• Announcements

    • Admin

      Regulamin Forum   12/31/16

      Dogomania na Facebooku
      https://www.facebook.com/groups/DogomaniaPL/    

malami1001

Members
  • Content count

    18
  • Joined

  • Last visited

  1. Dla spokojnego sumienia, skoro nie wiesz z jakiej hodowli jest psiak i w jakich był warunkach trzymany zrób zwykłe badanie kału w kierunku pasożytów, w tym giardia. W książeczce napisali, że pies był odrobaczany ale różnie z tym bywa, poza tym odrobaczanie szczeniaka nie odbywa się tylko jednokrotnie. I co ważne, bo już będę wszystkich na to uczulać na podanie antybiotyku przy biegunce zgadzaj się tylko i wyłącznie jak psiak ma biegunkę długo, załatwia się bardzo często i bardzo rzadko (czasami, jak z resztą u człowieka z psiaka leci lekko zabarwiona kałem woda), że może to grozić odwodnieniem czy innymi powikłaniami. Ja bardzo zaszkodziłam swojemu psu bezmyślnie zgadzając się na antybiotyki przy każdej biegunce co przypłacił biegunkami bez powodu pomimo podawania probiotyków. Długo zajęło mi wyciszenie jego problemów z przewodem pokarmowym. pozdrawiam
  2. Ale on to robi głównie jak wracamy, przynajmniej zauważyłam to w tych właśnie miejscach, nigdy nie dzieje się to jak przechodzimy obok skwerku czy bramy w drodze na spacer, zawsze po. I to nie zawsze po długim, zabawowym spacerze, czasami po zwykłej przechadzce na siku. Ale to dobrze, że nie tylko mój psiak tak robi, bo to oznacza, że coś chcą nam te zwierzaki przekazać. Pytanie co? ;)
  3. Dlatego postanowiłam jej zaufać jeśli idzie o oporną chorobę skóry mojego psiaka. Ma olbrzymią wiedzę i wielkie serce, dlatego nie chce mi się wierzyć, że nie znajdziemy rozwiązania. Warto mieć takiego kochającego zwierzęta lekarza, bo wtedy można liczyć, że zostanie zrobione wszystko co w ludzkiej mocy aby zwierzakowi pomóc. A takie choroby są koszmarne. Zwierze cierpi i nic nam nie może powiedzieć, nie wiemy jak mu pomóc i to jest w tym wszystkim najgorsze i najbardziej niesprawiedliwe, bo nie zasługują na takie cierpienie :( I to mnie najbardziej boli... pozdrawiam
  4. Kochani dogomaniacy, ostatnio zaczęłam się interesować sygnałami uspokajającymi psów i co one oznaczają. Jest to bardzo ciekawe zwłaszcza, że jak się okazuje bardzo często mylnie interpretujemy zachowanie naszych psiaków i nierzadko dostają za dane zachowanie burę (np. kiedy na nasze zawołanie odwracają się do nas tyłkiem ;) Ja natomiast wychwyciłam jedno zachowanie, które nie jest nigdzie opisywane i być może nie jest z gatunku uspokajających ale zupełnie nie wiem o co psu chodzi. Zdarza się to na spacerach, nie na każdym ale na tyle często żeby coś takiego zauważyć. Mianowicie idziemy sobie i mój psiak ni z gruchy ni z pietruchy nagle podnosi na mnie wzrok i wykonuje taki ruch jakby chciał pyszczkiem dotknąć mojej dłoni. Pozwalam mu na to, dotknę mordki, uśmiechnę się i idziemy dalej. Czasami jak się gdzieś zagapię pies tak jakby podskakuje delikatnie chcąc, nie wiem, zwrócić moją uwagę? Czasami kapnę się, że to robi jak nosem dotknie mojej dłoni. W sumie nie wiem czy to, że go dotykam to jest efekt, który on chce osiągnąć. Najczęściej to zachowanie ma miejsce gdy już wracamy do domu i mijamy taki skwerek, czasami tuż przed bramą wjazdową do kamienicy. Nie ciągnie w żadną stronę gdzie chciałby być może iść bo coś go zainteresowało. Jedyne co się z tym jeszcze wiąże to to, że zazwyczaj zdarza się to wtedy gdy idziemy szybko bo np. się spieszę lub idę stanowczo nie patrząc się na niego co trochę. Ale z drugiej strony on nie wie czy ja się na niego patrzę, bo idzie zawsze przede mną gdyż sztuki spokojnego chodzenia na smyczy za diabła nie potrafimy opanować ;) Macie jakieś pomysły o co mu może chodzić?
  5. Kochani, Myślę, że jestem już w stanie napisać o tym co przydarzyło się kochanej suni moich rodziców (mojej zresztą też). Wszyscy przeżyliśmy jej śmierć, ja bardzo mocno gdyż byłam przy niej do samego, tragicznego końca. Postanowiłam jednak opisać to co się działo, gdyż wiele weterynaryjnych mózgów walczyło o jej życie nie wiedząc co jej jest, jednak są rzeczy silniejsze od wszelkich starań. W każdym razie chcę to opisać dla Was kochani dogomaniacy, abyście nie robili sobie złudnej nadziei przy podobnych objawach i dla weterynarzy, dla których diagnostyka tego przypadku była bardzo trudna. Psiak suczka, mieszaniec, wielkości labradora. Bardzo mądra, nikt jej niczego nie uczył a była mądrzejsza od mojego labka, któremu poświeciłam wiele długich godzin na wyegzekwowanie podstawowego posłuszeństwa ;) Sterylizowana, nigdy nie chorowała. Cale życie z moim ojcem w polu, czasami od 4 rano do 24 w nocy. Non stop na łapach, ale kochała dwór, przestrzeń. Kilka lat temu moi rodzice ze względu na wiek oddali ziemię w dzierżawę, przeszli na emeryturę, pies razem z nimi. Po pewnym czasie sunia przybrała sporo na wadze. Byłam pewna, że to skutek nagłego braku ruchu. Zaczęła podupadać na łapy. Podobno była mixem boksera i labradora, więc problem ze stawami nie był zaskoczeniem. Chodziła coraz gorzej, czasami kulała, weterynarz nakazał rodzicom psa bezwzględnie odchudzić, gdyż w końcu przestanie chodzić. Mama naprawdę się przejęła, skończyły się kolacje z pasztetki, weszła karma odchudzająca i gotowane chude mięso, a pies nieszczęśliwy gdyż wiecznie głodny. Odchudzanie było naprawdę dość radykalne, a efekty mizerne. Więc znów ograniczenie dawek jedzenia i znów marne powodzenie, pies jeszcze bardziej nieszczęśliwy, a problemy ze stawami postępowały. Oczywiście, co nie powinno być zaskoczeniem diagnoza została postawiona na podstawie sugestii, że to mieszaniec z labradorem, więc stawy, gruba, bla bla bla. Nikt nie wykonał nigdy żadnego USG czy RTG tych stawów, pies nigdy nie miał żadnych badań krwi. Wszystko było na oko, podawane były podstawowe leki wspomagające stawy itp. Efekty były różne, raz było lepiej, raz gorzej. W końcu sunia zaczęła piszczeć podczas wstawania. Jeszcze większe dawki leków wspomagających stawy, mama czasami podawała pyralginę, ja czasami te stawy masowałam. Nikomu nawet przez myśl nie przeszło, że diagnoza może być zła, w końcu pies był u weterynarza, prawda? Poza tym okaz zdrowa. Stan taki trwał ze 2 lata. Jakieś 2 miesiące temu sunia posmutniała, czasami zdarzało się, że nie była w stanie wstać. Bardzo głęboko zasypiała, mama czasem myślała, że nie żyje. Ojciec zabrał ją do weterynarza, pan stwierdził, że pies już jest stary, miała 12 lat. Dał jakiś zastrzyk "na wzmocnienie", dziś wiemy, że był to najpewniej steryd gdyż sunia nagle odzyskała humor i siłę. Dostała też jakiś lek przeciwbólowy (na stawy), który miał działać przez miesiąc. Było nieźle. Po pewnym czasie znów sunia nie wstaje, jest smutna, nie ma ochoty nawet wyjść na dwór, bardzo ciężko oddychała, w nocy spadła ze schodów. Rodzice zabrali ją do weterynarza, do którego mieli zaufanie, pani uratowała kiedyś nogę papudze choć podobno była nie do uratowania. Usztywniła złamanie zapałką i noga się zrosła, papuzia cieszy się dobrym zdrowiem. Pani psa osłuchała, orzekła, że to wiek, ma bardzo słabe serce, a problemy z oddychaniem biorą się z tego, że ma wodę w płucach od serca. Nie będzie zaskoczeniem jeśli powiem, że ta diagnoza padła bez żadnych badań? Ja już wtedy tknięta doświadczeniem leczenia mojego labka trochę na mamę nakrzyczałam, że skąd ta głupia baba bez badań to wie, ale skoro leki jakoś działają widocznie diagnoza dobra. Dostała leki na serce oraz furosemid na oczyszczenie płuc w rzekomej wody. Chwilami bywało lepiej ale sunia nadal smutna, bardzo głęboko zasypiała. Jakieś 1,5 tygodnia temu sunia rano nie chciała wstać, nawet wyjść się załatwić, ciężko oddychała. Ojciec zadzwonił do weterynarz, kazała przyjechać bez psa po kolejną dawkę leków. Nie była to tamta weterynarz ale jej uczennica. Dała kolejną dawkę tych samych leków oraz na odchodne jakąś tabletkę, po której sunia poczuje się lepiej. Tabletkę dostała i po 15min zaczęło się. Niepokój, przyspieszony oddech, chodzenie z miejsca na miejsce. Mama z płaczem zadzwoniła do siostry, szybka decyzja - zabieramy psa do Łodzi (do weterynarz, do której teraz chodzę ze swoim psem). Podróż była straszna, pies zestresowany, nigdy nie był w obcym miejscu bez rodziców. Po osłuchaniu serducha wetka zrobiła oczy jak 5zł - liczba uderzeń na min. 300, a przynajmniej jak stwierdziła tylko tyle zdążyła policzyć ale pewnie jest więcej, bo przy takiej prędkości nie da się policzyć. Telefon do zaprzyjaźnionej kardiolog, przewiezienie psa do innej lecznicy. Echo serca nie wykazało kompletnie nic. Wcześniejsza diagnoza o słabym sercu poszła w pi...., serce zdrowe, mocne, żadnych patologicznych zmian, gdyby było słabe przy takiej ilości uderzeń sunia by zeszła natychmiast. Wody w płucach rzecz jasna żadnej nie ma! Pytanie o historię choroby. Od czego się zaczęło? Od tajemniczej tabletki? Telefon do poprzedniej weterynarz co to było? Telefon odbiera pielęgniarka, zarzeka się, że nie było nic podane, w karcie nic nie ma. Moja siostra wściekła, że ojciec dostał tabletkę i żąda informacji co to było. Do rozmowy włącza się uczennica, że była to ćwiartka tabletki Encortonu 5mg. Kardiolog stwierdza, że to niemożliwe, gdyż to dawka progowa, a reakcja nieprawdopodobna. Stwierdza, że najpewniej dostała belgijski odpowiednik Encortonu o dużej dawce i natychmiastowym uwalnianiu. Lek w Polsce niezarejestrowany, ale lecznice go mają do przypadków, które wymagają natychmiastowego podtrzymania funkcji życiowych. Lek nie jest wpisywany do karty, bo w kraju niezarejestrowany, a substancja czynna ta sama co w Encortonie więc uczennica powiedziała, że to Encorton. I tu pojawił się problem gdyż przy tylu uderzeniach serca na minutę nie można podać nawet głupiej kroplówki gdyż serce może nie dać rady tego przepompować. Leki spowalniające nie gdyż z powodu nagłego spowolnienia serce może przestać bić. Sytuacja patowa. Dostała jakieś lekkie leki spowalniające aby zbić serducho chociaż do 200. Powrót do mojej pani wet, badania krwi, USG jamy brzusznej. Badania wykazują lekki stan zapalny, nieco podwyższone enzymy wątrobowe, które mogą być wynikiem podawania wcześniej sterydów (to nagłe ożywienie suni po zastrzyku), poza tym pies starszy, więc leki wątrobę osłabiają szybciej. Poza tym podany steryd może drastycznie fałszować wyniki! Bez sensu badania tarczycy, bez sensu badania czegokolwiek gdyż przez steryd wyniki mogą wyjść w kosmos! W USG żaden narząd nie powiększony, żadnego guza, żadnej wskazówki skąd tak olbrzymia tachykardia. Pies zupełnie zdrowy! Pies pod tlen, steryd peak działania ma przez 48h, trzeba monitorować, ma przyjechać weterynarz od ciężkich przypadków na konsultacje. Pies na noc oddany do siostry z łagodnymi lekami zwalniającymi od kardiolog, żadnych sterydów. Mnie przy tym wszystkim nie było, a do dziś pluję sobie w brodę. Wieczorem pojechałam do siostry. Sunia mocno pobudzona, chodzi dookoła firmy siostry. Kiedy przychodzę trochę się uspokaja, na chwilę się kładzie, nawet znajduje siłę na merdnięcie ogonem. Po jakimś czasie wstaje, znów chodzi, zabieramy ją do firmy gdzie spędzi noc (siostra ma w domu 3 koty, ja nadpobudliwego psa, w firmie w nocy cisza). Sunia chodzi z kąta w kąt w każdym zatrzymuje się na chwilę i patrzy w dal. Zastanowiło mnie to, ale pomyślałam, że może chce się schować, serce tak wali, czuje niepokój, jest bez rodziców w obcym miejscu. Jadę do domu, siostra całą noc nie śpi, czuwa. Pies w pewnym momencie na chwilę się kładzie, w między czasie wypija ok 3 litrów wody ale nie sika, ponadto cały czas chodzi, od rogu do rogu, bez ładu i składu. Rano pies bardzo słaby, nie chce wstać. Siostra dzwoni do wet, przywieźć natychmiast. Pies znów pod tlen, znów bez kroplówki, serce nieco zwolniło jednak wciąż 230 uderzeń na minutę. Kardiolog karze czekać, zwiększyć leki zwalniające ale bardzo powoli bo się zatrzyma. Ja zwalniam się z pracy i jadę. I tu ukazuje się niekompetencja lekarza, która mnie poraziła. Mojej wet nie ma, jest w innej lecznicy, na posterunku pani od ciężkich przypadków. Wchodzę, pies mnie nie poznaje. ZUPEŁNIE NIE POZNAJE. Chodzi od rogu do rogu i parzy się w dal, pani to nie zastanawia i każe mi wyjść z psem, bo może się wysika. Wypiła 3 litry wody, a pęcherz prawie pusty? Gdzie ta woda? Wychodzę. Psina idzie bez ładu i składu, przed siebie, siku brak. Wciąż mnie nie poznaje. Gdybym ją puściła ze smyczy szłaby zwyczajnie przed siebie. Wracam. Mówię jak jest. Pani, a może pies ślepy? Ale nie odruch jest, latarka, zaglądanie do oczu i co się okazuje źrenice reagują słabo! Wcześniej pani nie była łaskawa tego sprawdzić? Podobno rano pies badanie neurologiczne przeszedł śpiewająco. Pani znika, zostaję z psem sama. Psina chodzi z kąta w kąt, w pewnym momencie chce się położyć, ale ciągnie ją w jedną stronę. Łapię, żeby się nie uderzyła w głowę i widzę wywracające się białka! Biegnę po wet, orzeka, że to napad padaczkowy petit-mal. Psia dostaje relanium dożylnie, choć to ryzykowne, bo może się zatrzymać, wciąż podstawowa diagnoza przedawkowanie sterydu. Pada jak mucha, układam, głaszczę, mówię, białka wciąż pracują. Jestem wściekła, że nikt wcześniej nie zauważył tych objawów. Przyjeżdża siostra, diagnoza pani, że to objawy neurologiczne, pewnie guz mózgu, zapalenie opon nie, gdyż nie ma gorączki. Potrzebna tomografia. W piątek wieczorem nikt nie zrobi, w weekend też, można próbować w Wawie, ale nie ważne, że ktoś badanie zrobi, trzeba jeszcze doświadczonego lekarza, który dobrze opisze wynik. Dzwonię po całej Polsce, dziś już nie, w weekend nie. W Łodzi najwcześniej we wtorek. Oczka już nie pracują, psina dochodzi do siebie. Podnosi się i strasznie dużo pije. Domyślam się, że w nocy też miała napady padaczkowe (po chce się strasznie pić) i jestem wściekła, że nikt tego nie zdiagnozował wcześniej po opisaniu objawów przez siostrę, może rano udałoby się załatwić tomografię. Psia merda ogonem, poznaje mnie i siostrę. Ja płaczę ze szczęścia. Przychodzi moja pani wet. Orzeka, że z tomografią trzeba poczekać do wtorku, bo na nieprofesjonalny opis szkoda pieniędzy, póki co psia reaguje na relanium, serducho zwolniło do 120, nie zatrzymało się, jest silne, psina jest silna. Można zaryzykować fenobarbital. Siostra dzwoni do mamy, pada decyzja pies z lekami wraca do domu choć jestem przeciwna, bo jest możliwość monitowania psa w całodobowej lecznicy. Ale to nie moja decyzja. Psia dostaje coś na uspokojenie na czas podróży. Wygląda dobrze. Oczka się śmieją, ogon chodzi, psina bardzo słaba ale to zrozumiałe. Wszyscy mają nadzieję, że to ten cholerny steryd wywołał jakąś nietypową reakcję, o guzie pani od ciężkich przypadków, która nie zauważa ataków padaczkowych nikt nawet nie myśli. W samochodzie psina ze stresu znów przyspiesza, teraz wiemy, że to atak padaczkowy - przynajmniej ja to wiem. Wysiadamy u rodziców, pies nie poznaje ojca - znów to samo. Jest noc, w Sieradzu jedyna apteka całodobowa nie ma relanium we wlewach doodbytniczych. Podajemy tabletkę doustną, ale długo się rozkręca. Psina dostaje fenobarbital gdyż zalecenie naszej wet to za wszelką cenę nie dopuścić do tachykardii. Cała noc czuwamy, psina po lekach się uspokaja, następnie ciągle chodzi, od rogu do rogu, wiem, że to atak padaczkowy. Z moją wet jesteśmy w kontakcie telefonicznym. Ja jestem za tym żeby psa odwieźć do Łodzi, mama uważa, że jak się odstresuje w swoim domu to będzie lepiej. Nie jest lepiej ale psia chociaż się załatwiła, wyobrażacie to sobie? Nie załatwiła się w obcym miejscu! Rano udaje się dostać relanium doodbytniczo. Psina na zmianę chodzi, po lekach odpoczywa ale w ogóle nie śpi. Serce zwalnia, ale ciężko oddycha, szybko. Kupiłam stetoskop żeby monitorować stan serducha. Siostrze wydaje się, że ma gorączkę. Po konsultacji z wet dajemy pół pyralginy. Psina zasypia. Budzi się i na zmianę chodzi, po lekach odpoczywa, choć jest naćpana próbuje wstawać, raz poznaje, raz nie, momentami macha ogonem. Ciągle pod telefonem jest wetka, mimo, że ma gości mówi, że w każdej chwili jest w stanie wsiąść w samochód (to 70km od Łodzi). Pada podpowiedź, że może borelioza. Zgadzają się objawy neurologiczne, tachykardia, a wcześniej długotrwałe problemy ze stawami. Decyzja, żeby na nic nie czekać i jechać do apteki, wybłagać doksycyklinę i podać dawkę uderzeniową, po drugiej dawce powinno być lepiej. W aptece nie robią problemów, psia dostaje antybiotyk i 1,5 pyralginy. Może mieć mdłości, chodzi niespokojna, wciska głowę w rogi. Choć czytałam, że to objaw guza mózgu nie dopuszczam tego do siebie, pewnie ma mdłości. Zasypia, mam nadzieję, że to efekt działania antybiotyku. W pewnym momencie słyszymy piszczenie. Psina chce wstać, może chce jej się siku ale nie jesteśmy w stanie jej wynieść gdyż słania się na nogach. W pewnej chwili wykręca ją na prawą stronę z nieprawdopodobną siłą a ja w oczach widzę "pomóżcie mi". Krzyczę na siostrę, że ma natychmiast dzwonić do weterynarz, bo to w ogóle był debilny pomysł żeby ją z Łodzi zabierać. Wetka stwierdza, że wsiada w samochód, za max 1,5h jest. W międzyczasie skonsultowała się z koleżanką i ta miała podobny przypadek - był to guz rdzenia przedłużonego. Ja w to nie wierzę, nikt w to nie wierzy. W tym czasie psina leży, lekko pojękując, nie reaguje już na nikogo. Ja mam obawy, że to jednak guz gdyż wetka przez tel stwierdziła, że wykręcanie to objaw, że jedna z półkul się wyłącza. O 1:30 jest, ja mam ciągle nadzieję, że coś wymyśli. Jednak źrenice już nie reagowały, nawet nie zareagowały minimalnie na wołanie mojej mamy "szukaj, szukaj", po którym psica wstawała zawsze na równe nogi, jedna tylna łapa zbyt drażliwa na dotyk, druga spięta nie chce się zgiąć, ogólna nadwrażliwość na bodźce. U psicy wyłączają się już poszczególne ośrodki, działają tylko odruchy bezwarunkowe jak oddech, bicie serca. Okazuje się, że psia ma niemal 40st gorączki. Dostaje podwójne relanium i środek na odbarczenie mięśni. Pani mówi, że psia jest teraz w pełni zrelaksowana. Daje do wyboru dwie alternatywy - wieczny sen albo śpiączka farmakologiczna, czekanie do wtorku (jest niedziela nad ranem) na tomografię, która nawet jeśli wykaże guza to ta wiedza nic nam nie da. Psica już jest nieświadoma i najpewniej nigdy jej nie odzyska. Mama decyduje o wiecznym śnie. Psica zasypia... Dla mnie to przykład skrajnej niekompetencji weterynarzy, szczególnie tych w Sieradzu. Wstyd i żenujące podejście do zwierzęcia. Pakowanie w niego leków na sugestie właściciela, gdyż problemy z rzekomymi stawami mogły być objawem guza - łapy mogły drętwieć, przy wstawaniu bolałoby tak samo jak zwyrodniałe stawy, po rozchodzeniu pies chodził niezbornie, powoli ale nie piszczał. Jednak nie dowiemy się tego, gdyż nikt nigdy nie zrobił żadnych badań. Pies gruby, może być po labradorze, więc stawy na 100%. Osłabienie jako objaw starości. Pakowanie w psa sterydów "na wzmocnienie" uniemożliwiło prawidłową i szybką diagnostykę, pies męczył się 3 dni bo jakaś głupia c.... dała "jakąś" tabletkę nie widząc psa i nie wpisując tego do karty. Nie powiązanie przez panią od trudnych przypadków chodzenia psa z kąta w kąt i bezcelowe gapienie się w niego z padaczką, brak zdziwienia, że pies nie poznaje właściciela i nie reaguje na wołanie. Jedyną osobą, która okazała serce, kompetencje i maksimum cierpliwości jest pani weterynarz, do której teraz chodzę, bo szczerze, to ja nie znam nawet pediatry, który mimo gości wsiada w samochód i jedzie 70km w środku nocy do jakiejś wiochy zabitej dechami aby pomóc psu. Dziś jest już za późno na dywagacje co by było gdyby, jednak rodzice mają zakaz chodzenia do pseudoweterynarzy w Sieradzu nawet po tabletkę na robaki dla kota. Ja nie twierdzę, że dałoby się psa uratować, jednak mógł być prawidłowo prowadzony do samego końca, zmniejszając maksymalnie jego cierpienie. Psy dostosowują się do rożnych warunków, psicę mogło coś boleć ale nie dawała tego po sobie poznać. Tusza i wieczny głód również mogły być objawem guza, tarczyca mogła szaleć co uwypukliło się maksymalną tachykardią 300 uderzeń na minutę na sam koniec, psica mogła dostawać normalnie jeść skoro i tak nie można byłoby jej pomóc. W Sieradzu nikogo też nie zdziwiło, że pies na drastycznej diecie nie chudnie. Oczywiście było gadanie, bo pani (mama) na pewno po kryjomu coś psu daje tylko nie chce się przyznać. Mogliśmy jej w odpowiedni sposób pomóc aby nie miała takiego końca, bo sobie na niego nie zasłużyła. Podawane bezpodstawnie sterydy uniemożliwiły szybką diagnozę, ba! uniemożliwiły jakąkolwiek diagnozę. Co ciekawe klient mojej siostry miał psa z identycznymi objawami na koniec. Ultrawysoka tachykardia, napady padaczkowe, wciskanie głowy w kąty, tamten pies jeszcze chodził non-stop w kółko w jedną stronę. Ale oni wiedzieli, że pies ma właśnie guza rdzenia przedłużonego. Dowiedzieli się robiąc tomografię gdyż ktoś przytomny ją zlecił kiedy pies nagle zaczął mdleć. Leczyli go chemią dwa lata choć końcówka była identyczna. Leczyli ponieważ ten weterynarz miał dobre doświadczenia w leczeniu tego typu nowotworów. Temu psu akurat niewiele to pomogło, ale może psicy rodziców by uratowało życie?
  6. Beatrx ja porozmawiam z tą wetką odnośnie żywienia, wygląda na rozsądną babkę, na pewno ma dużą wiedzę więc sądzę, że będzie obiektywna. Wczoraj byłam z siostrą, ona z kotem, ja z psem, jakoś nie było okazji o tym wspomnieć. Widzisz, koszty to jedno ale nie wiem czy dobrze wyczytałam, że mięso dobrze byłoby głęboko mrozić aby zabić część pasożytów. Mieszkam w kamienicy, mam maleńki zamrażalnik, z wyliczeń wynika, że powinien dziennie dostawać ok. 1kg surowizny, mam taką pracę, że jeżdżenie codziennie na targ czy do sklepu jest niewykonalne, musiałabym dobrze technicznie to wszystko zaplanować. Pamiętam też psa mojego wuja, który karmił go właśnie surowizną. Pies śmierdział przeokropnie, po wizycie wuja wymagane było gruntowne wietrzenie mieszkania dlatego nigdy nie myślałam o tej diecie. Twój psiak śmierdzi? W sumie nie wiem czy to od tego, ale wuj twierdził, że to właśnie dlatego. A karmił go surowym nie dla zdrowia ale aby go szkolić jako psa myśliwskiego, miał dobrze czuć krew... Obrzydliwe i nieludzkie ale to temat na inny topic. Poza tym pochodzę ze wsi, wiem jak się produkuje w Polsce żywność, widziałam w życiu niejedno więc powiem szczerze nie mam zaufania do niegotowanego mięsa... Nie miałaś nigdy żadnych niespodzianek? Wetka stwierdziła, że golenie sierści przy takich zmianach jest niewskazane ze względu na możliwe uszkodzenia skóry i dostawanie się do nich drobnoustrojów, podobno na wszelkich szkoleniach z zakresu dermatologii odradzają golenie, ja jednak poświęcę maszynkę do włosów i zetnę trochę te dłuższe partie, chyba nie powinno się nic stać. Wczoraj generalnie uznała, że skoro wszystkie badania są ok, zwłaszcza tarczyca i nadnercza nie ma sensu robić badania hamowania ACTH. Na hormon wzrostu może już być za późno, więc też sobie odpuszczamy i skupiamy się wyjątkowo upartym grzybie. A że to grzyb to oprócz wcześniejszych badań, które to wykazały wczoraj obejrzała jeszcze raz te jego włosy. Pokazała mi je pod mikroskopem i faktycznie włosy są uszkodzone. Nie opisze tego dokładnie, bo się nie do końca znam, ale tam gdzie włos widniał jako czarna nitka jest zdrowy, jednak każdy włos jest nabrzmiały w wielu miejscach i tak jakby pusty, pod mikroskopem ma kolor biały. Wskazuje to ewidentnie na grzybicę. Włos przebadała ponieważ nie można zrobić póki co badania mykologicznego gdyż psiak wciąż jest czymś smarowany. Co do stanu zapalnego skóry jest niemal pewna, że to uczulenie na produkty przemiany materii grzyba (nie wiem czy dobrze to tłumaczę), generalnie grzyb jest we włosach, cebulki są zdrowe zatem podawanie leków doustnie mija się z celem. Zaproponowała jednak szczepionkę przeciwgrzybiczą Biocan M. Twierdzi, że nie ma 100% gwarancji, że to wspomoże leczenie ale przynajmniej warto najpierw spróbować czegoś, co nie ma skutków ubocznych. I tu dochodzimy do kwestii, o której wspominasz uxmal - ketokonazol jest silnie toksyczny dla psów, itrakonazol mniej ale też nie ma gwarancji, że wątroba w pewnym momencie nie powie dość. Podobno przez długi czas może być wszystko ok, badania wątroby ok a czasem zdarza się tak, że zanim właściciel zauważy, że coś jest nie tak jest już za późno. Widziała, że bardzo chcę coś doustnego i nawet chciała mi wypisać receptę na Orungal ale postanowiłam jej zaufać i dziś jedziemy się zaszczepić gdyż nie miała wczoraj na stanie tej szczepionki. Za 2 tygodnie ma być druga szczepionka, a jeśli poprawa będzie kiepska za kolejne dwa następna dawka. Nadal mam go moczyć w tej śmierdzącej cieczy i nawet widzę, że w niektórych miejscach włosy są dłuższe czyli, że coś tam odrasta. Kolorem skóry mam się nie przejmować, bo jak zwalczymy grzyba skóra zacznie się prawidłowo złuszczać i trochę zjaśnieje, ale nie musi do końca jeśli stan zapalny był głęboko. Włosy w pachwinie też mogą nie odrosnąć jeśli stan zapalny zbliznowacił mieszki włosowe ale tak naprawdę mam to gdzieś czy odrośnie czy nie. To nie pies wystawowy, ma być po prostu zdrowy. W każdym razie postanowiłam jej zaufać, źle zrobiłam, że po pierwszym jej niepowodzeniu poszłam do innego weta, który teraz jest na urlopie. W końcu różni weterynarze źle leczyli psa i nie na to co trzeba przez pół roku, a ona jedna zaproponowała jakiekolwiek badania w celu sprawdzenia czy żadna przyczyna wewnętrzna nie utrudnia leczenia. W każdym razie będę informować jak postępy oraz czy szczepionka coś daje, może ktoś też trafi na tak oporne dziadostwo i ta wiedza mu się przyda. Natomiast jeśli szczepionka nie pomoże udam się do Warszawy, chciałabym jednak tutaj na miejscu mieć weterynarza godnego zaufania.
  7. Tylko, że my kupy mamy teraz idealne, daję mu czasami np. mięso z zupy czy kawałek pasztetu, który uwielbia i też nic się nie dzieje. Czasami ma rzadszą jak dostanie jakiegoś wielkiego smaka typu krtań czy kopyto jelenia ale to są wyjątkowe przypadki i po jednym załatwieniu sprawa wraca do normy. Z resztą nawet gdyby miał mega biegunkę nie zgodzę się na żaden antybiotyk, no chyba że trwałaby bardzo długo co wiadomo może doprowadzić do odwodnienia. Psa wygolił poprzedni weterynarz ale tylko dlatego, żeby zobaczyć jak daleko sięga zmiana. W tej chwili musiałby być chyba wygolony cały żeby zobaczyć czy nie rozniósł sobie tego po całym ciele, nie mam pojęcia czy do dobry pomysł czy sierść nie stanowi jakiejś naturalnej bariery? Będzie wyglądał jak wypłosz ale trudno, mnie to nie przeszkadza ale generalnie aplikowanie tych mazideł odbywa się na nieogoloną skórę. Jest to utrudnione bo muszę wszystko dokładnie wmasować i robić wszystko na dworze. U nas w badaniach najpierw wyszła bakteria, bo na to była pobierana zeskrobina, później u tej babki, do której teraz chodzimy wyszedł grzyb. Przy czym bakteria mogła już być powikłaniem, to normalne, że do gołej skóry bez bariery ochronnej przyczepia się wszystko co może. Co do diety jak dla mnie mógłby jeść surowiznę przy czym chyba ja musiałabym jeść suchy chleb z wodą - nie stać mnie na dietę BARFową :( To duży pies, który musi dużo zjeść. Bankrutowałam już jak podawałam mu samego indyka, była nawet weterynarz, która była w 100% przekonana bez żadnych badań, że to alergia pokarmowa i kazała psu dawać tylko i wyłącznie wołowinę. Już były plany oddania psa do domu, w którym opiekunów stać na dietę składającą z najdroższego mięsa, nie muszę chyba mówić, że ryczałam w sklepie jak zobaczyłam ceny tego mięsa i policzyłam ile miesięcznie będzie mnie kosztować żywienie psa, nie mówiąc już o lekach i innych sprawach związanych z utrzymaniem psa. I tak wszystkie wydatki są planowane pod psa, a właściwie nie ma już żadnych planów. Kiedy czytam o leczeniu grzybicy wszędzie piszą, że leczenie doustne to minimum 6-8 tygodni a mazidła są tylko wspomaganiem leczenia. U nas są tylko mazidła, bo doustne leki powodują problemy z wątrobą. No super że będę mieć psa ze zdrową wątrobą tylko, że łysego z czarną skórą. Chyba muszę znaleźć weterynarza starej daty, który zacznie leczyć grzyba tak jak być powinien leczony. Ci młodzi weterynarze zachowują się gorzej jak pediatrzy, przy czym pediatra nie waha się przed podaniem dziecku leku kiedy wymaga tego sytuacja. Nasze zmiany nie są ranami. Nie ma nawet strupków gdyż gonię psa jak tylko widzę, że zaczyna się tam podgryzać. Jest to zwykły plac z "poucinanymi" przy skórze włosami. Skóra w kolorze grafitu do czarnego, podobno to wynik wylania się melaniny z komórek na skutek stanu zapalnego. Dziś kolejna wizyta i jeśli nie dostaniemy oczekiwanego leczenia tylko pójdzie kolejna kasa na kolejne badania zdrowego wewnętrznie psa szukam lekarza z datą urodzenia poniżej 1970 roku... Mojej siostry koty jadły ketokonazol przez prawie pół roku. Znalazła je w śmietniku i były zagrzybione od stóp do głów. Dziś pewnie kąpałaby je latami w szamponach, smarowała mazidłami i leczyła koty nie pół roku ale dwa lata z takimi rozległymi zmianami. Ja rozumiem, że wątroba ale bez przesady...
  8. Nie wiem czy to zaskoczenie ale nadnercza są zdrowe. Podobnie jak reszta w jamie brzusznej. Dziś kolejna wizyta i pewnie szukamy dalej... Chociaż ja bym zaczęła zwyczajnie leczyć grzybice doustnie, a nie tylko zewnętrznie, moim zdaniem na leczenie tylko zewnętrznie jest już jakieś pół roku za późno.
  9. Elf1977 psiak nie ma żadnych alergii pokarmowych, sugerowano nam to chyba ze 100 razy, przechodził dietę eliminacyjną podczas antybiotykoterapii, nie ważne co je i czego nie je, choroba wciąż trwa. Jadł gotowanego kurczaka, gotowanego indyka, samego, z ryżem, bez, z makaronem, bez, różne różniaste karmy, wykosztowałam się na dietę bez drobiu, nigdy nie było żadnych efektów, muszę przyznać, że na diecie "gotowanej" był chudy jak szkapa, teraz dostaje karmę Farminy bez zbożową, bez białka drobiowego, 70% mięsa i produktów rybnych. Karmę wcina chętnie jednak oprócz tego, że udało się go utyć 2kg postępów w leczeniu nie ma żadnych. Uporczywe biegunki skończyły się w zasadzie po drugiej antybiotykoterapii, miewał je przy zmianach diet, a było ich troszeczkę gdyż weterynarze sugerowali alergię jednocześnie odradzając testy alergiczne ze względu na cenę i niemal zerową skuteczność (ponoć może się okazać, że pies jest uczulony na wszystko, nic tylko położyć się i umierać) u zwierząt. Teraz szamie tylko tą karmę, czasami dam mu trochę indyka czy innego zabronionego ludzkiego jedzenia, dość się już nacierpiał w związku z jedzeniem żeby mu wszystkiego odmawiać. Poza tym nie ma żadnych innych objawów alergii pokarmowej i obecna weterynarz wykluczyła tą chorobę. Teraz biegunek nie ma w ogóle, problemem jest tylko skóra, która zalecza się i odnawia zagarniając coraz większy obszar. Nowotwór skóry? Nie mam już pojęcia, a wszystkie badania są takie drogie. Nie to, że mi żal, bo wolę mieć psa niż pieniądze na koncie ale żadne wet nie jest w stanie pokierować w odpowiednim kierunku, tylko wszystko jest na oślep. Pani wet była przekonana, że to tarczyca, a tarczyca jest ok. Teraz nadnercza. Jak się okażą ok, to co? Tomografia? Rezonans? Wycinek skóry pod narkozą?(o tym też wspominała). Cała masa badań, a żadne nie przybliża do postawienia diagnozy dlaczego dermatoza ciągnie się tak długo. A może to nowotwór skóry? Niekompetencja lekarzy karze mi podejrzewać już wszystko... Chociaż ta jedna przeprowadza jakieś fizyczne badania, a nie tylko ogląda psa i wydaje wyrok.
  10. Wracam znów. Zmieniliśmy weterynarza i niestety jak się okazało to "coś" rozprzestrzeniło się na całe udo. Wet podał Imaverol choć powiem szczerze, że miał mieszane uczucia odnośnie grzybicy ale ponieważ ciągle są tam podawane jakieś mazidła i płyny wykonanie badania skóry w kierunku grzybicy było bezcelowe. Dostaliśmy Imaverol, po 4 razach wet stwierdził, że to chyba jednak grzybica, bo stan zapalny skóry mija. Zaordynował kolejne 4 płukanki i kazał przyjść. Jeśli po odstawieniu leków będzie ok to super jeśli nie niestety dalsza diagnostyka w kierunku tarczycy i nadnerczy. Miałam iść do niego a tu okazuje się, że ma długi urlop, a zauważyłam, że skóra na udzie znów się przerzedza :( Powrót do poprzedniej weterynarz, która okazała się aniołem dla psa rodziców, który odszedł w weekend, jak trochę się pozbieram opiszę przypadek, być może kiedyś komuś ta wiedza się przyda i nie będzie sobie robił niepotrzebnych nadziei. Wracając do mojego psa wczoraj wet zauważyła, że zmiany i wyłysienia robią się już nie tylko na udzie ale także na reszcie łapy - nie zauważam ich na bieżąco bo psiak ma jednak tą sierść nieco długą i widać coś dopiero jak większy fragment jest łysy. Dostaliśmy znów tą śmierdzącą jajami ciecz do oblania psa od "ludzkiego" pasa w dół, mamy to zrobić jeszcze dziś i później za 5 dni. Mam wrażenie jakby skóra już po wczorajszym zrobiła się jaśniejsza, wet też to zauważyła. Zaleciła też badania krwi i tarczycy w kierunku niedoczynności tarczycy. Pies ma też bradykardię, po przebudzeniu miał 56 u/min. Wet też go zbadała i stwierdziła, że faktycznie jak na zestresowanego psa w gabinecie ma dość niskie tętno ale niepokoić się trzeba dopiero jak spada poniżej 40 u/min. Badania zrobiliśmy, morfologia ok (choć to zupełnie o niczym nie świadczy), tarczyca zdrowa. Na jeszcze jedno badanie czekamy gdyż w wyniku jest lekka anemia ale ponoć trzy psy tego dnia miały podobne badania i możliwe, że szwankuje aparat, próbka została przesłana do laboratorium. Dziś mamy USG jamy brzusznej ze szczegołnym uwzględnieniem nadnerczy. W zależności od wyniku czeka nas jeszcze oznaczanie poziomu ACTH i hormonu wzrostu. Pies to labrador i jest mniejszy niż wszystkie inne labradory. Pomijam fakt, że nie da się go przytyć, możemy mu podawać wielką michę karmy, a nie przytyje, jedynie będzie robił ogromne kupy. Udało się go "przytyć" o całe 2kg. Jest jednak niższy niż inne psy w jego wieku (rok i 8 miesięcy). Wciąż jest żywym łobuzem, uwielbia się bawić, teraz przy tej temperaturze bardzo szybko się męczy. Tzn, chyba się męczy bo bardzo szybko strasznie zieje ale na zabawę ma ochotę nadal. Czytam teraz o chorobie Cuchinga i mam już fazy na punkcie guzów i obawiam się, że to właśnie to. Chociaż z objawów tej choroby zgadzają się tylko problemy skórne ale po ostatnich akcjach z psem rodziców jestem w stanie uwierzyć we wszystko. Ale z tego wynikałoby, że psiak ma go chyba od urodzenia, bo pierwsze wyłysienie zauważyliśmy w sierpniu tamtego roku. Jedyne co mnie jeszcze martwi to to (choć w sumie powinnam się cieszyć), to nie wiem czy pies ma normalny pociąg płciowy. Kilka razy zdarzyło się, że kręcił się obok jakiejś suczki z cieczką, wołany nie chciał wrócić, ale zabrany siłą i później spuszczony nie uderzał w dziką pogoń za zapachem cieczki. Pamiętam psa rodziców, na którego nie było bata, znalazł małą dziurę między człowiekiem a drzwiami i znikał na kilka dni. Podobnie maił pies mojego partnera - nie było na psa siły. Mój natomiast choć młody to i popęd powinien mieć ogromny a jakoś tego nie okazuje. Chociaż sama już nie wiem ale jak się okazuje każdy jeden objaw może mieć znaczenie, nawet trywialny. Czy macie może jeszcze jakieś sugestie? Jakie badania wykonać? To to może być? Jak wrócę do domu wstawię zdjęcie tej nogi, teraz widać niestety znacznie lepiej gdyż rozlało się to po całej łapie. Nie wiem już co robić i obawiam się najgorszego. A leki na chorobę Cuchinga ponoć kosztują ponad 2500zł, nie wiem skąd tyle wezmę co miesiąc na kilkuletnie leczenie psa, chyba wyprowadzę się pod most i nie będę nic jeść...
  11. bou to już 4 weterynarz, a psi dermatolog, rzekomo najlepszy w Łodzi bez żadnych badań chciał wypisać psu antydepresanty. I to nie ja leczę psa tylko leczą weterynarze. Nie jeżdżę do żadnych znachorów ani nie stosuję medycyny niekonwencjonalnej tylko chodzę do ludzi, którzy skończyli w tym kierunku studia. Skoro oni nie potrafią szukam informacji na własną rękę. A mając wiedzę jestem w stanie zweryfikować podejście weterynarza, kimkolwiek on by nie był i ewentualnie podziękować za usługi zanim zaordynuje kolejne bezskuteczne leczenie za ogromne pieniądze. vetches hodowla była, wyszło microsporum canis, grzybica strzygąca. Tak też to wygląda gdyż skóra nie jest łysa tylko ma przerzedzone włosy jakby poucinane jakieś 3-4 mm przy skórze.
  12. Mam do Was pytanie, a widzę, że jest tutaj sporo specjalistów. Gdziekolwiek bym nie czytała na temat grzybicy wszędzie utrzymuje się, że leczenie grzybicy powinno trwać minimum 4 tygodnie (doustne), a nasza weterynarz zaordynowała jedynie 5 dni na itrokonazolu. Czy to nie za mało? + do tego oczywiście śmierdzące żółte świństwo do moczenia i chlorheksydyna do psikania. Szczerze? To już kolejny miesiąc leczenia, a tym razem nie widać żadnej poprawy... Zaczęłam mu to dodatkowo smarować klotrimazolem w maści. Weterynarz stwierdziła, że to od szczepionki na wściekliznę gdyż układ odpornościowy skierował się na inny tor i grzyb przyatakował. Czy klotrimazol to dobry pomysł? Czy to leczenie doustne nie było za krótkie? Co mam zrobić aby wzmocnić odporność psa? Czytałam również o szczepionce przeciwgrzybiczej ale czy to ma sens?
  13. Witam ponownie, bo problem wrócił :( Czemu nie jestem zaskoczona? :( Stosowaliśmy mazidła jakieś 3 tygodnie, pani weterynarz poleciła wszystko odstawić kiedy włosy zaczęły odrastać. Ciemne zabarwienie skóry jest podobno wynikiem wylania melaniny z komórek z powodu długo trwającego stanu zapalnego (nie jestem pewna czy dokładnie przytaczam) i taki kolor może utrzymywać się tak długo aż skóra całkowicie się złuszczy. Tylko, że włosy znowu są poucinane :( Niektóre mają pół centymetra, niektóre dwa milimetry. Wygląda to tak jakby ktoś te włosy przyciął maszynką zaczynając dalej od skóry, kończąc na 2 milimetrach. Dosłownie jest tak równiutko. Kolor skóry nadal jest czarny z czerwonymi przebłyskami. Weterynarz zasugerowała, że skoro problem wciąż nawraca przyczyna musi być w domu. Mieszkam wprawdzie w starej kamienicy, długo leżące ubrania w szafie mają czasami dziwny zapach ale nie jest to zapach stęchlizny. Stawiam na pozostałości zapachu po pożarze, który był w mieszkaniu jakieś 4 lata temu gdyż poza tym w mieszkaniu nie śmierdzi wilgocią, nie ma nigdzie widocznego grzyba, nawet w łazience, nie sądzę zatem, że źródło grzyba jest w domu. Ani papuga, która lata sobie swobodnie po mieszkaniu nigdy nie chorowała, ani żaden z domowników. Co ciekawe wzrost grzyba nie był obfity, po kilkunastu dniach udało się dopiero określić gatunek grzyba (microsporum canis), miałam wrażenie, że weterynarz obawia się, że to, że faktycznie jakiś grzyb wyrósł to było go za mało żeby inwazja była tak uciążliwa. Pies wciąż je suchą karmę, przytył 2kg co nas bardzo cieszy, bo jeszcze jakiś miesiąc temu ważył 24kg, a to trochę mało jak na labradora. Siostra, której koty miały grzybicę jak je znalazła w śmietniku (było to lata temu, pies nie mógł się od nich zarazić) leczyła je jakieś 3 miesiące codziennie kąpiąc w szamponie i podając ketokonalzol. Weterynarz bardzo nie chciała podawać mu nic doustnie ale samo smarowanie i kąpiele to jak widać za mało. Mam w domu sporo ketokonazolu i nie wiem czy nie zacząć go podawać samodzielnie czy jeszcze raz udać się do tej weterynarz. A może to zupełnie inna przyczyna? Pies ciągle się drapie i to zawsze w tych samych miejscach: z tyłu koło ogona, na szyi, czasami gryzie się po tym udzie gdzie w pachwinie jest łyse, próbuje się podrapać gdzieś pod brzuchem ale wiadomo, że nie da rady. Nie robi tego jakoś specjalnie często i nie odpowiadają temu konkretne sytuacje. Np śpi sobie i nagle się zrywa bo musi się podrapać, albo jak leży i się gdzieś gapi, albo w trakcie spaceru. Nie ma żadnej reguły żeby można było podejrzewać cokolwiek na tle nerwowym. Poza tym w miejscach tych nie ma żadnych łysych placków ani nawet skromnych przerzedzeń czy nawet połamanych włosów. Pies rzadko interesuje się łysym plackiem. Przez moment przyłapywałam go na gryzieniu się w tej pachwinie ale to zaraz po odstawieniu mazideł zanim włosy zaczęły się ścinać. Teraz kiedy są takie króciutkie w ogóle go to miejsce nie interesuje. Co to może być? Jakaś inna choroba skóry? Tylko dlaczego jest dobrze tylko w momencie kiedy prowadzone jest jakieś leczenie? Może to jakaś choroba autoimmunologiczna? Zupełnie nie rozumiem żadnej z tych prawidłowości i już nie wiem co robić. Druga kwestia, że nie wiem czy nie trzeba będzie poczekać z leczeniem, bo pies był tydzień temu szczepiony na wściekliznę.
  14. Witam, Mam duży problem z moim psem. Nie dość, że wciąż choruje (choć o wydaje się być na chwilę obecną opanowane) to jest kompletnie nieposłuszny. Właściwie nie wiem od czego zacząć, bo tego jest tak dużo, więc może wymienię w punktach to, co jest moim zdaniem najgorsze. Co pies potrafi? Niewiele. Siad, czasami zareaguje na stój, do niedawna potrafił wracać na gwizdek gdyż na zwykłe przywołanie w 90% przypadków nie wraca. Na gwizdek wracał zawsze, teraz zwyczajnie ma mnie gdzieś, bo to ja jestem ta zła i to ja go szkolę, a jego pan daje mu pełną wolność. Czego nie potrafi? 1. Nie potrafi chodzić na smyczy. Uczyłam, próbowałam. Od zawracania po zatrzymywanie się, nic to nie daje. On nie rozumie po co się zatrzymujemy czy wracamy. Nawet jeśli idzie spokojnie bo jest np. zmęczony jak tylko go za to pochwalę dostaje szału, skacze wtedy, cieszy jakby wygrał w totka, chce biec przed siebie - więc już nie chwalę, bo efekt jest odwrotny do zamierzonego. Mogłabym dawać mu smaczki ale bez pochwały wydaje mi się, że to nie ma sensu - chyba, że się mylę. Kupiłam również oryginalne szelki easywalk zapinane z przodu. W niczym mu nie przeszkadzały ciągnąć ale dla nas jest na plus chociaż to, że jak pociągnie mocno, bo zobaczy pieska to nie wyrwie ręki... Próbowałam zabierać go ze sobą na kije, obwiązałam się smyczą wokół talii i w drogę. Miałam nadzieję, że szybszy marsz sprawi, że to ja dostosuję swoje tempo do jego, ale nic z tego :) Tak ciągnie, że wracałam cała obolała, łącznie z bolącymi organami wewnętrznymi od zaciskania się smyczy na mojej talii. 2. Przywołanie. Jak już napisałam na wstępie na 90% przywołań nie wraca. Jak się czymś zawącha ma gdzieś, jak spotka jakiegoś psa ma gdzieś, generalnie przychodzi jak się zupełnie nic nie dzieje i ma na to ochotę. Smaczki już zwyczajnie nie działają, musiałabym nosić ze sobą chyba surowe zepsute mięso żeby go tym zainteresować. Zabawę uwielbia ale w domu, na spacerze pobawi sie 30sek i leci przed siebie. W domu za to jest upierdliwy do granic możliwości, znosi zabawki, zaczepia, piszczy. Lubi szarpać sznurek wyrywając przy tym bark. Choć to labrador nie potrafi aportować, w ogóle chyba tego nie lubi choć uczyłam. Idei frisbee też nie rozumie, choć starałam sie nauczyć. Generalnie w parku nie interesuje go żadna zabawa, woli wąchać, uprzykrzać życie innym właścicielom i ich psom. Dlatego ze mną chodzi na smyczy i to nawet nie do parku gdyż miałabym chyba wyrwaną rękę, bo krzaczek, piesek, ptaszek, gównienko. Chodzimy po ulicy i te spacery są nudne, bo co można robić na smyczy? Dlatego pies mnie nie lubi, bo ja go nie spuszczam gdyż się zwyczajnie boję i nienawidzę tej jego upierdliwości w stosunku do innych psów. Spuszcza go za to mój luby, bo jemu nie przeszkadza ani to, że pies nie wraca ani to, że chce się bawić z innymi psami. A na smyczy z nim nie będzie chodził bo pies .... ciągnie. Nie wiem kto głupszy w tej sytuacji pan czy pies. W każdym razie ja nienawidzę spacerów gdyż to jest dla mnie katorga - albo ciągnie (na smyczy) albo ucieka (spuszczony) do innych psów. Ja wiem, że powinnam być atrakcyjniejsza od innych psów ale chyba nie zaryzykuje tarzania się w ziemi i gryzienia, a jak mówię wszelkigo rodzaju aktywności (sznurek, piłka) nudzą go po minucie. Poza tym zabawa w przeciąganie i szarpanie dla mnie przynajmniej jest bardzo bolesna, bo pies jest silniejszy ode mnie, w dodatku w parku ma dobrą przyczepność więc moja ręka lata jak ręka lalki. Nie zmienia to faktu, że woli ganiać za innymi psami czy wąchać. Ja wiem - linka. Linka ale nie w mieście gdzie okręca dookoła każdego drzewa czy nawet wyższej trawy, na wyjazdy za miasto codziennie nie mam czasu, a pies jak się nie zmęczy jest nie do zniesienia. Wspomniałam też, że pies wracał na gwizdek. Właśnie wracał, w czasie przeszłym. Był odwoływalny z każdej sytuacji, teraz gwizdek ma gdzieś. Jak rozumiem mogę go sobie już wyrzucić bo ten sposób jest spalony czy da się to jakoś odkręcić? Uczyłam go zgodnie z książką pana Gałuszki Aria do mnie. 3. Inne psy. To jest temat rzeka. Nie przepuści żadnemu psu, nawet temu mijanemu na ulicy. Musi powąchać, zajrzeć do tyłka nawet jak inny pies ma go gdzieś lub się boi. Próbowałam nauczyć go, że kiedy mijamy jakiegoś psa on ma usiąść ale mogę sobie do niego gadać jest tak nakręcony. Spuszczony biega bez ładu i składu za każdym jednym psem. Nie reaguje nawet jak jakiś właściciel go odgania. Musi dopiąć swego nawet jak go jakiś pies pogoni. Dlatego ja go nie spuszczam i znów wracamy do tego, że pies mnie nie lubi, bo mu na nic nie pozwalam, za to jego głupi pan owszem - spuszcza go i się cieszy jak pies dorwie innego chętnego do zabawy. Tak jak mówię pies jest tak nakręcony na inne, że ja nie mam z nimi szans, a nie będe tarzać się w ziemi czy bawić w inny sposób właściwy dla psów. Co tutaj zrobić? Chodzić w bezludne miejsca? To by było na tyle, pies nie potrafi tego co jest najważniejsze. Ja już nie potrafię nawet go chwalić jak zrobi coś dobrze, nie potrafie chwalić go radosnym głosikiem jak jestem wkur.... bo pies przed chwilą prawie wyrwał mi bark. Moja niechęć do psa jest pewnie przez niego coraz bardziej wyczuwalna i pewnie dlatego mnie olewa jak krzaczki. Jednak żadne polecane sposoby nauki nie działają. On zwyczajnie nie rozumie o co chodzi, na smyczy mogę zatrzymywac się w czasie spaceru 1000 razy a i tak mam pewność, że będzie 1001 bo on nie rozumie po co ja to robię. To samo z zawracaniem. Chwalenie powoduje dziki przypływ euforii. No i te psy.... Macie jakieś rady? Pies to samiec labradora, wiek rok i 8 miesięcy.
  15. No więc tak, pani weterynarz taka jak ją opisują w Internecie i oby się okazała takim samym diagnostą jakim jest człowiekiem. Mój pies ma prawdopodobnie ... grzybicę. Miał pobieraną próbkę w tym kierunku ale ponieważ grzyby rosną wolno, a bakteriogram był szybciej diagnostyki w kierunku grzybicy nie dokończono. Ot profesjonalizm...Weterynarz pobrała masę próbek z tego miejsca, wyniki na miejscu. Fakt, że grzyby mogą rosnąć nawet i 30 dni ale ze struktury włosa ma wynikać, że to grzyb. Włos ma zdrową cebulkę, widać, że rośnie i jest jakby ucięty. Sama skóra również wygląda jak zagrzybiony placek, a bakteria jest infekcją wtórna. Antybiotyk jedynie łagodził objawy bo włosy nigdy do końca nie odrosły, a Enroxil ma ponoć to do siebie, że działa również przeciwzapalnie. Dostaliśmy Malaseb i Lime do stosowania codziennie na przemian na zmienione miejsce. Gdyby to było za słabe włączony zostanie lek doustny no i czekamy na wyniki czy to na 100% grzyb. W każdym razie byłam zaskoczona profesjonalnym podejściem i planem na dalszą diagnostykę gdyby strzał z grzybicą okazał się nietrafiony. Co do alergii pokarmowej weterynarz uznała, że to mało prawdopodobne w tym przypadku aczkolwiek nie niemożliwe i w przypadku gdy leczenie będzie szło bardzo opornie zaproponowała badanie krwi, w którym jeśli pies ma jakąś alergię pewne parametry będą podwyższone (nie pamiętam jakie) i wtedy będziemy myśleć co dalej. Zaczynam być dobrej myśli, ze w końcu ktoś przeprowadzi rzetelną diagnozę w celu wyleczenia zwierzaka.