Jump to content
Dogomania

Majkowska

Members
  • Content Count

    4,292
  • Joined

  • Last visited

  • Days Won

    2

Everything posted by Majkowska

  1. Majkowska

    Barf

    Próbowaliśmy kiedyś go przegłodzić - przyjął to bardzo radosnie (" hurra wkońcu mi nie podtykają"),zreszta on sam sobie lubi zrobić głodówkę raz na kilka dni. Dokarmianie...hmmm... no tak... podkarmia się go z jakiejś tam litości... Też mi na to hodowczyni zwracała uwagę, ale czasem się już modlimy do niego żeby coś zeżarł, no to się już mu np posmaruje ta bułeczkę masełkiem, czy jakiegoś serka doda żeby cokolwiek w brzuszku miał. A karma wtedy leży... Wiem, wiem... OK, żolądek ze żwaczami 2 pierwsze tygodnie ( piszę ok, a myślę tak naprawdę fuuuj) A skąd ja je moge zdobyć? ( Kraków) Entuzjastycznie kupiłam mu kiedyś ze 4 paczki mixu z chrząstką i tzw książką ( czyli chyba te żwacze?), to się w domu mieszkać nie dało, a pies i tak nie ruszył. Trochę podskubał jak przyśmierdło, ale potem 2 kolejne dni była rewolucja. Wywaliłam. Kości tak, ale drobiowych się panicznie boję (Może dlatego że już nieraz poprzedniego łapczywego psa ratowałam już półprzytomnego z sinym jęzorem). Dajemy mu tylko obgryzać główki z drobiowych. Gotowałam mu kiedyś na łapkach kurzych i na szyjkach to faktycznie zjadał - i żyje. Ale tak na surowo dać np korpus...chyba jeszcze muszę dojrzeć do tego. Ewentualnie jak dopadnę znajomą z kościarką to mogę poprosić żeby mi zmieliła - choć w barfie chyba o naturalnośc chodzi głownie, a nie żeby psu dawać papkę. Pozatym to jego piszczenie... Ja mu łup kawał mięsa a on do pokoju i jojczy. Kroić w kosteczkę psu dziwnie, no ale przy każdym kawałku stać nad nimstruchlała czy pies ma skręt żołądka czy co mu sie dzieje też niefajnie... Czyli wszystko inne wchodzi w grę,tak? Świnię wyeliminujemy w takim razie,ok. Mój ma raczej brzuch arystokratyczny ( niewygodne to jak diabli...) więc nie wszystko tam się przyjmie... A warzywka jakieś tam dodawać? i w jakiej postaci- surowe czy gotowane? Badań nie robiłam, ale chyba się skieruję na nie, bo już mam w głowie wstukaną jego chorobę. Tylko co badać? Pies jest normalny, bardzo żywy, energiczny, radosny. Biega super i nawet jest to zasługa tej chucherkowatości, bo jest szybszy, zwinniejszy... Pointery ogólnie są chudawe, ale zawsze na swojego się patrzy z przewrażliwieniem. No i te komentarze od ludzi czasem zwalają z nóg... No i przed każdą wystawą słyszę od hodowczyni "tucz go tucz", a to wcale nie proste zadanie :P
  2. Majkowska

    Barf

    Witam :) A czy ktoś mógłby polecić coś dla pointera - ok 20 kg, młody, aktywny? Chciałabym spróbować barfowego żywienia, ale też wolałabym nie zawalić. Czytam posty od początku do końca ile czego i jak i dalej czuję że jestem zielona. Nasz młody ( obecnie ma 15 mcy) jest niejadowity jak diabli. Do tego żyje dość aktywnie. Efekt jest taki że jest bardzo szczęsliwy wybiegany, ale i chudy jak szkapa... Szukam dla niego jakiegoś fajnego rozwiązania żeby go odżywiać zdrowo, energetycznie żeby siły było na bieganie a i żeby jakoś wyglądał. Niestety jak narazie ludzie w większości patrzą na nas z oburzeniem i odsyłają do weterynarzy - już nawet się aż sama zastanawiam czy go nie przebadać jak patrzę na jego kościste dupsko... Psiak odrzucił moje wszelkie starania - z suchych karm próbowałam już wszystkich marek ( w domu nam stoi ponad 30 kg karmy na dzień dzisiejszy), gotowałam mu różne smakowitości z przeróżnymi dodatkami, ale też nie... Dawniej w masarni dostawalam różne farfocle, odpady, chrząstki itp, ale po ugotowaniu przestawało smakować. Surowe zjada chętniej, ale...boję się mu podawać bo... piszczy.. Nie wiem jak to interpretować... czy go coś boli, czy nie umie sobie z tym mięsem poradzić, czy może chce jeszcze... Czy surowe mięso może psu w jakiś sposób zaszkodzić? Nigdy się w to nie zagłębiałam, poprzedniego psa ( kundelka) karmilismy praktycznie wszystkim i nigdy nie bylo żadnego problemu,zjadał całe porcje,chetnie, był wręcz upasiony, mało kiedy miał biegunki - temu za to się zdarza i co gorsze przeważnie jak poje ze smakiem i już jest nadzieja że dołki w żebrach się wypełniają. Kości zjada chętnie - co jakiś czas dostaje duże kościsko z wielką chrząstką, choć też już wielokrotnie byłam ostrzegana żeby nie podawać bo to szkodzi i pies traci apetyt. Nie widzę żeby miał jakieś rewolucje, a też zjada je dość ładnie, nie łapczywie i starannie gryzie ( no i ma naturalne gryzaki - lepsze to niż zjadanie butów ;)) Czasem kupuję mu na wystawach psie mięso - ze żwaczami, z zoładkami, ostatnio próbowałam z chrząstką - pozostaje nietknięte... I czy lepiej jest kupować własnie gotowce ( są może lepiej dobrane składniki), czy może lepiej robić samemu( miałabym i darmowe odpady mięsno-kostne i dostęp do kościarki)? Ani to ani to by nie było problemem, byleby to moje pointerzątko chciało to zjadać... Pozdrawiam :)
  3. Witamy serdecznie w naszym skromnym wąteczku :) Będziemy tu opisywać fascynujące i ekscytujące przygody z życia naszego stada , w którego skład wchodzą : Bohater główny - WALDEK rod. APOLLO z Halikarnasu ur.23.02.2012 w krakowskiej hodowli, skąd zabraliśmy go z początkiem lipca 2012. W domu nazywany też : Aldusiem (po tatusiu), Waldemarem, Wartkim,Wartkunią, Warchlinką itp itd. Z charakteru bardzo miły i szalony pies z dużą potrzebą ruchu i chęcią współpracy. Czasem zachowuje się całkowicie bezrozumnie, ale w gruncie rzeczy to całkiem mądry piesek. Bywa nieokrzesany, ale przeważnie jak na młodziaka jest calkiem grzeczny. Jego główna pasja życiowa to RUCH. Jeśli się wybiega jest bardzo niekłopotliwy - znika sobie na swoje miejsce na kilka godzin i pogrąża się w głębokim śnie. Decyzja o wzięciu pointera byla u nas bardzo spontaniczna, aczkolwiek przemyślana. Od lat byłam zaznajomiona z rasą gdyż miałam w pobliżu hodowlę, z którą jeździłam w pola z poprzednim psem i tam miałam okazję oglądać pointery w pełnej okazałości i w pełnym galopie. Urzekła mnie ich żywiołowość, ich towarzyskość, temperament i radość jaką wnosiły swoją obecnością. Pointer jako nieliczny pies spełnial moje wymagania - chciałam psa który będzie miał werwę i siłę do wspólnych spacerów, wycieczek, który będzie łagodny, wesoły i miły dla otoczenia, który nie będzie miał specyficznych dla niektórych ras chorób, będzie stosunkowo łatwy w szkoleniu,ale nie będzie wymagał zbyt wiele uwagi i nie będzie męczący we współpracy. Wydawało mi się że sobie wymyśliłam nieistniejący ideał. Ale nie, on istnieje... i co najlepsze - jest obok mnie. W naszym wątku wystąpią również rządzące całym światem dwie rozpieszczone kocice : INKA https://lh5.googleusercontent.com/-vlb4uwU15Do/S3HQD-9EghI/AAAAAAAADkk/ySN38TOSKXI/s512/bystra05 351.jpg ur. okoł października 2007? Dzika z dziada pradziada,z rodu działkowych kotów. Pewnego pięknego zimowego dnia wyszłam z psem. Byłą zawierucha, zamieć, zimno. I wtedy zobaczyłam ją - maleńkiego szarego szczurka który miotał się pod ścianą bloku szukając ratunku, choćby szczeliny gdzie było można się choć odrobinę wcisnąć. Zasypywał ją nawiewany śnieg, była mała, chora, bezsilna i bezbronna. Niewiadomo dlaczego wyszła z piwnicy sąsiedniego bloku do której przeniosła je mama - czarna działkowa kocica, ale była mocno zagrożona przy ruchliwej ulicy. Decyzja była szybka - zagoniłam ją w róg i prychającą przerażoną złapałam ( za ten zuchwały czyn zostałam solidnie pogryziona i podrapana). Przyniosłam do domu. Moja mama jak na prawdziwego miłośnika zwierząt przystało kazała mi ją.... wyrzucić tam skąd ją przyniosłam... Udało mi się wybłagać tydzień na znalezienie jej domu. W ten czas zaczęło się intensywne leczenie ( robale,pchły, koci katar i inne paskudztwa). Po tygodniu wyblagałam drugi tydzień ;) Potem jeszcze trochę, i jeszcze trochę... Aż... została :) Oszalałam na jej punkcie, troszczyłam się o nią aż do przesady, była tak słodka, tak nieudolna, niezgrabna... Za młodu była szalonym koteczkiem z tysiącem pomysłów. Brykała, skakała... co chwila coś sobie robiła... a to nadwyrężyła nóżkę, a to ropiało jej oczko...tak w kółko. Miała tak szeroką gamę wybryków , że czasem baliśmy się o jej życie. Gdy miała już rok i wcale nie wydoroślała podkusiło mnie o sprawienie jej koleżanki- i tak pojawiła się druga kocica Stella. Dziewczynki są jak siostry, a Inka obecnie spoważniała, aczkolwiek nadal jest szalona i w dodatku rozpieszczona jak na prawdziwą kocią damę przystalo. Z wiekiem zrobiła się ciut sympatyczniejsza i odważniejsza - za młodu była tylko moim kotem i nikt nie był w stanie jej nawet dotknąć. Obecnie też dużo czasu spędza w ukryciu, ale zdarza sie jej częściej wyjść i przeparadować dumnie, tak że mogę powiedzieć że mam dwa koty, a nie jednego ;) .... i STELLA http://photos.nasza-klasa.pl/5267327/61/main/96fcffe5eb.jpeg ur. 2007r W po domowemu nazywana Amy,Kicia, Hienka lub też poprostu SRALNIK. Ze Stellą to było tak że nikt nigdy przenigdy za żadne skarby nie chciał drugiego kota... Nie było mowy. Nawet moje namowy, że Inka jest nieszczęśliwa jako rozpieszczona wiecznie nudząca się jedynaczka nie odnosiły skutku. Aż pewnego dnia oddając kocura z łapanki do domu tymczasowego zobaczyłam JĄ. Taka śliczna, niepozorna, z miodowymi oczkami, zawsze gdzieś w centrum bójki...( Wtedy wydawało mi się że jest ich ofiarą - dziś wiem że ofiara to ostatnie słowo jakie do niej pasuje...). W domu opowiadałam o ślicznym kotku, pokazywałam zdjęcia i ...nie było nawet mowy. Po jakimś czasie moja mama pojechała ją jednak zobaczyć- i absolutnie nie w celach adopcji, zwyczajnie ot tak sobie:evil_lol:I też tak sobie za jakiś czas kazała ją do nas przywieźć. Nie w celach adopcji rzecz jasna. Potajemnie przed tatą w nocy przyjechał do nas transport z kotem, którego po cichu wniosłyśmy do domu. Nie wyniosłyśmy go już- została. Obecnie mimo że to moja mama ją sobie adoptowała to jest kotem ogólnym, domowym. Ba, nawet jest kotem gości i znajomych - sprzedaje się równo wszytskim, pcha się na kolana, przytula, miziakuje, mruczy najgłośniej na świecie, kocha ludzi. Ciut bardziej od ludzi kocha jedzenie, co zresztą po niej nieco widać:oops: No ale w tym cały jej urok że jest taką naszą kochaną baryłeczką, którą się wiecznie bez skutków odchudza. Dla Inki jest jak mamuśka, dla innych zwierząt nieco mniej. Jaka jest kochana do ludzi tak charakterek swój ma. Misiaczek nasz malutki :loveu: ... oraz mała członkini naszej załogi, a przyszła królowa i władczyni całego tego dzikiego stada - moja córeczka KINGA ur 08/07/2013. .... Do niedawna był też znami jeszcze jeden członek - wiejski kundelek Amorek. AMOR [*] https://lh5.googleusercontent.com/-Dg3B1Eim58s/S_ZbZ1vvHGI/AAAAAAAALqo/riIMGQb7ado/s512/28042010 604.jpg Wspaniały łaciaty przyjaciel o niebanalnym charakterku. Zabrany ze wsi w wieku ok 8 mcy. Był kochanym psem, aczkolwiek miał skłonności do dominacji, które ukazywał swoim niewprawnym opiekunom (nam) na każdym kroku. Obalił wszystkie książkowe teorie których się nawchłaniałam przed nabyciem psa,ucząc mnie po swojemu zasad psiego świata. Popełniliśmy wiele błędow w jego wychowaniu ale dzięki niemu nauczyłam się wiele, przede wszystkim tego że trzeba w psa włożyć pracę i dać mu konkretnie do zrozumienia czego od niego się oczekuje. Za to jestem mu wdzięczna. Dorastając z nim nauczyłam się wiele. Był moim nieodłącznym kompanem każdej wolnej chwili. Był obok mnie zawsze. Przeszliśmy wspólnie mnóstwo polnych dróg, górskich szlaków, tysiące parków i spacerów. Dzięki niemu poznałam wielu wartościowych ludzi i przeżyłam mnóstwo ciekawych historii. Był z nami 13 lat,przez ten czas ciesząc swoją obecnością, wystającymi ząbkami i sterczącymi uszkami. W ostatnich latach życia jego zdrowie pogorszyło się. Przestał mieć siłę na długie spacery, powoli było widać jak się starzeje. Wkońcu serce zaczęło nawalać. Na nic się zdało jeżdzenie po weterynarzach, tysiące usg, tysiące badań, podawanie leków, nadeszła dla niego starość, której nie dało się cofnąć ani wyleczyć. Z czasem było już tylko gorzej, serduszko było coraz słabsze , zaczęła się zbierać w brzuchu woda, zaczął się kaszel, duszności, siadały łapy... Ostatnie miesiące spędził z rodzicami na wsi, gdzie mógł spokojnie wychodzić tyle razy ile potrzebował nie męcząc się w bloku. Widziałam go ostatni raz pod koniec listopada, już wtedy był słabym, ledwo chodzącym psem. Dusił się przy każdym ruchu, bolały go łapy, czasem jego oczy błagały już o pomoc... Zwiększały się dawki leków i ciągle były za małe żeby mu pomóc. Wkońcu organizm odmówił wszystkiego, przestał wstawać, przestał jeść, przestał się załatwiać, nie przyjmował leków... Leżał i odchodził... Każdy jeden dzień stawał się pożegnaniem... 23 listopada serduszko Amorka przestało bić... Amorku... dziękuję Ci że byłeś takim wspaniałym przyjacielem.... [*] http://img689.imageshack.us/img689/5803/amorrrr.jpg
  4. W sumie i racja, dzięki za radę. Poczekam jak się trochę ociepli ( oby szybkooo...) i przejdziemy się tam, mamy prawie że pod domem ;) I sposobu z dziećmi tez spróbujemy. Wlasciwie to jeżdzę z psem na szkolenia do Pszczyny, ale są to bardziej pod kątem myśliwskim ( np żeby wystawiał a nie gonił ptaków), pozatym gość jest jak Cezar Milan - zapina na smyczkę i już pies jest odmieniony :) I wtedy wszystko jest nagle takie proste i logiczne że już nie trzeba nic szkolić bo pies jest idealny :P
  5. [quote name='evel']Im częściej będzie miał okazję podrzeć japę, tym częściej będzie tej okazji szukał jeszcze bardziej. Oszczekiwanie dla psa niepewnego siebie jest mocno nagradzające, pozwala odpędzić "straszne potwory", więc w mniemaniu psa działa - robi się błędne koło. W Krakowie to akurat bardzo proste ;) - pan Jacek Lewkowicz, szkoła Hittdog. [URL]http://tresura.pl/pl/kontakt[/URL][/QUOTE] Hmmm...no w sumie racja . Trochę go usprawiedliwiałam że robi to jakby w swojej obronie...ale sama widzę że mimo że mordercą nie jest to jest mi źle stale się stresowac że ktoś podejdzie i go obszczeka.Nawet bałam się że na wystawach będzie nietykalny, ale o dziwo nic sędziemu nie mówi, a wręcz jest to dla niego jakaś ceremonia, show. Znam tą szkołę, nawet chodziłam tam jako widz na trybuny patrzec jak się szkoli jego brat, ale wtedy mój był tak grzeczny że stwierdziłam że go przeszkolę na wiosnę ( bo pointera na zimnie ciężko szkolić jak chodzi jak galaretka). Ale odczucia mam mieszane bo znam pointera który tam został dość ostro potraktowany i została mu trauma zamiast zasad. I pozatym czy tam zajmują się też psychicznymi problemami psów na zasadzie przyjazdu do domu i indywidualnym treningiem?
  6. Nasz Aldek jako tako złym psem nie jest, raczej bym powiedziała uległum (póki co), i podejrzewam że bardziej w tych atakach przemawia w nim niepewność, albo jakiś taki głupi zryw - przyzwyczaił się że rozwiązaniem jest szczekanie i odsuwanie potencjalnych wrogów. Od małego ludzie go macali a ja na to pozwalałam, bo to też jakaś tam lekcja. Tymbardziej że na widok pointera ludzie się zatrzymują, zachwycają, każdy chce pogłaskać itp. jakby to jakaś egzotyka straszliwa była. Mnie się to nie podoba, moze i on to wyczuł, a może poprostu zaczał mieć dość. Dorosłego ludzia sam nie zaatakuje, musi ktoś dopiero do nas podejść. Ostatnio mnie zaniepokoił , bo przyjechali do nas znajomi do domu, a on mimo że ich znał to do nich nie podszedł, szczekał , uciekał do klatki. Przysmaczki od koleżanki wziął, ale tego że się niedawno tak ładnie bawił z nią w parku dyskiem już nie uwzględnił żeby się zaprzyjaźnić. Tyle że oni wiedzieli że jak szczeka to trzeba go olać i tyle. Mój pies też nie budzi respektu, mały , biały, chudy z poplatanymi nogami, więc ludzie śmiało wyciagają łapy czy wołają go. Własciwie to ja duzo jestem tam gdzie są dzieci, bo łaże po parkach itp, a na porannym spacerze mijamy przedszkole z placykiem własnie , ale jakoś to Waldka zainteresowania nie wzbudza szczególnie. Spróbuje się "pchać" jeszcze bardziej w takie miejsca...zobaczymy jaki będzie efekt. Boję się tylko że dziecko do mnie podejdzie, a ja nie zapanuję nad sytuacją (przewidywanie reakcji psa i dziecka). Ja zakładałam mu kantar, bo dośc duzo luźno biega, w miejsca publiczne jesli jest na smyczy to w sumie mało, ale tez się skłaniam do fizjologicznego, własnie dla tej pewności. Kantar i tak już zszyliśmy na ciasno na wszelki wypadek... Mierzyłam u znajomej ten kaganiec fizjo, ale 5 sekund i juz go nie miał na pysku. Wszystkie inne włażą mu do oczu i po 5 minutach oczy są czerwone i zaropiałe.Jedno jest pewne że namordnik jakiś musi miec, bo to duży pies, a w dodatku biega wszędzie i bardzo szybbko. I jak mu wbijac do głowy że szczekanie i warczenie jest złe? Od początku staramy się być konsekwentni, ale w pewnym momencie złagodnielismy dla niego, bo jakby zbyt nam się ugiął ( byłam nauczona dość ostrego traktowania poprzedniego psa, bo z nim o wszystko była walka, zawsze się postawił, zawsze musiałam być silniejsza i bardziej stanowcza, a ten to raczej taka dupinka...), mało kiedy go uderzymy, raczej karamy szarpnięciem smyczą albo jakiś szturchnięciem. No i ja wygłaszam mu pogaduszki typu " ty wstrętna świnio jak mogłaś..." przybierając złowrogi ton głosu. Nie znosi tego. Ostatnio jak naszczekał na dzieci ( w święta była pustka na osiedlu i puściłam go na chwilę bez kantara żeby się pobawił z małym fajnym pieskiem, a nagle zza rogu wyszła ekipa z koscioła) to jak ryknęłam na niego to gość mnie aż zwymyślał że czemu jestem dla niego taka delikatna... O szkoleniowcu myslałam juz wczesniej jak psiak zaczął dewastować w domu przy zostawaniu samemu - też jest z tym problem ale póki co zamykamy go w klatce i jakoś omijamy ewentualne klęski żywiołowe. Teraz znów się zastanawiam tylko własnie nie wiem skąd takiego dobrego specjalistę w Krakowie wziąć...
  7. Witam :) Temat bardzo przydatny, będę wchodzić po złote rady... Obecnie mam rocznego pointera, poprzedni moj pies byl kundelkiem -odszedł od nas w listopadzie w wieku 13 lat...- o dość trudnym charakterku ( a może sobie wmawialiśmy to , a tak naprawdę źle był wychowany). Amor otworzył mi dość oczy na psie sprawy, na jego przykładzie dzięki temu wychowuję pointera "po psiemu" i staram sie go rozumieć, ale i traktowac konsekwentnie. Ale mimo że czytam dośc dużo to i tak problemy z naszym młodym są, a ja nie do końca mam pewność czy dobrze je rozwiazuję... Odnośnie tego co przeczytałam nasuwają mi się przemyślenia i chciałabym poznać wasze zdanie. Po pierwsze rzucił mi się w oczy temat podchodzenia obcych do psa... Drażni mnie to diabelnie jak zapewne wielu psiarzy, ale właściwie co z tym robić - pacyfikować psa czy warczeć z nim na ludzi? Poczas treningu powiedzmy że jak mi cos przeszkadza to biorę głeboki oddech tłumacząc sobie że to jest gratis treningowy żebyśmy sobie poćwiczyli w warunkach rozpraszających. Ale ludzie wtryniają się niemal wszędzie , a nasz Waldek (obecny pies) nie reaguje na nich zbyt miło. Wręcz powiedziąłabym że z problemiku zrobił sie problem. Od maleńkości z nim duzo podróżujemy, bywamy często na rynku, w miejscach publicznych, więc wydaje mi się że zsocjaloizowany jest. Ale z biegiem czasu coraz gorzej znosi zaczepki, czekam na moment kiedy z warkniecia czy szczeknięcia zaczną klaskać zeby... O dzieciach nie wspominam... na widok dziecka mu się włącza czerwone światełko "broń się". Staram się to tępić, ale mało jest "dobrych obiektów treningowych". Wydaje mi sie że poprostu im nie ufa, tylko jak to zmienić łatwo i skutecznie? Tymbardziej mnie to niepokoi, że niebawem w naszym domu pojawi się mały cżłowiek, a ja ciągle sobie wmawiam że swojego nie zaatakuje...a jak się mylę?....
×
×
  • Create New...