

Całą drogę do pracy myślałam co mogę dla nich zrobić. Jak im pomóc. Kupiłam karmę i poszłam wieczorem zobaczyć jaka jest sytuacja.

Dodam, że podwórko, na którym buszują koty nie jest ogrodzone i ludzie tam mieszkający do przyjaznych może nie należą, ale krzywdy kotom nie zrobią. Natomiast zbierają się tam panie i panowie, którzy za kołnierz nie wylewają. Towarzycho cud, miód i orzeszki.

Ale do rzeczy. Najpierw zadzwoniłam do Oleny, bo ona koty ma. Myślałam, że poleci mi jakaś fundację. Niestety Olena ma koty ze schroniska i pomóc mi nie mogła. Jeszcze telefon do Kejciu i też nic. Zaczęłam szukać w necie jakiej kociej fundacji. 

Zadzwoniłam w poniedziałek do Jokota, ale nikt nie odbierał :( Jakie było moje zdziwienie, jak Pani Prezes fundacji do mnie oddzwoniła.

Opowiedziałam cała historię i od razu byłam uprzedzona, że kotów nie przyjmują, ale mogą pomóc w kastracji (jak się uda koty złapać).

Umówiliśmy się na telefon w środę. Zadzwoniłam i Pani Prezes podała mi telefon do wolontariuszki, która zajmuje się łapaniem. Zadzwoniłam i umówiłam się z Agnieszką na następny dzień, a właściwie noc. Zostałam uprzedzona żeby kotów nie karmić. I tu zaczął się problem, bo oprócz mnie jeszcze ktoś te koty dokarmiał. Napisałam kartki z prośbą o nie karmienie i przykleiłam do szyb (na parterze nikt nie mieszka) Oczywiście nie napisałam, że będą zabrane na kastracje tylko do weta. Wzbudziłam zainteresowanie pana, który okazało się, że mieszka w tej kamienicy co za kartki przyklejam. Wytłumaczyłam w czym rzecz i dał sobie spokój.

Wracając do domu usłyszałam rozmowę (ciepło, okna otwarte) "jak zabiorą koty to SZCZURY będą" Na co facet odpowiedział ,że koty wrócą.

Rano idąc do pracy kartki były, ale pewności czy ktoś zaniósł michę nie. Przyjechała Agnieszka i udało się.

Najpierw złapał się kociak, a później matka. Pojechały do fundacji :))

Kociak okazał się chłopakiem i został w fundacji (wielkie dzięki) i będzie szukał domu. Dostał imię Snopek :)))

Przepiękna marmurkowa Matka po kastracji wróciła. Super to wyglądało jak Aga ją wypuszczała. Wyskoczyła z kontenerka, zatrzymała się na chwile, obejrzała, pomyślała i czmychnęła.

Został jeszcze jeden. Nazwałam go Cwaniak, bo z nim łatwo nie było:)

Share this post


Link to post
Share on other sites

"Jak kot nas przechytrzył"

Na następną NOC Aga przyjechała znów. Rozstawiłyśmy klatkę i czekamy :)

Czekamy, czekamy i NIC. Żarcie nie działa. Poleciałam do domu po rybę wędzoną. Na szczęście miałam. Też nic. To mówie, "może na tuńczyka w oleju się skusi" I znów do domku. Na szczęście jest to sąsiednie podwórko :) blisko.

I wyobraźcie sobie ze był uprzejmy się skusić:) Zżarł co było na wejściu do klatki, zawinął się i wyszedł. Nie przeszedł dalej, żeby zapadnia się zamknęła. Taki Cwaniak.

Aga zwinęła klatkę i się rozstałyśmy. Umówiłyśmy się na następną NOC. Ona była na urlopie, a ja o 4 musze wstać :(

Dodam, że była 24.30. :(

Share this post


Link to post
Share on other sites

"Kto jeszcze karmi Koty"

Aga przywiozła dużą klatkę, taką 1,50/1,50, ale klatka owa zamykana jest na sznurek :) Jak kot wejdzie to trzeba pociągnąć za sznurek i wtedy zamyka się wejście. Sznurek ma około 10 m długości. Czekamy, czekamy i nic :( Kota nie ma :( Kamfora.

W tak zwanym międzyczasie, Aga przeszła, cicia i nadepnęła niechcący na sznurek. Huk jak 100 nieszczęść. No to teraz klops. Ale niezrażone czekamy dalej :)) Może wylezie. Nic.

To poszła do "nocnego" i kupiła paprykarz szczeciński (ktoś jeszcze pamięta) Zrobiłyśmy ścieżkę do klatki. Czekamy dalej. Nic.

Dziewczyny środek nocy, a ruch jak na Marszałkowskiej, wszyscy na "skróty" do nocnego. Wiadomo po co :) I przechodząc koło nas ani razu nie nadepnęli na sznurek. A ja robiąc kolejny obchód, zaczepiłam nogą i znów huk.

No to nici z łapanki, ale Aga mówi, że skoro już tyle czekamy to może dowiemy się kto jeszcze dokarmia koty. (jest 2 w nocy) przysnęłam w samochodzie, Aga na czatach :)

I nagle ukazuje się postać. Stanęła jak wryta, jak zobaczyła otwartą klatkę, bo nie wiedziała co się dzieje. Wyszłyśmy z samochodu i zaczęłyśmy rozmawiać. Okazało się, że pani dokarmia koty około 3 rano!!!!!!!! :) ale do niej też nie wychodzą. Po prostu kładzie karmę na okienka piwniczne i odchodzi. Ustaliłyśmy, żeby nie karmiła, bo się nie złapie Cwaniak jeden.

O godzinie 4 !!!!!!! rozeszłyśmy się do domku i umówiłam się z Agnieszką na niedziele.

Rozwiesiłam znów karki w wiadomym miejscu, żeby komuś nie przyszło do głowy rozłożyć karmę.

Share this post


Link to post
Share on other sites

"Jak złapać kota, nie drażniąc sąsiadów" Nie da się :(

Niedziela. Przyjeżdża Agnieszka. Rozstawiamy klatkę (dużą) nagle głos "nie zabierać kotów" .Pani z 3. pietra zabrała glos!!!!!. Zatkało nas. Więc tłumaczę, że zabierzemy do weta i wrócą. Nie dociera, drze się dalej. To i ja się wydarłam ''karmi pani te koty" i słyszę "tu NIKT kotów nie karmi". Dalsza dyskusja z babą wydała się zbędna.

Klatki nie zabrałyśmy, ale i Cwaniak nie wyszedł :((

I to był ostatni dzień/noc łapanki ;:( Na razie.

Spróbujemy na koniec miesiąca.

A ja codziennie wieczorem latam do kota i mu tłumaczę jaki jest głupi :)) I tak sobie gadamy

Ja wołam ci,ci,ci ty głupi kocie 

a kot 

miau, miau i wyłazi z piwnicy takie nieszczęście 

Kolacje podano!!!! i czekam aż zje. Trochę się już oswoił i bardzo nie ucieka. Mogę podejść na 3 metry.

Matka nie podchodzi póki nie odejdę, ale co tam ona już wykastrowana. :)

Napisałam podanie do gminy  o karmę dla kotów. Cisza głucha. Póki co karmę kupuje sama.

I takim sposobem rodzina mi się powiększyła :) Feta, bazarkowy Max i teraz koty. :))))

Share this post


Link to post
Share on other sites
2 godziny temu, UlaFeta napisał:

 

To poszła do "nocnego" i kupiła paprykarz szczeciński (ktoś jeszcze pamięta)

Jasne!  :D

1 godzinę temu, UlaFeta napisał:

Warszawski:)

Dokładnie.

Cudo zdjęcie NA CZATACH

cwaniak4.jpeg.69665e5b3da44c57c9415511a7220637.jpg

Share this post


Link to post
Share on other sites
8 godzin temu, konfirm31 napisał:

To i ja się przywitam u Cwaniaka, po starej znajomości ;) 

 

8 godzin temu, jola&tina napisał:

Ja też się witam u Cwaniaka - po starej znajomości :) - i czekam na cd

Witam:)

Dzieki,ze jesteście:)

Share this post


Link to post
Share on other sites
8 godzin temu, uxmal napisał:

Cwaniak Was obserwuje w dzień i w nocy  :))) Mądrala :)

 

No wlasnie.Zeby był trochę głupszy,to już by dupcie grzal w fundacji,bo maluchy u nich zostają.A teraz jak się uda go zlapac,to wroci na podwórko.Zima idzie:(

 

Share this post


Link to post
Share on other sites
6 godzin temu, UlaFeta napisał:

Watek powstal dzięki pomocy jola&tina,ktora krok po kroku mowila jak trzeba go zalozyc.

Jolu dziekuje:))))))))))))))bardzo,najbardziej

Pomoc była niewielka, ale za miłe słowa dziękuję :)

Historię Cwaniaka, jego Matki i brata Ulafeta zaczęła opowiadać na bazarku dla Maxa. Bazarek skończył się a koci problem nadal trwa, stąd powstała myśl,żeby założyć wątek.

Ja jestem taka mało-kotowa :) i niewiele o kotach wiem, ale wizja "kotów miejskich" jest dla mnie bardzo smutna. Niby nie dzieje się im "jawna krzywda": są zdrowe (przynajmniej Cwaniak i Matka), nie są głodne, mają schronienie - w piwnicy :( - są tolerowane  przez ludzi. bo łowią myszy i szczury ale.... Przecież kot nie jest zwierzęciem dzikim, tylko zwierzęciem domowym :)

Share this post


Link to post
Share on other sites

I ja jestem bardziej psia niż kocia, ale kocham wszystkie zwierzaki, a szczególnie te, które człowiek udomowił i..... zdradził. I to zarówno psy i koty, jak i świnie, konie, krowy, że ograniczymy się tylko do ssaków, do których sami się zaliczamy. Nie ma u nas innych dzikich kotów, niż żyjące w lasach  żbiki i rysie (coraz ich mniej :(( ), a kot domowy, pozostaje kotem domowym, nawet jak nazwiemy go wolno żyjącym, czy miejskim. To kot, który wtórnie zdziczał, pozbawiony kontaktu z człowiekiem i jego opieki. I wcale nie jest mu z tym dobrze, chociaż lepiej sobie radzi, niż bezdomny pies ..... 

Share this post


Link to post
Share on other sites

No ja się nie zgadzam. Zawsze u nas były dzikie koty, snuły się po podwórzu, czarujące, miękkie stworzenia, butne i niezależne, wędrujące za swoimi sprawami daleko, wracające kiedyś. Czasem trzeba było zaciągnąć ręczny, wysiąść z samochodu i przepsikać ze trzy, co się w słońcu rozwaliły na środku drogi. Ja kochałam te wolnożyjące koty, bardzo mi ich brakuje (wyłapane i wciśnięte w ciasne 4 ściany gdzieś, bo się zaczęły nazywać bezdomne). Chwała Bogu jeden z sąsiadów wypuszcza dwa swoje domowe grubasy na wolne loty :) można się pogapić i przypomnieć sobie czasy sprzed wystrzyżonych na jeża trawniczków.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Create an account or sign in to comment

You need to be a member in order to leave a comment

Create an account

Sign up for a new account in our community. It's easy!

Register a new account

Sign in

Already have an account? Sign in here.

Sign In Now

Announcements

×