Jump to content
Dogomania
Tree

Stan zdrowia bardzo starych psów

Recommended Posts

[quote name='india1974']A moj mis nie doczeka starosci..Lekarz tak powiedzial. Serduszko chore, nozki chore, tchawica i watrobka tez..I boli, bardzo boli, bo tak o to dziecko dbam. Poprzedni piesek tez nie dozyl starosci, myslalam, ze teraz bedzie inaczej..Kolejnego psa chyba nie wezme, ich odchodzenie to i moje zdychanie z bolu po kawalku. Ale jak tu zyc bez psa, no jak???[/QUOTE]

A dlaczego masz żyć bez psa? Zadbaj o tego, którego masz. O chorego człowieka i psa dba się w ten sposób, że leczy się to, co chore.

Share this post


Link to post
Share on other sites
Lekarz jest dobry, wiele razy naprawde pomogl. Ludzie tez czasem umieraja mlodo i Panie Boze nie pomoze. Ale nie ulega watpliwosci, ze bede walczyla do upadlego. A piesio ma 6latek, jest misiem malym i wieloowocowym, tylko chorowitym.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Mój wyżeł weimarski przeżył ze mną 15 lat. Jak na tą rasę to długo - średnia życia to około 12 lat. Starość miał zdrową i pogodną. Oczywiście był spokojniejszy i zastanawiał się czy wyjść n spacer, gdzy padał deszcz...ale oprócz tego bawił się chętnie, machał ogonem, uczył się nowych sztuczek, gryzł patyki. Generalnie był bardzo wesołym starszym panem. Zdrowei "posypało" mu się w ostatnich 6 miesiącach życia i ostatecznie musieliśmy go upić, gdy wszystkie metody leczenia zawiodły. Ale przez 14,5 roku był okazem szczęścia. Myślę, że duży wpływ na to miało dobre żywienie, odpowiednia ilość ruchu i zadań dla mózgu (tak by piesek nie "zdziadział" za szybko) no i częste wizyty u weterynarza. Często odwiedzaliśmy go tylko "na przegląd", ale czasem udawało się wcześnie wykryc jakies chorubsko i szybko zaleczyć.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Niestety, i u nas przyplatala sie ciezka choroba, ktora wlasciwie jest nie do uleczenia. Rak watroby. Zaczelo sie z przeswietleniem kregoslupa. Wtedy wetka zauwazyla, ze watroba Bobyego jest podejrzanie powiekszona. Wyniki krwi byly idealne. Pol roku pozniej zdecydowalismy sie na USG, no coz, co bylo do przewidzenia. Dosc duze ciemne plamy na watrobie. Propozycje biopsji odrzucilam. To nic nie da, ze bedziemy wiedziec , czy rak jest zlosliwy czy tez neutralny. Od miesiecy Boby dostaje zastrzyk wspomagajacy prace watroby. Wyniki krwi nadal dobre. Sa dni, ze najpierw wymiotuje ciemna zawartoscia a potem troche wiecej spi.. W tym dniu tez nie je. Ale po oczyszeniu organizmu, znowu je i wedruje na spacerki. Trzeba przyjac jego chorobe taka jaka jest i nic na sile. Cieszymy sie, ze operacja kieszonek pozwala mu na latwiejsze zycie, a kwote, ktora wydalismy na jego operacje(8.000 zl)daje zysk w postaci zyjacego, zadowolonego psa. Troche smutno, ale jest jeszcze Fifi (4 lata), ktora nie daje sie smucic i zmusza do codziennych spacerow, a Boby czesc spaceru zalicza na raczkach Pani(ciocie, ale mam wyrobione bicepsy!!!)

Share this post


Link to post
Share on other sites

Chyba dziś nieprzypadkiem trafiłam na ten wątek, mogłabym tu wylać swoje żale?

Mam 2 dziadziulki w domu i jedną babcię. W tamtym roku pożegnałam dwa tymczasowe staruszki, Dynia i Marę.

Moja sunia ma 16 lat, bilans: cukrzyca, nowotwór wątroby, zwyrodnienia w stawach, zapadnięta tchawica (kaszel niemiłosierny), popuszczenie moczu, nie widzi i niedosłyszy, 4 razy umierała.

Od jakiegoś czasu demencja starcza się pogłębia, w nocy chodzi, nie potrafi się ułożyć - pomijam bóle stawowe, jest niespokojna itd. Nie pamiętam kiedy ostatni raz przespałam ja i ona całą noc, wyglądam jak zombi...

Mervil lat około 13 - tymczas, oczywiście kolejny nieadopcyjny, zwyrodnienia w kręgosłupie, 2 śruty w tym jeden "idealnie" wkomponował się w kość, niwydolność nerek, regularne podlewanie ścian jest na porządku dziennym...na szczęście codzienne kroplówkowanie sprawia, że maluch czuje się dobrze.

Dżok lat 14 - owczarek na całe szczęście trzyma się z całej trójki najlepiej, dokuczają mu tylko stawy ale daje sobie świetnie radę jak na takiego dużego staruszka.

 

Osobiście nie wyrabiam.

Share this post


Link to post
Share on other sites

faktycznie dziwne, ze dopiero teraz tu trafiłaś. dogo jest jednak przepastne.

 

marra, masz ciężko... czeka cię decyzja niedługo, jesteś przemęczona. trudny czas. nie wiem, jak u ciebie, ale u mnie zmęczenie powoduje mega osłabienie psychiczne. pamiętam jak dziś, jak to było i trudno było. 

 

w sumie chciałam cie pocieszyć, ale kurczę, nie wyszło mi raczej... 

Share this post


Link to post
Share on other sites

faktycznie dziwne, ze dopiero teraz tu trafiłaś. dogo jest jednak przepastne.

 

marra, masz ciężko... czeka cię decyzja niedługo, jesteś przemęczona. trudny czas. nie wiem, jak u ciebie, ale u mnie zmęczenie powoduje mega osłabienie psychiczne. pamiętam jak dziś, jak to było i trudno było. 

 

w sumie chciałam cie pocieszyć, ale kurczę, nie wyszło mi raczej... 

 

 

Sleepingbhyday, dobrze, że skrobnęłaś. Dla mnie to dużo.

Fakt zmęcznie daje mi w kość jak jeszcze nigdy dotąd, mnie dobija zdecydowanie brak snu, ciągłe budzenie, nerwy i stres. Jestem niestety ogólnie gapowata, a teraz ta przypadłość się tylko pogłębia. Dosłownie przestałam myśleć logicznie, nie potrafię się skupić i czasem zastanawiam się ile to jest 2+2 - dosłownie. W pracy łapię się na błędach, chociażby chowanie dokumentów do innej teczki niż być powinny. Mówię bzdury, później zastanawiam się co ja opowiadam...oj długo by wymieniać.

 

Kocham te dziadki, a już moją sunię najbardziej na świecie! Jakbym mogła oddałabym jej moje zdrowie, tyle razem przeszłyśmy, 4 razy się żegnaliśmy a ona ciągle do nas wracała, taki uparciuszek. Niestety przez to zmęczenie tracę cierpliwość do niej i do reszty stada, najgorzej że nie wiem jak jej pomóc. Bo jest niespokojna z powodu bólu stawów, dostaje już najsilniejsze leki jakie są na rynku-odpukać jeszcze działają.

 

Oprócz czterołapnych mam jeszcze czterokopytne, którymi trzeba się zająć. POmijam pracę.

 

No to się troszkę poużalałam nad sobą ;)

Share this post


Link to post
Share on other sites

a co mówi wet w kwestii leczenia paliatywnego?

 

Moja sunia przeszła cały sztab lekarzy, kilka nawet w momentach krytycznych sugerowała eutanazję, do tej pory ja nigdy tak nawet nie pomyślałam, nie wiem dlaczego ale czułam, że da się ją jeszcze wyciagnąć na prostą.

Aktualnie jestesmy pod opieką bardzo fajnego Pana Wujka :) ale cudów już nie zdziałamy, dziewczynka dostaje leki p/zapalne i oczywiście p/bólowe a konkretnie Trocoxil. Na tej kuracji "jedziemy" już kilkanaście miesięcy mimo, że Trocoxil podaje się najdalej do 6 mieś. ona zostanie już z nim do końca życia. Jest dobrze, jak na jej stan radzi sobie doskonale, wychodzi na krótkie spacerki, je posiłki, jest kochana i z pewnością nie cierpi, w porównaniu do tego co się z nią działo teraz jest luksus! Wszyscy zgodnie twierdzą, że to terminator :)

Bólu do zera nie wyeliminujemy. Jeśli chce Wam się czytać moje wypociny to mogę opisać jej historię szerzej.

Share this post


Link to post
Share on other sites

To co napisałam, to i tak w skrócie :)

 

A więc zacznę od tego, że problem ze stawami zaczął się u niej dosyć wcześnie jak na takiego maluszka, waży  teraz około 10 kg ale wtedy była otyła, nie jakoś bardzo mocno, raptem 1-2 kg. Całe życie uwielbiała biegać za kamykami i zwykle po tych szaleństwach rano nie potrafiła wstać, musiała się rozejść, chodziła w pozycji tyłek do góry, dostawała suplementy diety odnawiające chrząstkę stawową. Pewnego dnia przestała chodzić, zwyczajnie nie wstała z posłania, koniec, pies traci wszelkie chęci do życia, nie bardzo chciała też jeść. Oczywiście wet, miliard zastrzyków, tabletek itd. Najgorszy w tym okresie był fakt, że przestała się załatwiać, była na tyle świadoma, że nie pozwoliła sobie narobić pod siebie mimo, że uciskałam brzuchol, masowałam itd. Wynosiłam też na podwórko, podtrzymywałam, niestety. Było to dla niej upokarzające i tak się spinała, że nie potrafiła. Trudno, były lewatywy (siku po dwóch dniach, na podwórku się udało). Wszystkie leki okazały się zbyt słabe, pies nadal nie wstaje (już nie pamiętam co wtedy dostawała). W zasadzie już się przygotowywałam do tego, że będę musiała jej pomagać w chodzeniu podtrzymując na linach aż oczekując w poczekalni na wizytę złapałam przypadkiem za ulotkę Trocoxilu, świsnęłam papierkiem Pani Doktor (wspaniałej!) przed oczami tą właśnie ulotką ze słowami „a może to!”. Lek wyszedł dosłownie miesiąc wcześniej, niewiele mogła powiedzieć, nie miała  takich pacjentów, w zasadzie nikt w tej klinice leku jeszcze nie przetestował…ale co tracimy? Nic, więc próbujemy. Psiak po dwóch tygodniach leżenia i intensywnego leczenia powstał po dwóch dniach od podania, myślałam, że śnię kiedy przyszła do kuchni upomnieć się o jedzenie z wyrzutami w oczach, że chyba o niej zapomnieliśmy!

Leczenie trwało pół roku, jednocześnie trzeba było badać regularnie krew bo Trocoxil daje po wątrobie. Kuracja wystarczyła na okrągły rok bez bólu. To był pierwszy raz kiedy miała nas opuścić.

Po dwóch latach dosyć dobrego samopoczucia, podawania Trocoxilu z przerwami w marcu 2012r. zaczęła się dziwnie zachowywać, wszystkie objawy wskazywały na cukrzycę. Tak też było, zaczęły się kolejne badania, miliard wizyt w klinice, ustalania dawek insuliny, posiłków, musiałam ją zostawiać w klinice na całe dnie na krzywą cukrową, mnóstwo mnóstwo badań i wychodzenie na prostą bo organizm miał już objawy ketozy. Po pół roku udało się opanować w miarę cukrzycę, w międzyczasie zmienili się lekarze, na szczęście trafialiśmy na młode super osoby, może jeszcze z niewielkim doświadczeniem ale które miały wielkie serducho i ogromną chęć niesienia pomocy, myślę że wiele się nauczyły przy tym moim jednym kudłaczu. Tak sobie żyliśmy niecały rok w świętym spokoju aż na początku 2013r. kolejny raz przestała chodzić, znowu z dnia na dzień (w tym czasie Trocoxil był odstawiony). Poszłam do kliniki, kolejnym nowym lekarzom opowiadałam historię choroby, znowu szereg badań, zastrzyki aż po kilku dniach zrobiliśmy USG- wielki guz wątroby. Pies dalej nie wstaje a mnie drugi raz sugerowano eutanazję. Stanowczo odpowiedziałam, że nie i do dziś pamiętam słowa jakich użyłam jako argumentu „ok, zgadzam się z tym że jest guz ale guz nie daje póki co żadnych objawów, to stawy! Spróbujmy Trocoxil”. Popatrzono na mnie wiadomo jakim wzrokiem, pies z nowotworem (paskudnym bo naciekającym) dwoma łapami na tamtym świecie a kosmitka chce lek na stawy. W międzyczasie zaczęłam się konsultować z lekarzem z innej lecznicy i powolutku kroczek po kroczku przenosiłam się do niego. W klinice lekarze cudowni! Ale zaczęło mi przeszkadzać, że ciągle mamy innego doktora.

Podaliśmy Trocoxil, pies wstał już nie po dwóch dniach niestety, ale po tygodniu, kiedy sama zaczęłam wątpić…udało się. Opłacało się latać na wizyty codziennie, oczywiście cukrzyca wariowała w tym czasie bo nie chciała jeść regularnie, kroplówki oczywiście dzień w dzień. Kłuta była też codziennie po kilka razy (wcale się nie dziwię, że taki ma dystans do mnie ;) ). Miała zrosty tak samo podskórne jak i w żyłach, czasem robiły się ropnie. Było ciężko i to był drugi raz kiedy miała odejść.  Nie tym razem!

W tym samym roku latem wpadła w hipoglikemię, która posunęła się na tyle daleko że zapadała już powoli w śpiączkę. W drodze do weta za przeproszeniem dostawała po pysku, żeby tylko całkowicie nie odleciała i nie zasnęła. Leżała kroplówkowana kilka dni, trzeci raz się z nią żegnałam i to był ten raz kiedy ja sama straciłam wszelkie nadzieję na poprawę i faktycznie pogodziłam się z jej odejściem. Z Wetem byliśmy na telefon „jak podejmiesz decyzję-dzwoń o każdej porze”. Pies wstaje po kilku dniach i wraca do żywych. Zapowiedziałam jej, że jeśli jeszcze raz mi to zrobi to trafię do szpitala psychiatrycznego na długie lata. Niestety nie przejęła się i po kilku tygodniach znowu kolejny raz wpadła w głęboką hipoglikemię, już nie płakałam. Wiedziałam, że da radę. Dała, po dwóch dniach leżenia plackiem ;)

Od tego czasu nie wywinęła żadnego numeru (ODPUKAĆ!), ja nauczyłam się jeszcze bardziej jej zachowań. Wiem kiedy słabnie, nie mam oporów przed mierzeniem poziomu cukru itd. Co przeżyliśmy to nasze.

Aktualnie zaczynam widzieć że nasz cudowny lek Trocoxil powoli się „wypala” i traci swoją moc, organizm już nie reaguje na niego tak jak kiedyś. Ale my tak łatwo się przecież nie poddajemy :)

Share this post


Link to post
Share on other sites

własnie na wątku staruszków z palucha ktos napisałam parę słów o terapii komórkami macierzystymi, potrafi zdziałać cuda i nie obciąża organów. pytanie, czy to dla niej i czy na tym etapie?

 

tu min info:

 

http://www.komorki-macierzyste.com.pl/oirap.html

 

 

faktycznie historia choroby "imponująca"....

 

 

Chodzi mi to po głowie bardzo często ale nie możemy sobie na to już pozwolić ze względu na narkozę, zbyt duże ryzyko...gdyby ze 2-3 lata temu ta terapia była bardziej rozwinięta, zdecydowałabym się na 100%.

Poza tym moja dziewczyna już potrzebuje spokojnej emeryturki, nie chcę jej fundować dodatkowego stresu.

Share this post


Link to post
Share on other sites

no tak, tu jest problem bez dwóch zdań, zwłaszcza, ze to nie jedna, ale w serii.

 

 

Własnie!  W tamtym roku zdecydowałam się na czyszczenie zębów, myślałam że umrę na zawał w oczekiwaniu na wybudzenie. Mimo że nie było absolutnie żadnych problemów to był dla mnie taki stres, że nie chcę już ani sobie ani jej tego robić ;)

Share this post


Link to post
Share on other sites

 A gastroskopia w jakim celu? Coś nie tak z układem pokarmowym? Ile ma lat?

U nas w Zabrzu jest kochana Pani Olejniczak od serducha dosłowanie i w przenośni. Zrobiła nam też kompleksowe badanie serca z pełnym opisem, na szczęście u nas wszystko wporządku, ale mogłabym polecić ją z czystym sumieniem.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Create an account or sign in to comment

You need to be a member in order to leave a comment

Create an account

Sign up for a new account in our community. It's easy!

Register a new account

Sign in

Already have an account? Sign in here.

Sign In Now

Announcements

×