Jump to content
Dogomania
Sign in to follow this  
Biały Orzeł

Poród

Czy odbierałeś kiedyś "psi" poród?  

577 members have voted

  1. 1. Czy odbierałeś kiedyś "psi" poród?



Recommended Posts

Hej!

Mam nadzieję, że takiego tematu jeszcze nie było, a jeśli był to wybaczcie, nie chciało mi się przeglądać tych 5 stron :)

Czy ktoś z was odbierał poród swojej suki? Jakie to przeżycie? Czy się baliście, czy raczej byliście opanowani?????

Share this post


Link to post
Share on other sites

odbieralem, dosyc opanowany bylem...choc to byl moj pierwszy i samodzielnie i jedyny ogladany z bliska wiec nie bylem pewien co sie dzieje do konca :)

Share this post


Link to post
Share on other sites

Po przeczytaniu Rozrodu Psów Dubiela (szczególnie tych wielu stron o komplikacjach!) nie brałam odbierania porodu w ogóle pod uwagę, ale niestety mój wet pojechał sobie do..... sanatorium, o czym zapomniał mnie uprzedzić.....

Mój małzonek do odbierania porodu sie nie nadaje (a który sie nadaje?..) więc wykluczywszy małoletnich synów spadło to na mnie. Ponieważ Hepa nie miała wyraźnej pierwszej fazy porodu (zadnego moszczenia, drapania, sapania, wicia gniazda i tym podobnych) i pewnego dnia (olewając przygotowany piekny kojec) po prostu kicnęła, wypieła tyłek i zaczęła rodzić, to nie było czasu, zeby sie zastanawiać czy odbierac ten poród czy nie. Z całego porodu pamiętam, że trzęsły mi sie ręce i że nie musiałam zarywać nocy, bo sie dziewczyna uwineła w godz od 12 do 17-tej. No i strasznie bolały mnie kolana od tego kicania przy niej przez te parę godzin. Na szczęście obyło sie bez komplikacji (tych z tej ksiązki), bo inaczej ładnie bysmy wyglądali!

Najgorzej poród przeżył ojciec szczeniąt. Był wyraźnie zdegustowany i zniesmaczony. Obchodził sypialnie tj. porodówkę szerokim łukiem i do końca nie mógł biedaczek zrozumieć skąd TO się wszystko wzieło...

Share this post


Link to post
Share on other sites

Ja jeszcze nie odbierałam porodu, ale mam nadzieję że się kiedyś doczekam szczeniaków (na razie mam tylko psa). Po opowieściach znajomego nie jest to łatwa sprawa.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Odbierałam już 5 porodów własnych suczek (husky) i 2 cudzych ( jamniczki i malamucicy).

Największą tremę miałam oczywiście przy pierwszym porodzie. Byłam obłożona literaturą i miałam do dyspozycji "gorąca linię" do weta i hodowczyni, od której kupiłam pierwszą sunię.

Na szczęście obyło sie bez komplikacji. Poród przebiegał w sposób niemal wzorcowy --> idealny książkowy :)

Podczas kolejnych zdarzały sie już różne anomalia i komplikacje , ale za każdym razem udało mi się samodzielnie odebrać te porody, a raz nawet reanimować szczenię.

Teraz jestem w gorącym okresie oczekiwania na poród mojej "córeczki", suni pochodzącej z mojej hodowli. Jej maluszki przyjdą na świat lada godzina i mam nadzieję, że również wszystko pójdzie gładko.

Każdy poród to dla mnie wielkie przeżycie o ogromnym ładunku emocjonalnym --> bycie świadkiem cudu narodzin :D

Share this post


Link to post
Share on other sites

Odbierałam dwa porody. Właściwie to nic nie robiłam tylko przy tym byłam.

Pierwszy był oczywiście wiekszym przezyciem. Nie spodziewałam się duzego miotu a było 9. :o Suce zrobilismy kojec ale nie chciała do niego wchodzić przed porodem. Pierwszej fazy nie zauwazyłam, zachowywała sie normalnie chociaz wiedziałam, ze to powinno być tuż, tuż. Poszłam do kiosku - tylko chwila. Wracam a dziecię mówi, ze jedno juz jest. :) Suka lezała w kojcu, do którego wczesniej nie chciała i już rodziła drugie. :D Zadwoniłam do weta. Przyjechał - były już cztery. :D Powiedział, że to jeszcze nie koniec i jeszcze przyjedzie. Potem pojechał z inną suką do krycia 100 km. :fadein: Potem rozpętała się burza. Światło zgasło, hydrofor przestał działać, woda przestała lecieć. Suka rodziła przy świecach. :P Wet nie mógł szybko przyjechać, bo na drodze lezały połamane drzewa. Jak przyjechał były już wszystkie. :lol: Acha, wczesniej kazał mi odbierać suce łozyska zeby wszystkich nie zeżarła, bo ją przeczyści. Nie udało mi się - zezarła wszystkie. :o Nic jej nie było. Wet ją obmacał, powiedział, ze to juz koniec. Dał zastrzyk wapnia bo taki duzy miot. Byłam podekscytowana ale ręce mi sie nie trzęsły, bo nic nie musiałam robic. Suka była w dobrej kondycji i nie myslałam o zadnych komplikacjach chociaz o nich wiedziałam. To było fascynujace przezycie. A odchowanie szczeniat to dopiero jest frajda, chociaz duzo roboty. Teraz nie mam psa ale znów będe miał i to suke. Okropne było tylko jak ciął ogony. Teraz juz się tego nie robi i więc oszczędzi się stresu.

Pozdrawiam, zyczę powodzenia tobie i suce. :D :D :D

Share this post


Link to post
Share on other sites

oj, odebrałam - kilka. Pierwszy, Psotki, osiem lat temu. Oczywiście - wszystko przygotowane: kojec, szmaty, wygotowane nożyczki, małe gazowe opatrunki do chwycenia pępowiny, nitka.... A Psotka poprostu wskoczyłana moje łóżko i się zaczeło.Tak gdzieś koło północy. Ponieważ była u nas jeszcze sąsiadka - odbieraliśmy poród we trójkę:Dorota, Jarek i ja. Nie wiem dlaczego, ale Psotka upodobała sobie, że w czasie porodu będzie kładła głowę na kolanach Doroty: tak więc był podział - Dorota zajmowała się łepetyną suczki, mój mąż przeciwnym końcem , a ja podkładałam pod nią wciąż nowe szmaty, bo rozkopywała i moje łózko było mocno zagrożone. W krótkim czasie urodziła 3 szczeniaki - odstęp około 10-15 minut i.... przerwa. Wyraźnie było widać jeszcze jednego - więc po półgodzinie zaczęliśmy się mocno niepokoić. Okazało się, że ten czwarty - Basta - była największa z miotu i Psotka musiała się trochę natrudzić - urodziła ją już prawie o 2.30 w nocy. Jak się Basta urodziła - to Psotka wstała i poszła pod drzwi - znaczyć się (wg nas) skończyła i idzie na spacer. Żadna siła nie mogła jej zagnać do kojca, więc Jarek zapiął jej smycz i wyprowadził na dwór (windą, z XII piętra), a ja zaczęłam sprzątać - Dorota poszła do siebie. Za moment Jarek dzwoni domofonem - otwieraj, mam następnego! A było to 20 marca - mroźno. Okazało się, że Psotka poganała na najbliższy trawnik, kucnęła i zaraz chciała wracać do domu. Dobrze, że Jarka tknęło i poszedł w to miejsce zobaczyć - szczeniak był jeszcze w pęcherzu. Przyniósł go do domu, ogrzaliśmy, wysuszyliśmu i okazało się, że jest błękitny. Psotka spokojnie położyła się do kojca, cała piątka dobrała się do cycusiów, my jeszcze sprzątaliśmy, a za moment zamieszanie, podbiegam do kojca - a tam szósty szczeniak! W efekcie późniejszych zdarzeń zaczęliśmy się zastanawiać, dlaczego tego jednego - Bayera - uparła się aby urodzić na dworze, a na dodatek nie zainteresowała się nim, chciała go zostawić i wracać do domu? Po kilku tygodniach Bayer zaczął mieć kłopoty z sierścią - przełysienia - i do dziś jest z tym problem. Dużo, dużo później dowiedzieliśmy się, że błękitne mogą tak mieć, na szczęście trafił do moich znajomych, gdzie zawsze jest pod dobrą opieką.

Bigi pierwszy poród odbył się... pod naszą nieobecność. Michał wrócił ze szkoły i zastał w domu malutkie, jeszcze mokre szczeniaczki. Nie miała żadnych problemów, ale na czas porodu weszła do szafy - i wszystkie swoje porody tam odbywała: nie akceptowała żadnego miesjca, jeżeli nie była to szafa... Ale o tym napisałam już częściowo w swoim pamiętniku na mojej stronie. :D

Share this post


Link to post
Share on other sites

Ja też odebrałam nasz pierwszy miot-nie był duży - trójka pięknych zdrowiutkich cockerków :D .

Sunia miała przygotowany piękny kojec,awaryjnie drugie miejsce ale oczywiście przyszła do mnie do łóżka (śpię na podłodze,więc było jej łatwo).Naturalnie przeczytałam wszystko co mi wpadło w rękę o psich porodach,pani wet dała mi wskazówki-więc teoretycznie byłam już przygotowana.

Przez całą niedzielę sunia biegała co chwilę na dwór i była trochę "nieswoja" więc wiedziałam,że to już ten dzień....

Cały poród minął spokojnie i bez komplikacji - mogę powiedzieć,że Carmelcia urodziła swoje dzieci jak prwdziwa dama 8) .Pierwsza sunia urodziła się o 1 w nocy,a kolejne o 2.30 i o 4 nad ranem....jasna sprawa,że całą noc nie spałam....a rano do pracy...bo co to kogo obchodzi,że zostałam "psią babcią" :-?

Potem też miałam zarwane noce,bo moja dama spała w nocy snem kamiennym i żadne płacze dzieci nie były w stanie jej obudzić.....wstawałam więć w nocy po omacku szukając czarnej suni w ciemnym pokoju....ale warto było ! Maluchy mają już pięć miesięcy,swietnie się mają a jedna sunia została u nas :D

Share this post


Link to post
Share on other sites

Ja też odebrałam nasz pierwszy miot-nie był duży - trójka pięknych zdrowiutkich cockerków :D .

Sunia miała przygotowany piękny kojec,awaryjnie drugie miejsce ale oczywiście przyszła do mnie do łóżka (śpię na podłodze,więc było jej łatwo).Naturalnie przeczytałam wszystko co mi wpadło w rękę o psich porodach,pani wet dała mi wskazówki-więc teoretycznie byłam już przygotowana.

Przez całą niedzielę sunia biegała co chwilę na dwór i była trochę "nieswoja" więc wiedziałam,że to już ten dzień....

Cały poród minął spokojnie i bez komplikacji - mogę powiedzieć,że Carmelcia urodziła swoje dzieci jak prwdziwa dama 8) .Pierwsza sunia urodziła się o 1 w nocy,a kolejne o 2.30 i o 4 nad ranem....jasna sprawa,że całą noc nie spałam....a rano do pracy...bo co to kogo obchodzi,że zostałam "psią babcią" :-?

Potem też miałam zarwane noce,bo moja dama spała w nocy snem kamiennym i żadne płacze dzieci nie były w stanie jej obudzić.....wstawałam więć w nocy po omacku szukając czarnej suni w ciemnym pokoju....ale warto było ! Maluchy mają już pięć miesięcy,swietnie się mają a jedna sunia została u nas :D

Share this post


Link to post
Share on other sites
Odbierałam dwa porody. Właściwie to nic nie robiłam tylko przy tym byłam.

Pierwszy był oczywiście wiekszym przezyciem. Nie spodziewałam się duzego miotu a było 9. :o Suce zrobilismy kojec ale nie chciała do niego wchodzić przed porodem. Pierwszej fazy nie zauwazyłam, zachowywała sie normalnie chociaz wiedziałam, ze to powinno być tuż, tuż. Poszłam do kiosku - tylko chwila. Wracam a dziecię mówi, ze jedno juz jest. :) Suka lezała w kojcu, do którego wczesniej nie chciała i już rodziła drugie. :D Zadwoniłam do weta. Przyjechał - były już cztery. :D Powiedział, że to jeszcze nie koniec i jeszcze przyjedzie. Potem pojechał z inną suką do krycia 100 km. :fadein: Potem rozpętała się burza. Światło zgasło, hydrofor przestał działać, woda przestała lecieć. Suka rodziła przy świecach. :P Wet nie mógł szybko przyjechać, bo na drodze lezały połamane drzewa. Jak przyjechał były już wszystkie. :lol: Acha, wczesniej kazał mi odbierać suce łozyska zeby wszystkich nie zeżarła, bo ją przeczyści. Nie udało mi się - zezarła wszystkie. :o Nic jej nie było. Wet ją obmacał, powiedział, ze to juz koniec. Dał zastrzyk wapnia bo taki duzy miot. Byłam podekscytowana ale ręce mi sie nie trzęsły, bo nic nie musiałam robic. Suka była w dobrej kondycji i nie myslałam o zadnych komplikacjach chociaz o nich wiedziałam. To było fascynujace przezycie. A odchowanie szczeniat to dopiero jest frajda, chociaz duzo roboty. Teraz nie mam psa ale znów będe miał i to suke. Okropne było tylko jak ciął ogony. Teraz juz się tego nie robi i więc oszczędzi się stresu.

Pozdrawiam, zyczę powodzenia tobie i suce. :D :D :D

A jakiej rasy miałaś sunię ??

Ja nie mam psiaka więc nie zdarzyło mi sie jeszcze odbierać porodu, ale w przyszłości będe miała sunie więc może :D :wink:

Share this post


Link to post
Share on other sites

Witam Weron ciau,

to była sznaucerka sredniaczka.

W swoim poście pominęłam jeszcze pewne perypetie, jakie miały wtedy miejsce ale nie chciałam sie rozwlekać.

:o

Tobie zycze i suni i szczeniąt, bo jak pisałam odchowanie zdrowego miotu daje wiele satysfakcji jeżeli nie przydarzy sie nic z "książkowych" kłopotów. :D

Pozdrawiam

Share this post


Link to post
Share on other sites

Ja zostałam akuszerką przez czysty przypadek. Mam nadzieję, że stanęłam na wysokości zadania, chociaż niestety nie wszystko poszło jak należy.

Znajomi mieli jamniczkę. Pierwsze jej szczeniaki przyszły na świat z wielkimi problemami i nie bardzo wiem czemu zdecydowali się na kolejny miot. Kiedy suka zaczęła rodzić, od począdku było coś nie tak. Nie wiem dlaczego, ale znajomi zaraz zadzwonili do mnie z pytaniem co mają robić. Natychmiast przyjechałam. Pierwsze szczenie było już w połowie drogi, niestety poród był pośladkowy i akcja porodowa się zatrzymała. Dużo nie myśląc, wpakowałam suczkę do samochodu i sama pojechałam do weterynarza. Pani doktor przyjęła nas dość oschle, bo było to przedpołudnie, a ona pracowała od 16tej :-? Podała suczce zastrzyk na pobudzenie skurczy i wyjęła niestety już martwe szczenie. Nigdy nie zapomne jak suczka robiła masaż serce temu szczeniakowi - tak bardzo chciała żeby żył :( Nie zabierałyśmy martwego szczeniaka od suki, bo przy nim była znacznie spokojniejsza.

Poród rozpoczął się od nowa, a weterynarz poszła do swoich dzieci i mnie zostawiła z rodzącą suką w gabinecie. Kiedy urodził się szczeniak, wziełam go i wytarłam ręcznikiem. Pod palcami poczułam jak bije jego małe serduszko - kamień spadł mi z serca. Żył! Potem urodził się jeszcze jeden i też zdrowo piszczał :lol:

Mało nie zemdlałam, kiedy zauważyłam, że z suką znów dzieje się coś niedobrego. Zaczęłam wołać lekarkę. Przyszła szybko i zdecydowała o natychmiastowej cesarce. Później okazało się, że było jeszcze jedno szczenię, bardzo duże i suczka napewno by go nie urodziła samodzielnie.

Suczka i trzy małe jamniczki przyżyły. Niestety jedno potem padło w skutek pogryzienia przez inną suczkę w domu znajomych :x , ale dwa trafiły do (mam nadzieję) dobrych domów.

Historia dość smutna ale może i pouczająca. Miałam do siebie żal, że nie wyjęłam tego pierwszego szczeniaka, może by żył, ale bałam się, że mogę coś zrobić źle :( . Nie znałam się na porodach, a znajomi panikowali i lekceważyli sprawę jednocześnie.

Jamniczka do dziś pierwsza mnie wita, kiedy przychodzę w odwiedziny i tylko na mnie nie warczała kiedy dotykałam jej maluchów :fadein:

Share this post


Link to post
Share on other sites
Ja zostałam akuszerką przez czysty przypadek.

Ja także. Stres był okropny, zwłaszcza, że tylko ja się przejmowałam, a reszta "towarzystwa" sobie bimbała na wszystko. Ale na szczęście obyło się bez komplikacji.

Za to mam piękną Kreseczkę! Bo to właśnie moją śliczną sunię odbierałam :)

Share this post


Link to post
Share on other sites

Odbierałam pierwszy poród mojej samoyedki razem z męzęm i nie ukrywam, byłam bardzo przejęta, ręce mi sie trzęsły, wokól mnie masa artkułów na ten temat i wszechobecny strach czy wszystko bedzie ok. ale na szczęście urodziło się 8 przepieknych szczeniaczków 7 chłopczyków i jedna dziewczynka.

Drugi poród jaki odbieralismy z mężem to chowki i powiem szczerze bałam sie tak samo jak za pierwszym razem , ale Boncia urodziła 5 wspaniałych chłopaków, i nie obyło sie bez komplikacji źle policzyłam łożyska , ale wszystko dobrze sie skończyło po pomocy weterynarza. :lol:

Pozdrawiam Arlena

Share this post


Link to post
Share on other sites

Ja swój pierszy poród odbierałam 6 miesięcy temu. Wcześniej przeczytałam co tylko się dało na ten temat, ale i tak się bałam, bo u matki mojej suni były komplikacje przy pierwszym porodzie i nastepne nie obyły się bez cesarek.

Tydzień przed porodem ustawiliśmy w pokoju kojec, zasatawiając się czy sunia z niego skorzysta (spała do tej pory z nami). Planowany dzień porodu przypadał na środę. Ale już od poniedziałku profilaktycznie mąż wziął urlop.

W poniedziałek nie było mnie cały dzień w dmu a sunia podobno była bardzo niespokojna. Gdy wróciłam z delegacji o 20-tej, pod sunią podczas powitania pojawiła się kałuża. Mąż wyszedł więc z nią na którkie siusiu, a ja sprzątając doszłam do wniosku, że to chyba nie siuśki ale wody płodowe. Gdy mąż wrócił wziął drugiego psa na spacer, by przy okazji zahaczyć o weta i poinformować go, że się zaczęło i w razie czego to będziemy go wzywać.

Męża nie było 20 min. a wtym czasie sunia urodziła 3 szczeniaczki. Każdy z nich był osibiście odbierany przeze mnie. Pomagałam suni rozrywać pęcherz płodowy, pierwszym dwóm przecinałam pępowinę i zabierałam łożyska. Następne szczeniaczki rodziły się już w odstępach 20-30 min. Rodziły się różnie - główką lub pośladkami, ale "wydalanie" każdego następnego trwało corac dłużej. Najgorzej było z szóstym. Rodził się pośladkami i dość długo był w kanale rodnym. Po urodzeniu nie dawał oznak życia - bezwolny, w języczkim na wierzchu. Było mi go bardzo szkoda. I pewnie w innych okolicznościach odłożyłabym go na bok, ale przpomniałam sobie film, na którym reanimowano takego szczeniaka. Zaczęłam go więc wycierać mocno ręcznikiem. Po kilkunastu sekundach wycierania pojawiło się tętno, więc zaczęłam dmuchać w nos i szczeniak "zaskoczył". To było cudowne przeżycie.

W sumie poród trwał od 20.30 do 23.00. Sunia urodziła 7 szczeniąt (rzdko spotykana taka ilość u taj rasy) - 6 dziewczynek i jednego chłopaka.

A to co było dalej to już zupełnie inna historia.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Ja odebrałam pierwszy poród mojej malamutki 29/30.09.03r. i do dziś pamiętam praktycznie każdą minutę z tamtej nocy.

Oczywiście przed porodem miałam przygotowane wszystko co trzeba,- kojec, gaze, rekawiczki, nozyczki , rivanol, reczniki itd... na kilka dni przed porodem mierzylam sunce temperature. Im blizej terminu tym bardziej sie denerwowalam. Po raz setny czytalam te same artykuly o odbiorze porodu i na zapas martwilam sie co bedzie jesli beda jakies komplikacje. :roll: i kiedy nadszedl dzien rozwiazania juz wiedzialam ze to niedlugo - praktycznie caly dzien siedzialam z suczka i o godzinie 15.40 zaczela sie akcja porodowa, ktora trwala do okolo 2 z minutami. tiiaaaa prawie 11 godzin na kolanach przed moja sunia spowodowalo gigantyczne zakwasy. Ale warto bylo. Praktycznie nie mialam duzo do roboty. Pierwszy piesek rodzil sie dlugo ale bez komplikacji. Kolejny byl drugi piesek 5 minut po pierwszym a pozniej juz same dziewczynki - z mniejszymi lub wiekszymi przerwami, 5 sunia urodzila sie zachlysnieta i troche nia pokolysalam zeby zaczela swobodnie oddychac, miala przez chwilke klopoty z uregulowaniem oddechu ale po kilkunastu minutach wszystko bylo w normie. No i takim sposobem doszlismy do 8 psiakow (ale to nie koniec). Wet po USG powiedzial ze minimalnie 6 bedzie takze spodziewalam sie ze moze byc wiecej no i po 2 godzinach od 8 suni urodzila sie 9-ta (ostatnia juz) niespodzianka wieczoru. Caly porod przebiegal bez komplikacji. Psiaki pod koniec czerwca koncza 9 miesiecy i wyrosly na zdrowe, dorodne malamuciatka :D 7 dziewcyznek i 2 chlopcow. :D

Share this post


Link to post
Share on other sites

Ja odbierałam dwa porody.Pierwszy rok temu-mojej suni collie.Urodziło się 6 szczeniaków-5 chłopaków i 1 dziewuszka.Moja rodzinka wiedziałą o porodach jeszcze mniej ode mnie więc w konsultacji z wetem i hodowcą musiałam jakos sobie poradzić.Naszczęście poszło gładko bez komplikacji.Drugi poród odbierałam u suni kolezanki-foxterierki.Zostałam wezwana chyba o 12 w nocy w niedzielę.Kiedy przyszłam sunia urodziła juz dwa maluchy, które niestety nie przezyły.Następne dwa odebrałam ja i teraz maja około 4-5 miesięcy :lol: Chyba jakiś głupi fart, ze przeżyły...

Share this post


Link to post
Share on other sites

Najczęściej opisujemy tu swoje doświadczenia z pierwszymi przez nas odebranymi porodami, lub pierwszymi porodami naszych suczek.

Mnie interesuje też wasze doświadczenie w sprawie przebiegu kolejnych porodów u tej samej suczki. Czy następne porody trwały dłużej czy krócej? Czy były bardziej skomplikowane, czy miały lepszy przebieg? Czy ilość szczeniąt była podobna, większa czy mniejsza? Czy jest jakaś reguła w kolejnych porodach tych samych suczek.

Pytam dlatego, bo pierwszy poród już za mną, ale w przyszłym roku czeka mnie następny...

Share this post


Link to post
Share on other sites

Odpowiadam, chociaż inni mają znacznie większe doświadczenie niż ja z tymi dwoma porodami. Moje notatki tez sa niekompletne:

I poród

pocz. około 14,00-14,30 315g

295g

275g

260g

przerwa - nie zanotowałam jak długo

340g, martwy suka go nawet nie lizała

250g

240g

245g

około 23,00 240g

średnia waga szczenięcia (razem z martwym) - 273g

II poród

15,03 330g s

17,25 280g p

20,15 300g p

21,20 300g p

21,43 250g s

01,25 280g p - martwy

01,35 320g p

01,40 310g s

średnia waga szczenięcia (razem z martwym) - 324g

Suka była kryta róznymi reproduktorami, pochodzącymi z różnych linii. Drugi miot był znacznie spokojniejszy.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Zauważyłam, że przed urodzeniem martwych szczeniąt, zrówno przy pierwszym jak i przy drugim porodzie, wystapiła wyraźna przerwa. Jak w tym czasie zachowywała się suczka? Czy akcja porodowa ustała, czy też poród trwał a maluch utknął w kanale rodnym? Co było prawdopodobną przyczyną śmierci szczeniąt?

Share this post


Link to post
Share on other sites

Masz rację Alojzyna,

przerwa była szczególnie długa podczas pierwszego porodu; to było kilka godzin. Pierwsze cztery urodziły się jedno po drugim. Potem przerwa, w czasie której wyniosłam ją na rękach z piątego piętra w egipskich ciemnościach, żeby się załatwiła i później wniosłam. W mądrych książkach pisało, że w czasie dłuższego porodu należy sukę wyprowadzić, żeby się załatwiła. Bałam się, żeby tak szła tyle schodów więc ją niosłam.

Jak się zaczęła burza i zgasło światło, nałapaliśmy trochę wody, którą nagrzałam przed wyniesieniem suczki i po wniesieniu umyłam sukę w wanience niemowlęcej, żeby taka ubłocona nie weszła do szczeniąt. Urodziła zaraz po wejściu na powrót do kojca. Jak widzisz to było najcięższe szczenię z tego miotu.

Upłynęło juz kilka lat ale nie pamiętam żebym zauwazyła w jej zachowaniu coś niepokojącego. Na pewno nie było takiej sytuacji, że szczenię było widoczne i nie mogło się urodzić. Ani takiej, że ona się wierciła, męczyła i nie umiała urodzić. Jak zaczynała rodzic kolejne szczenię to już potem szło szybko.

W czasie drugiego porodu nie robiłam takich eksperymentów z wyprowadzaniem suki na siusiu i też w połowie była przerwa i po przerwie martwe.

Jednocześnie jej zachowanie po urodzeniu martwego szczeniaka było takie, że ja widziałam że nie ma co ratować.

Może odezwą się bardziej doświadczeni hodowcy, którzy odebrali już wiele porodów i moga porównać jak liczne i jak cięzkie były noworodki u tej samej suki ale po róznych reproduktorach i czy miało to wpływ na przebieg porodu.

Share this post


Link to post
Share on other sites

:D NIe będę się rozpisywać .... odbieram co jakiś czas ,....ale nie mam doświadczeń z komlikacjami .... Wielkie psy rodzą chyba łatwiej ....a może ja mam taką szczęśliwą rękę ?

100-0034_IMG.JPG

Share this post


Link to post
Share on other sites

Mój małzonek do odbierania porodu sie nie nadaje (a który sie nadaje?..)

Mój!

Wspaniale daje sobie rade z rodzaca suką.

I żeby nie było niedomówień, ani z weterynarią , ani z medycyną nie ma nic wspólnego.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Moj sie nadaje rewelacyjnie! mimo ze tez nie ma nic wspolnego z medycyna a na widok krwi ciut blednie. Ale w czasie porodu pelen spokoj i profesjonalizm. Ostatni porod w 3/4 sam odebral. ja byla na wystawie i tylko telefony odbieralam po kazdym urodzonym maluchu. jak wrocilam do domu to sama odbieralam juz tylko ostatnia dwojke ;-)

Nie sadze aby to jakim psem byla kryta suka w jakikolwiek sposob wplywalo na przebieg porodu.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Join the conversation

You can post now and register later. If you have an account, sign in now to post with your account.

Guest
Reply to this topic...

×   Pasted as rich text.   Paste as plain text instead

  Only 75 emoji are allowed.

×   Your link has been automatically embedded.   Display as a link instead

×   Your previous content has been restored.   Clear editor

×   You cannot paste images directly. Upload or insert images from URL.

Sign in to follow this  

Announcements

×
×
  • Create New...