Jump to content
Dogomania
bou

ponownie piszę w dziale BEHAWIOR,

Recommended Posts

choć dotyczy ludzi...

Czasem myślę,że to walka z wiatrakami,ze nie zmienimy toku myślenia niektórych..wieś.Mieszkam tu - jak juz wspominalam trzeci rok.Sąsiada najblizszego mam zdecydowanie prozwierzackiego,po wsi się nie szwendam,więc pewnie wielu rzeczy nie widzę.Ale słyszę rozmowy..dziś moja ekipa budowlana robiąca coś wokol mojego domu,na herbatce - zaczęła rozprawiac o psach..a po co mi taki wielki (bernardynka),pewnie żre jak koń,a czemu "to" nocuje w domu,

nie lepiej cielaka,czy jałowki - nie pamietam juz,ale z "tego" nie ma pozytku,teren zabezpieczony to I zlodziej nie wejdzie (?).I jakos tak rozmowa zeszla na .,..psy,

Slyszę,że tamtego (jakiegoś),to trzebaby 'skasować',bo coś tam,a te dwa Kowalskiego,to pora wytruc,ze to w ogole nie wiadomo o co chodzi - trzymac luzem na podworku nie wolno,na lancuchu tez nie,no skaranie boskie,nawet (!!!) "ksiądz powiedzial,ze nie mozna więcej uwagi poświęcać psom,niz ludziom".

A,bo punktem wyjsciowym bylo zdarzenie,gdzie pies przez szparę między prętami płotu wysadził paszczę i użarł..tez nie pamietam - czy innego psa,czy dziecko.

Podobno w tv było...Nieśmiało zapytalam po co łapkę pchało - to coś użarte...No pani! - nie moze tak byc,zeby pies sie rzucał,nawet przez szpare we wlasnym plocie.A u sąsiada w tamtej wsi,to jak świniaka zagryzł,to juz  "do wieczora go nie było"...I dalej w tym stylu.Stałam I słuchałam,uznałam,że NIC nie zdziałam,ze kazde moje slowe będzie w próżnię.Dawno juz nie było mi tak przykro...tu - na wsi - liczy sie wszystko to,z czego jest konkretna,wymierna korzysc.reszta - bez znaczenia.A leczyć?Sterylizować?Ze o co chodzi????"Ma zyć,to przezyje,jak nie to zdechnie".Wybaczcie - to nie moje słowa,są jak noże...okropność.

A nie jest to najciemniejsza wieś pod słoncem,jest troche gospodarzy,troche młodych po studiach,praca w jakis pobliskich zakladach...135 km od W-wy.A mentalność ciemnoty i okrucieństwa.

Wybaczcie,musialam sie wygadać,zalega mi to jak kamien...Bo wiecie co...po tej gadce,wpadł do mnie kolega z pracy,przywiózł coś tam - niewazne..probowalam mu powiedziec to co Wam,ale widziałam,ze ni w ząb nie łapie o co chodzi...A to taki kolega,co wydawaloby się,ze troche wyższa półka,co to "w domu dużo ksiązek ma" :)..ale slusznie chyba ktos zauwazył,ze ze wsi można wyjechać,ale wieś z czlowieka nigdy nie wyjedzie...Jakie to ,cholera jest wszystko bez sensu...

Share this post


Link to post
Share on other sites
Było takie powiedzenie - dobrego karczma nie zepsuje, złego kościół nie naprawi. Każdy z nas nosi swoją własną, najwłaśniejszą winę - i nie ma co zwalać na innych (kościół - nauczycielka w pierwszej klasie - droga do szkoły pod górkę - niekochająca mamusia - niepotrzebne skreślić) odpowiedzialności za swoje grzechy, błędy i zaniedbania.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Było takie powiedzenie - dobrego karczma nie zepsuje, złego kościół nie naprawi. Każdy z nas nosi swoją własną, najwłaśniejszą winę - i nie ma co zwalać na innych (kościół - nauczycielka w pierwszej klasie - droga do szkoły pod górkę - niekochająca mamusia - niepotrzebne skreślić) odpowiedzialności za swoje grzechy, błędy i zaniedbania.

 

Nie rozumiem  intencji Twojego twierdzenia.?

Ksiądz na wsi,wbrew opinii wielu ludzi - jest jednk autorytetem.Na ogół. 

Podobno każdy 'może zrobić więcej'.No...nie każdy,jak widać,a ja nie obwiniam nikogo,stwierdzam tylko,że takie mam obserwacje - kompletnie różne od tych wielkomiejskich,gdzie pies jest towarzyszem,przyjacielem,nie parobkiem,czy niewolnikiem.Choc pewnie o parobka lepiej dbano...

Share this post


Link to post
Share on other sites

Było takie powiedzenie - dobrego karczma nie zepsuje, złego kościół nie naprawi. Każdy z nas nosi swoją własną, najwłaśniejszą winę - i nie ma co zwalać na innych (kościół - nauczycielka w pierwszej klasie - droga do szkoły pod górkę - niekochająca mamusia - niepotrzebne skreślić) odpowiedzialności za swoje grzechy, błędy i zaniedbania.

Ludzie sa dobrzy i sa zli. Ale nie wszystko jest czarne i biale.  Niektorym ludziom nalezy wskazac wlasciwa droge, uswiadomic pewne sprawy a nawet nauczyc empatii. Swoja role powinna tu odgrywac szkola, rodzice a w srodowisku wiejskim, na ogol  bogobojnym, kosciol. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

To prawda trzeba wskazywać właściwą drogę i uświadamiać pewne sprawy, i uczyć empatii. Zgadzam się z tym, ale najczęściej jest to tylko samozadowolenie z tego że coś się zrobiło, że człowiek nie stał obok tematu, no tak lepiej się poczuje wtedy, że coś zrobił dobrego. Mieszkam na wsi od dłuższego już czasu i wydaje mi się, że to walka z wiatrakami zmienianie mentalności ludzi, tu na wsi w moich stronach. Potrzeba bardzo dużo czasu, może kilka pokoleń. Wiadomo, nie każdy robi krzywdę zwierzęciu umyślnie, ale tak robił jego dziad i pradziad i on też tak robił będzie. Raz interweniowałam, powoływałam się na mądrość i dobroć osoby, by zmusić ją do właściwego potraktowania psa, niestety pod moim adresem usłyszałam groźby. Sama mam psy, więc to już nie chodziło o moje bezpieczeństwo, ale o te psy.

Psie życie na wsi nic nie znaczy, psy nie żyją tu długo. Zjedzenie kury, ugryzienie kogoś, czy znudzenie nim samym, może być dla psa wyrokiem. Czasem darmozjad za dużo kosztuje, bo zjada worek suchego chleba na miesiąc np. Najgorsze, że dzieci nie mają dobrego przykładu i krąg się zamyka, dorosłe robią tak jak ich przodkowie. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Nie rozumiem intencji Twojego twierdzenia.?
Ksiądz na wsi,wbrew opinii wielu ludzi - jest jednk autorytetem.Na ogół.
Podobno każdy 'może zrobić więcej'.No...nie każdy,jak widać,a ja nie obwiniam nikogo,stwierdzam tylko,że takie mam obserwacje - kompletnie różne od tych wielkomiejskich,gdzie pies jest towarzyszem,przyjacielem,nie parobkiem,czy niewolnikiem.Choc pewnie o parobka lepiej dbano...


Nie dbano, o siebie też nie dbają, nie dbaja o dzieci własne. Tak, może ubrane te dzieci coraz lepiej, ale to jak wychowywane...Na ssi zwierzę nadal jest niemal czysto użytkowe, a że pies jest tani i łatwo dostępny traktuje się go gorzej niż inne zwierzęta. Zmiana mentalności trwa bardzo długo, doraźnie wracamy do podstaw: sprawić, aby posiadanie psa było kosztowne.

Share this post


Link to post
Share on other sites
Gdyby ksiądz na wsi naprawdę był autorytetem, wieś byłaby sielska i anielska, ludzie traktowaliby siebie nawzajem z sympatią i szacunkiem, a chyba nie zawsze i nie wszędzie jest tak dobrze. Z ambony raczej nie padają wezwania do sąsiedzkich waśni, ale jakoś ten znak pokoju przekazywany od święta w kościele nie pomaga na co dzień. Nie tylko na wsi - Kraków to raczej już nie wieś, kościołów pod dostatkiem, są nawet msze połączone z błogosławieństwem dla zwierząt, a na psie wybiegi wrzucono kawałki kiełbasy naszpikowane haczykami na ryby i żyletkami. Nie sądzę, aby ktoś specjalnie przyjechał ze wsi z takim upominkiem dla miejskich psów. I nie tylko dla psów - na jednym z krakowskich osiedli dolano nieco trucizny do pojników dla ptaków.

Share this post


Link to post
Share on other sites

@Sowa

 

To nie ja powołałam sie na księdza,tylko budowlańcy,to oni użyli określenia 'nawet ksiądz',co oznacza,że to dla nich coś znaczy.Ale to nie o o to chodzi.I na pewno nie o sielankę.

Chodzi o tę mentalność,o to przedmiotowe traktowanie psów,o przyzwolenie na to.Dobrze to podsumowała Cavecanem.

A patologia,okrucieństwo zdarza się wszędzie,to jasne.

Tylko że, na wsi,taka mentalność (to też przecież okrucieństwo) - to norma.Tu wyjątkiem jest empatia,a w osrodkach wielkomiejskich wyjątkiem jest - patologia. Myślę,że mocno uogolniając - można to tak ująć.

 

Miłego dnia wszystkim! :)

Share this post


Link to post
Share on other sites
Miłego już nie, bo temat dość przygnębiający. To przedmiotowe traktowanie zwierząt nie jest niestety tylko wiejską cechą. Psy w masowych hodowlach traktowane przedmiotowo, psi sport stwarzający swymi wymaganiami nieuchronne urazy, psia moda promująca przez dobór genetyczny zdeformowane zwierzęta, a i niektóre schroniska zarabiające na psim nieszczęściu.

Bou, poprawmy sobie nastrój, szarlotką albo grzańcem, co wolisz - grzaniec serwowany jest właśnie na krakowskim Rynku. Dorożkarskim koniom, czekającym cierpliwie na kolejnych klientów, kręci się chyba w głowach od samego zapachu. Swoją drogą, jak to dobrze, że do tych koni nie dotarła jeszcze moda na szczupaczy pysk, trudniej byłoby chyba im pracować.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Bou - "tu wyjątkiem jest empatia, a w ośrodkach wielkomiejskich wyjątkiem jest - patologia" - dobrze ujęte. Przeszłam już wszystkie etapy, jeśli chodzi o zamieszkiwanie - od największego miasta w naszym pięknym kraju, przez małe miasto, aktualnie jest to wieś, i wielkie rozgoryczenie tym co tu postrzegam. Najgorsze, że jest to niereformowalna rzeczywistość. Trzeba by zacząć tu chyba pracę od podstaw, czyli od wychowywania najmłodszego pokolenia, uwrażliwiania go, ale kto to uczyni?, szkoła?, telewizja?, jakiś dogomaniak? I nie chodzi tu o ot, by pies leżał na kanapie, chrupał drogą karmę, chodził na zajęcia jakieś tam, ale by miał chociaż to minimum, a więc ciepłe schronienie, pełną michę, dostęp do weta w razie czego i zainteresowanie człowieka.

Share this post


Link to post
Share on other sites
To powiem tak. Kiedy zamiaszkałam na wsi, takiej prawdziwej, w górach, na końcu wsi ( dosłownym, asfalt się kończył i zaczynał las), sąsiad miał dwa psy, małego i dużego. Duży na metrowym łańcuchu przy budzie, mały luzem. Były krowy, koń, kury. Koń nigdy na łąkę nie chodził ( bo mu zaszkodzi).
Sprowadziałma się ja i moje psy i koń. Koń dostał hektar ogrodzonej łąki, od rana do nocy po niej łaził. Psy w domu. Po jakimś czasie okazało się, że koń sąsiada też wychodzi na wybieg, sąsiad nie musi demolowanej stajni naprawiać, że pies na łańcuchu dokonał zywota, ale za to kolejny dostał kojec, większość czasu otwarty. Wcześniej psy jak chorowały to albo zdrowiały albo zdychały, a teraz wilczur był pierwszym we wsi psem co pojechał do weta, co więcej miał operację i śruby w połamanej nodze. Cała wieś oglądała zadziwiona.
Nadal nie jest różowo, nadal rotacj apsów jest spora ( parwo, nosowka, wiek), krowy są bezmyślnie i okrutnie pętane ( łeb do nogi), ale coś drgnęło. Pojechał sasiad pierwszy raz w życiu za granicę i zobaczył grodzone pastwiska dla krów, i też swoim krowom ogrodził.
Na siłe nic się nie da. Pokazać, że można inaczej i liczyć ze "moda" się przyjmie. Najgorszym wyjściem jest przyjazd. "Państwa" z miasta w celu prawienia morałów. Wtedy rośnie mur i opór.

Share this post


Link to post
Share on other sites

... a ja wspominam moją daleką krewną, wdowę, w maleńkiej wsi na Śląsku Cieszyńskim. Owczarkowata suka na łańcuchu - długim, w budzie ciągła wymiana słomy. Rano śniadanko, po południu obiadek dokładnie taki sam, jak wszyscy domownicy :smile:, najczęściej kura w rosole. I w ciągu dnia parę razy odpięcie z łańcucha - zawsze, gdy był pretekst żeby pies poszedł z kimś z rodziny, w pole, po krowy, z wizytą do sąsiada...

 

Pewnej zimy suka zaniemogła, starsza kobiecina (153 cm wzrostu) taszczyła ją na rekach kilka kilometrów do weterynarza bo nie miała żadnego transportu, i tak codziennie, na zastrzyki z antybiotyku.

 

Prosta, wiejska kobieta.

 

To naprawdę zależy od człowieka i jego wrażliwości / empatii.

 

Patrząc co potrafią z psami wyprawiać "młodzi wykształceni z wielkich miast" naprawdę trudno byłoby kategoryzować, kto, skąd jest "niedobry" dla zwierzątek a kto "dobry" z natury.

Share this post


Link to post
Share on other sites

A ja mieszkając teraz na wsi mam takie obrazki w pamięci:

Leje trzy dni, a przez ten czas, w polu gołym stoi pies uwiązany na góra metrowym grubym, sznurku, między czteroma patykami /daszek z folii zwiało/. Mokry -  stoi i szczeka, i wyje, jakby w amoku, bez picia i bez jedzenia. Pilnuje, by dziki ziemniaków nie wykopały. 

Upał ponad 30st., jedzie sobie samochód, do niego uwiązany pies, przemieszczał się tak kilka kilometrów.

Pies darmozjad, co jadł za dużo, długo nie żył.

Pies co ganiał kury, bo był głodny też nie pożył długo.

To tylko parę takich przykładów. Tak, jestem z miasta, przeprowadzając się jednak na wieś, nie stawiałam sobie za cel prawienie morałów komuś, ja tylko prosiłam, tłumaczyłam, że psy też czują.  Lepiej nic nie mówić? 

Od kilkunastu lat bytuję tu i mogę powiedzieć, że nie widzę jakiś istotnych zmian, a ludzie przecież mają oczy i widzą jak pies może żyć.

Takie drastyczne przypadki nie bywają tu u każdego i codziennie, ale jednak bardzo często tak się zdarza. I piszę nie dlatego, ze wsi nie lubię, ale że akurat ten temat bardzo poznałam.

Share this post


Link to post
Share on other sites
U mnie ksiadz powiedzial, zeby pieniadze na ludzi dawac, a nie na zwierzeta. Takie mial przeslanie z okazji swiat i okoloswiatecznych zbiorek.

Ulice dalej, zamkniety w klatce metr na poltora (mniej wiecej), karmiony suchym chlebem egzystuje owczarek szkocki. Srodek miasta, a takie obrazki widac. To nie kwestia miejsca zamieszkania tylko mentalnosci ludzi.

Share this post


Link to post
Share on other sites

A ja mieszkając teraz na wsi mam takie obrazki w pamięci:

Leje trzy dni, a przez ten czas, w polu gołym stoi pies uwiązany na góra metrowym grubym, sznurku, między czteroma patykami /daszek z folii zwiało/. Mokry -  stoi i szczeka, i wyje, jakby w amoku, bez picia i bez jedzenia. Pilnuje, by dziki ziemniaków nie wykopały. 

Upał ponad 30st., jedzie sobie samochód, do niego uwiązany pies, przemieszczał się tak kilka kilometrów.

Pies darmozjad, co jadł za dużo, długo nie żył.

Pies co ganiał kury, bo był głodny też nie pożył długo.

To tylko parę takich przykładów. Tak, jestem z miasta, przeprowadzając się jednak na wieś, nie stawiałam sobie za cel prawienie morałów komuś, ja tylko prosiłam, tłumaczyłam, że psy też czują.  Lepiej nic nie mówić? 

Od kilkunastu lat bytuję tu i mogę powiedzieć, że nie widzę jakiś istotnych zmian, a ludzie przecież mają oczy i widzą jak pies może żyć.

Takie drastyczne przypadki nie bywają tu u każdego i codziennie, ale jednak bardzo często tak się zdarza. I piszę nie dlatego, ze wsi nie lubię, ale że akurat ten temat bardzo poznałam.

 

 

Tak....myślę,że to "niedobre" zdecydowanie góruje nad 'dobrym' w życiu wsi...Twoje przykłady są skrajnie drastyczne,Berkowy przykład - skrajnie hm..optymistyczny.

I to nie tak,że co kto widzi...Pewnie,w mieście też jest sie do czego przyczepić i z czym walczyć - hodoFle,sporty urazowe (wpis Sowy) ,nieodpowiedzialni wlasciciele etc.

Ale polski rolnik musi jeszcze dłuuuuuuugo dorastać do miana opiekuna psa,któremu  wraz z wiekiem np. nie wrasta w szyję sznurek.I nie dam sobie wmówić,że jest inaczej.Nawet wyobrażając sobie wiejską kobietę niosącą psa na rękach do weta.Nawet mając sąsiada rolnika,który do kichającego kota wzywa weta.Wszak wyjątki potwierdzają regułę.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Znam pracowników wielkomiejskich korpo którzy opowiadają np. że pies może załatwiać się raz na dobę. I według tejże reguły trzymają swojego dobermana. :-(  A pies ma tak wbite do glowy że nie wolno załatwić się w domu, że ... trzyma. Jęczy, ale trzyma. Na razie jest dość młody, zobaczymy co będzie dalej.

 

A mój przykład nie był "skrajnie optymistyczny". Opowiadam, czego byłam świadkiem. Może to kwestia regionu? W tamtej wsi różne rzeczy się zdarzały, ale np. nie widywało się brudnej krowy. U nikogo. Na Mazowszu to częsty widok.

 

Psów uwiązanych w polu nie bywało.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Chodzi(ło) mi o kontrast,o przeciwienstwa w traktowaniu,a co więcej - postrzeganiu psow.Nie neguję w zaden sposob podanego przez Ciebie przykladu,ale sama chyba przyznasz,ze to ewenement...(optymistyczny!);)

Share this post


Link to post
Share on other sites

W mieście po prostu tak bardzo nie widać pewnych rzeczy. Bo psy jednak sa pozamykane w mieszkaniach, w domach. 

 

A jednak wcale nie jest różowo.

Dzisiaj- rozmowa z klientką, zeszła na psy- "a wie pani, myśmy mieli szitzu, ale tylko pół roku wytrzymaliśmy, głupi był, robił w domu, szczekał i ciągle go było trzeba leczyć". 

Wystarczy wyjść z więcej niż jednym psem, albo z dużymi psami, żeby usłyszeć "a takie to na łańcuch, a ile toto żre, a lepiej by dzieci miała/dzieciom pomogła".. Pies na wózku ciągle wzbudza skrajne emocje, niekoniecznie dobre- a to niby wielkie miasto, pretendujące do tytułu "europejskiej stolicy kultury".

I owszem, psy znikają. Wywiezione, w lepszym wypadku do schroniska, w gorszym... sytuacje z tego roku- kot skatowany gruzem, wrzucony do śmietnika i pobity pies, szczeniaki w reklamówce, chory kot w reklamówce. O, jeszcze koty!!! Zajmuję się kotami wolnożyjącymi. Normą- w mieście, a jakże- jest trucie, strzelanie z wiatrówki, zabijanie kociaków. Topienie, podpalanie, polanie czymś żrącym. Kot na stałej uwięzi w garażu. Pies wiązany do kaloryfera. 

Długo mozna wymieniać.

 

A jednocześnie na wsiach owszem, spotkałam sporo dobrych ludzi- chociażby poznanych na dogtrekkingu gospodarzy, mają 6 psów, wszystkie przygarnięte, bo były powywalane (w większość z aut... z miejską rejestracją) . W tym psa, który miał połamaną łape i miednice. Wyleczyli. 

Share this post


Link to post
Share on other sites
Warszawa to w ogole bedzie specyficzna, bo za duzo tam rodowitych mieszkancow "co to ja nie jestem, bo mieszkam w stolicy" i przyjezdnych z mysleniem "pies to do budy i resztki jesc". Noi cala masa ludzi dojezdzajacych do pracy/szkoly, ktorzy moga rzucic przypadkowy komentarz.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Create an account or sign in to comment

You need to be a member in order to leave a comment

Create an account

Sign up for a new account in our community. It's easy!

Register a new account

Sign in

Already have an account? Sign in here.

Sign In Now

Announcements

×